Advertisement
PublicystykaZestawienia

5 nieoczywistych japońskich komedii dla dryfujących w nudzie

Łukasz Mańkowski
kino japońskie
fot. Materiały prasowe

Gdzieś pomiędzy erotycznym pinku eiga – bo tam za różową kurtyną upupiane są honor i męskie ego –  a dekonstrukcją kostiumowego dramatu; pośród symboli japońskiej kultury, zarówno tej utożsamianej z tradycją, samurajami i gejszami, jak i współczesnej, ulicznej, tej sygnowanej popularnością ulicznego ramenu; gdzieś na planie filmowym, gdzie chociaż gangsterzy cedzą wściekłe słowa w yakuzowskim slangu, na moment stają się wrażliwcami gotowymi poświęcić się dla kina; czy też gdzieś na odludziu, które staje się rajem dla osobliwych dziwaków, uciekinierów z wielkiego miasta, zanurzonych w codzienności i nudzie; gdziekolwiek, byle znaleźć się gdzieś.

Zobacz również: 5 klasycznych francuskich komedii dla początkujących

W zamknięciu szukamy nieraz osób, z którymi chcemy się utożsamić, miejsc, do których tak bardzo pragniemy uciec, ale też i pewnego przyzwolenia na odpoczynek, na nudę. Nie ma nic złego w tym, by ją teraz przyjąć i się z nią zaprzyjaźnić. Do tego też zaprasza poniższe pięć japońskich komedii, z którymi warto wejść w romans, oddać się małemu szaleństwu, jakiemuś flirtowi z nieoczywistym, by ostatecznie też zatopić się w miłości do kina lub prostej, otaczającej nas obecnie w niemałym przytłoczeniu codzienności.


  1. Sun in the Last Days of Shogunate (Bakumatsu Taiyōden, reż. Yūzō Kawashima, 1957)

kino japońskie
fot. Materiały prasowe

Japonia na kilka lat przed końcem ery Edo i zachłyśnięciem się kulturą Zachodu, miejsce akcji: mikrokosmos w postaci wielopoziomowego domu uciech, w którym ruch, intrygi i będące pokłosiem kombinatorstwa komplikacje przewyższają zgiełk niejednego wielkomiejskiego filmu japońskich mistrzów. W swoim uznawanym przez krytyków za najbardziej udany, i figurujący jednocześnie jako czwarty najlepszy japoński film wszech czasów według czasopisma Kinema Junpo, Yūzō Kawashima przygląda się zmierzchowi symboli kultury swojego kraju. Samurajowie dawno już przestali używać mieczy do podtrzymywania etosu wojownika, nie kroczą też ścieżką bushido, bo z lenistwa leżą w odmętach własnego hedonizmu; gejsze równie sprawnie lawirują pomiędzy kolejnymi klientami, jak i własnymi kłamstwami; w powietrzu wisi zaś przeświadczenie o pewnym końcu, atmosfera którego zwiastuje bezpowrotną zmianę kraju. Słońce ma niedługo bowiem zacząć wschodzić na Zachodzie. W tej sytuacji odnajdują się krętacze dziergający swój los z drobnych oszustw, z których Kawashima czyni głównych bohaterów tej polifonicznej komedii. Pomimo usytuowania akcji w drugiej połowie XIX wieku, na chwilę przed Restauracją Meiji, w jego filmie odnaleźć można również satyryczny komentarz na powojenną Japonię, równie skomplikowaną, co zawiłości intryg korytarzy burdelu i cała kompozycja narracyjna Sun in the Last Days of Shogunate.

-> Film dostępny jest na MUBI.

  1. Zakochany idiota (Chijin no ai, Yasuzō Masumura, 1967)

kino japońskie
fot. Materiały prasowe

Zanim Masumura przeniósł na ekran powieść Jun’ichirō Tanizakiego o tym samym tytule, w połowie lat 20. przyczyniła się ona do polaryzujących Japończyków i Japonek kontrowersji. Tanizaki lubował się w ukazywaniu społeczeństwa w kontekście erotycznych fantazji, które w tamtych czasach rzeczywiście mogły szokować, ale było to w dużej mierze podyktowane jego chęcią do materializowania obserwacji kulturowych przemian. W Zakochanym idiocie przedstawił pierwszoosobową narrację z perspektywy nowoformującej się klasy społecznej: salarymana w białym kołnierzyku, który beznadziejnie wpada w toksyczną relację z emancypacyjną projekcją modan garu, czyli nowoczesnej dziewczyny.

