“Długa podróż dnia ku nocy” – Nie zasnę już sam [RECENZJA]

Jest coś pokrzepiającego w festiwalowych decyzjach, jeśli chodzi o współczesne kino azjatyckie. Triumfują obrazy eksperymentujące z dotychczasowymi schematami, które biorą na warsztat umiejętność kina do portretowania przemian społecznych i problemów nowoczesności. Przy okazji prowadzą one dialog z Azją postmodernistyczną i jej najbardziej rozpoznawalnymi reprezentantami: Wong Kar-waiem, nowofalowcami z Tajwanu, czy chińskimi twórcami kina niezależnego. Niepozbawione walorów estetycznych trafiają w chęć poznawczą widza i są przy okazji pomostem pomiędzy tematem społecznym a obrazem medium. Są szansą na dialog pomiędzy tymi dwiema często wykluczającymi się sferami.

Przeczytaj również: “Parasite”, czyli najbardziej polski film z Azji [RECENZJA]

Przykładem takiego kina jest doceniony w nowohoryzontalnej sekcji konkursu w Wenecji Manta Ray (Phuttiphong Aroonpheng, 2018) lub triumfator zeszłorocznego Locarno A Land Imagined (Yeo Siew Hua, 2018), w których nacisk na wizualną immersję położony jest równomiernie także i na wątki nierzadko zresztą niewygodne i kontrowersyjne dla tożsamości oraz historii danego kraju. Pomiędzy taką strategią mieści się i Bi Gan, którego Długa podróż dnia ku nocy – pokazywany wcześniej w Cannes – okazał się moim osobistym odkryciem niedawno zakończonej, 48. edycji rotterdamskiego IFFR. Wszyscy ci, którym tęskno do artystycznego i popowo-neonowego kina azjatyckiego z Tajwanu i Hongkongu, powinni czuć się po drodze z filmem chińskiego reżysera, uszczęśliwieni takimi frykasami, jak finałowa, niemalże 50-minutowa sekwencja zrealizowana nie tylko w jednym ujęciu, ale dodatkowo w technologii 3D.

Długa podróż dnia ku nocy

Tak, jak i w Kaili Blues (2015), reprezentant powoli formującej się 8. generacji chińskich filmowców zabiera widzów w podróż do swego rodzinnego miasta i czyni z niej doświadczenie z pogranicza snu i filmowego wspomnienia, doświadczenie równie melancholijne, co powoli dogasający zimny ogień w najbardziej z samotnych noworocznych wieczorów. Bohaterem tej wyprawy jest Luo Hongwu, który powraca w rodzinne strony, by odnaleźć utraconą niegdyś miłość, kobietę o tajemniczym, filmowym imieniu: Wan Qiwen. Pojawia się ona w snach mężczyzny, jak strzępki utraconych wspomnień, które nie dają zaznać spokojnego oddechu. Wraz z powrotem do rodzinnego Kaili, Luo wraca linearnie pamięcią do błogich chwil z młodości, jednak tak jak film z zasady ukazuje pewne kłamstwo i fikcję, tak też wspomnienia są złożone z komponentów zarówno prawdziwych, jak i fałszywych. Ustawia to dialektykę Długa podróż dnia ku nocy na oniryczną, a tonący w neonach, nocny obraz prowincji Guizhou skontrastowany z przemysłowym krajobrazem kopalń i zakładów metalurgicznych, nadaje filmowi lekkiego połysku neo-magicznego realizmu.

Przeczytaj również: “In Fabric” czyli zabójcza sukienka, mordercza pralka i pożyczka na duży procent [RECENZJA]

Bi Gan rozkoszuje się każdym wypowiedzianym poza ekranem zdaniem, narracją wprowadzającą w stan błogiego marzenia i oderwanego od trudów codzienności snu. Z kamery zaś czyni swojego dryfującego przyjaciela, powiernika obrazów wspomnień, któremu zwierza się z niegdyś żywych, a dziś już zapomnianych i wypalonych – niczym ze starych fotografii – pragnień. Wie, jak cienka jest granica pomiędzy filmem, snem a wspomnieniem, stąd zapis tej projekcji jest świadomym rozpieszczaniem zanurzonego w tej poetyce widza. Już w Kaili Blues twórca przejawiał zamiłowanie do długich ujęć i tematyki snu, jednakże dopiero tutaj w pełni oddaje się kontemplacji nad możliwościami kina do ukazywania relacji obraz-czas.

W swych niemalże ostentacyjnie melancholijnych przemyśleniach, Bi Ganowi udaje się przemycić namiastkę poezji i romantyzmu jakże charakterystycznych dla swych mistrzów, których otwarcie nieraz cytuje. Przemierzający kolejne etapy swych wspomnień Luo Hongwu z powodzeniem odnalazłby się w świecie Wong Kar-waia (ananasy zamienił jednak na jabłka), a jego ukochana Wan Qiwen jest wprost ucieleśnieniem enigmatycznej, schowanej w oparach dymu wschodniej femme fatale – mogłaby zastąpić Brigitte Lin z Chungking Express (Wong Kar-wai, 1994), Maggie Cheung z In the Mood for Love (Wong Kar-wai, 2000)lub Shu Qi z Millennium Mambo (Hou Hsiao-hsien, 2001). Tak jak w azjatyckich klasykach, bohaterowie symbolizują romantyczny wymiar miłości niespełnionej i gasnącej w perspektywie czasowej, znikającej wraz z tekstem popowych ballad widocznych na ekranach karaoke. To przemijanie objawi się też w pocałunkach, zawsze ostatnich i składanych w pośpiechu – a te ze snów, za dnia smakują owocem pomelo.

Długa podróż dnia ku nocy

Spragniony miłości Bi Gan wsadza swoich tragicznie zakochanych, miłosnych terrorystów do własnego Kaili Express, którzy na swej drodze wspomnień o przeszłym życiu oddają się unknown pleasures. Zdaje się, że będą oni happy together tylko wtedy, gdy odnajdą swój brighter summer day. Po długim dniu powinna nadejść jeszcze dłuższa noc, lecz w tym świecie jest ona niestety za krótka, by miłosne upojenie mogło trwać wiecznie, a księżyc zbyt daleko, by móc zasnąć w samotności. Tak długo, jak pokój będzie wirował od marzeń o ciepłym od uczuć łóżku, czas nie będzie miał znaczenia, gdyż w tej krainie jest abstrakcją. Wtedy będziemy mogli policzyć gwiazdy na niebie, które powoli odlatują do wyśnionej krainy. Tam iskry nie są ulotne, przez co smak pocałunku zostaje na dłużej. Bi Gan to czuje i sprawia, że cały czas pragniemy, by ktoś był po drugiej stronie zimnej pościeli. A to jest niemożliwie smutne – jak boleśnie zapowiada kołysanka na napisach końcowych – bo w pojedynkę nie sposób zasnąć.


5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.