Masumura idealnie przeniósł kontekst prozy Tanizakiego na realia postępującej rewolucji kulturalnej i seksualnej, która miała miejsce na japońskich ulicach lat 60. Jego Zakochany idiota jest nowofalowy z ducha: erotyka jest subtelna i nieoczywista, eksperymenty formalne sprzyjają podglądaniu ciała, a kamera staje się tym samym kompanem vouyerystycznych przyjemności. Książkowa relacja mężczyzny w średnim wieku i nowoczesnej, zupełnie niezależnej i równie nieobliczalnej Naomi bazuje bardziej na erotycznych grach, które demonstrują dyskurs o władzy; wypada to raz komicznie, a raz przerażająco, ale w zamknięciu, w którym tkwią bohaterowie, można odnaleźć cząstkę naszej sytuacji. W czterech ścianach oblepionego i przyciasnego od upału i temperatury pokoju, przytłoczeni przez swoje pragnienia Naomi wraz z partnerem rzucają się do gardeł swoich fantazji. To farsa erotycznych pomyłek, które oddają głos niewyrażanym zbyt często w komediowy sposób żądzom; teatr seksualnego poniżania, który poluzuje krawat przyciasnego białego kołnierzyka. Gdy już wyjdą do świata, w wypełnionych po brzegi japońskich klubach ze szklanek wylewać będzie się amerykańska whisky, w tle zagra jazz, a reżyser będzie mrugał okiem w stronę tematu antykoncepcji, być może po raz pierwszy w historii japońskiego kina.


  1. Tampopo (reż. Jūzō Itami, 1985)

kino japońskie
fot. Materiały prasowe

Tampopo jest być może jednym z najbardziej kultowych japońskich filmów. W dobie wzrostu popularności azjatyckiego streetfoodu z pewnością znajdzie swoich fanów z tą samą łatwością, co zwolenników wciągania gorących kluch ramenu. Najprościej ujmując Tampopo jest erotycznym ramen westernem, w którym historia czerpie z ram zapomnianego już nieco gatunku, a kwestia szaleństwa widzialności klasycznego porno jest zestawiona na równi z food-porn. Co to oznacza? Ano to, że erotyka, a w zasadzie seks w filmie Itamiego jest bezpośrednio połączony z kwestią konsumpcji, a dokładniej konsumpcji jedzenia i zestawiony w taki sposób, by w tym samym natężeniu czerpać przyjemność i z podglądania scen erotycznych, i tych, których erotyka w eklektycznym wydaniu bazuje na kulinarnych fantazjach (vide: kultowa już scena pocałunku przy użyciu żółtka jaja).

Dodatkowo, Tampopo wspaniale wypada przy tym jako polifoniczna farsa na savoir vivre i chociaż obala niejako przy tym mityczny etos zjadacza ramenu, tak nie mogę odmówić tego, że do dziś swój ramen jem tak, jak pokazuje w pierwszych scenach mistrz ramenowego pochłaniania. To umami wśród filmów, które Itami wyciąga w pełni, odważnie przedstawiając samoświadomość tworzenia dzieła filmowego, dając tym samym dowód plastyczności formy, z jaką przychodzi mu obcować. To też film pysznie oddziałujący i na wyobraźnię, i zmysły; zmontowany tak, by patrzeć i oddawać się temu w pełni. Sekret kultowości dzieła Itamiego tkwi co prawda w połączeniu ero-kulinarii, które w swej miłej nonszalancji uatrakcyjnia warstwę audiowizualną, tak istotna jest też dobroduszność i prostota, jakie płyną z tej ponadczasowej historii. Uniwersalny przekaz zagościł w sercach wielu widzów, przyczynił się do nadania statusu kultowego Tampopo, a w ostateczności też, a co być może najbardziej istotne, wyciągnął filmowy potencjał dania, jakim jest ramen. Zamówcie jakieś ciepłe kluchy, siorbajcie, ile sił i smacznego.


  1. Okulary (Megane, reż. Naoko Ogigami, 2007)

kino japońskie
fot. Materiały prasowe

Jedna z najciekawszych azjatyckich reżyserek, Naoko Ogigami (gościni Festiwalu 5 Smaków), w swoim bodaj najprostszym formalnie, ale tym samym być może najbogatszym filozoficznie filmie tworzy obraz rzeczywistości, do której z jednej strony nas bardzo ciągnie (szeroko pojęta kultura slow), z drugiej zaś – przez wzgląd na trwającą kwarantannę – to realia, w których paradoksalnie tkwimy. Codzienność płynie tu w jednej i ograniczonej przestrzeni, z wieloma dziwakami wokół, którzy składają się na stały pierwiastek rutyny. Można odnaleźć w tym melancholię przemijania czy też odrobinę powtarzalności z poetyki Ozu, ale w zasadzie czar Ogigami tkwi w jej umiejętności wślizgiwania się do wrażliwości odbiorcy. Megane jawi się jako poetycka lekcja cierpliwości, w której stopniowo poszerzany jest margines własnych odejść od normalności i afirmacja zatracania się w nudzie. Ogigami jak mało kto przemawia do ludzkich potrzeb, a jak mówi, to w swej zwyczajności i prostocie robi to pięknie; a czyni to o pragnieniu wolności i potrzebie bezpieczeństwa, jakie tkwią w rutynie, ale i podstawach komunikacji i zrozumienia, które odnaleźć można w ucieczce od wielkomiejskiego przytłoczenia. Kluczem do tego zdaje się być umiejętność zmierzchania (tasogareru). Lecz co to właściwie może oznaczać, Ogigami pozostawia już każdemu z osobna do rozwikłania na swój własny sposób.


  1. Zabawmy się w piekle (Jigoku de naze warui, reż. Sion Sono, 2013)

kino japońskie
fot. Materiały prasowe

Gdy tworzyłem tę listę, wiedziałem, że znajdzie się na niej coś od Siona Sono. Miałem jednak niemały problem, jaki film porównywanego nieraz do Tarantino autora chciałbym polecić, bo w zasadzie wszystkie te, które nie są albo horrorami, albo rozliczeniami z traumą po Fukushimie, pasowałyby – mniej lub bardziej – do tego zestawienia. Ostatecznie jednak Zabawmy się w piekle jest moim ulubionym w twórczości Sono, chociaż nieznacznie tylko wygrywa w pojedynku albo-albo z Miłością obnażoną (Ai no mukidashi, 2008) i to w zasadzie dzięki zupełnie odjechanej autoteliczności. Zabawmy się w piekle jest filmem o filmie. Jednak nie chodzi „tylko” o list miłosny do kina, ale o postawienie sprawy jasno – proces tworzenia dzieła filmowego jest piekłem. Jednakże, istnieje niewielka szansa, że gdy przez to piekło się przejdzie, być może wyjdzie słońce, i być może świat zacznie się widzieć we wszystkich kolorach tęczy. Bardziej prawdopodobne jest jednak to, że z planu wyjdzie się oblanym hektolitrami krwi, ze zwiędłymi od wyzwisk uszami, zszarpanymi nerwami i mentalnymi siniakami. Albo w ogóle się z niego nie wyjdzie, bo inną, wartą deklaracji kwestią jest to, że tworzenie filmów może być sprawą życia-i-śmierci, czasem nawet dosłownie.

W całej swej okazałości, absurdalna wizja planu filmowego u Sono jest zjawiskiem niepodrabialnym i autorskim, pływającym równie mocno w kuriozach filmowego biznesu, co w miłości do tego, czym było niegdyś kino samurajskie lub yakuza-eiga – mamy zatem pewną pętlę z filmem Kawashimy, tylko w wydaniu bardziej współczesnym – ale też kino w ogóle. Zastanawialiście się może kiedyś, jaka jest różnica w ujęciach z ręki od tych statycznych? Sono nie jest może najbardziej humanitarnym z wykładowców sztuki filmowej, bo do wyjaśnienia tej jakże istotnej różnicy poświęca kilkanaście, jeśli nie kilkadziesiąt osób, ale skuteczność, jaką charakteryzuje się jego retoryka filmowa, sięga filmowego panteonu. Jeśli ktoś przepadł w spirali śmiechu podczas seansu Jednym cięciem! (Kamera o tomeru na!, reż. Shinichirō Ueda, 2017), to autoteliczna odyseja Siona Sona powinna odwdzięczyć się tym samym. Gdy zaczynamy tęsknić za naszymi miejscami pracy, czy też po prostu, za wyjściem z domu, to terra incognita w postaci szalonej wizji planu filmowego w Zabawmy się w piekle może okazać się podróżą co najmniej pożądaną. Świat byłby z pewnością piękniejszy, gdyby wszyscy kochali filmy w ten sam sposób, co Sion Sono. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości.

Zobacz również: 6 filmów, które poleca Wes Anderson na okres kwarantanny

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.