“Ad Astra” – Bo to gwiazd naszych wina [RECENZJA]

Nie ma nic lepszego niż filmy o zdobywaniu kosmosu o 8:30 rano w Wenecji. Naprawdę. Dzień rozpoczyna się wtedy od prywatnej podróży na zatłoczonym weneckim vaporetto, który wypełniony jest nie tyle ludźmi, ile zapachami o wątpliwej proweniencji. Towarzyszy temu osobliwa dawka adrenaliny – nigdy nie wiadomo bowiem, czy ostatecznie uda się na pożądany seans wejść. Czeka się wtedy w kolejce z równie niewyspanymi co ty, twoimi przyszłymi kompanami podróży w nieznane. Ostatecznie się udaje – można ze spokojem spoglądać w gwiazdy, sunąć w niewyobrażalne i oddać się temu marzeniu o przyszłości, w której na księżycu z powodzeniem zjesz Subwaya lub nadasz paczkę DHL-em; wizji, gdzie Mars dosłownie stanowi nasz, człowieczy kraniec świata oraz tonie w neonach czerwieni i retrofutyrystycznej melancholii. Tak właśnie prezentuje się najnowszy film Jamesa Graya, Ad Astra, która na równi stawia obsesję przeczesywania kosmosu z eksplorowaniem ludzkiego umysłu.


Przeczytaj również: “Polityka” a polityka – czy nowy film Patryka Vegi zmieni wynik wyborów? [FELIETON]

Jednym z powodów, dla którego Ad Astra długo borykała się z terminem premiery, było przejęcie wytwórni 20th Century Fox przez Disneya. Film co prawda otwiera charakterystyczne logo firmy, ale bez ukochanego dźwięku, fanfar symbolizujących wiele z ulubionych przez nas początków filmów, co niejako podkreśla definitywne odejście do rąk monopolizującego Disneya. Nie wiem, na ile to zabieg zamierzony – zamiast melodii są odgłosy witającego widza kosmosu – a na ile wymierzony w nostalgię widza, ale nastraja to ponurym tonem, którym naznaczony jest cały film; pewną niepokojącą ciszą, która zapowiada: these are the dark times.

Ad Astra

Chociaż Ad Astra przedstawia przyszłość na około sto lat od teraz, to Gray nie skupia się na rozległym portretowaniu realiów, w których największą dla ludzkości kwestią stało się odnalezienie istot pozaziemskich. Wszystko to, co składa się na skromny bądź co bądź, ale bodaj najpiękniej ukazany od czasów W stronę słońca (Danny Boyle, 2007) świat przedstawiony, służy głównie rozważaniom na temat jego obsesji poszukiwania odpowiedzi: czy istnieje ktoś poza nami we wszechświecie. Gray nie wie co prawda, co jest bardziej przerażające – to, że być może obce formy życia gdzieś są, czy że jesteśmy tu zupełnie sami.

W centrum tego stawia Roya McBride’a (Brad Pitt), astronautę, którego poznajemy przy jego pracy na konstrukcji gigantycznego teleskopu, gdzie dochodzi do wypadku. Nieznanego pochodzenia wyładowania elektryczne powodują awarię, a chwilę później Roy zmuszony jest do opanowania własnego kryzysu – spada on bowiem z wysokości ponad 30 kilometrów, ale nie tracąc przy tym spokoju, próbuje ustabilizować lot. Kiedy mnie dopada mój lęk wysokości w tej fenomenalnie nakręconym wstępie, a od potu wymiękają dłonie, Roy ze spokojem streszcza swoją sytuację dowództwu. To jest pierwszy przedstawiony upadek Roya, ale nie ostatni w tej historii. Tu, na dole jesteśmy bowiem gatunkiem wymierającym, chociaż wiecznie spoglądamy w górę.


Jesteśmy też na Facebooku, polub fanpage Filmawki


Obraz przyszłej rzeczywistości w Ad Astra nie jest jednak upstrzony futurystycznymi fantazjami, chociaż rzecz dzieje się w XXII wieku i pole do poszukiwań jest ogromne.  Wizja przyszłości służy mu bowiem jako terapia dla człowieczeństwa, jako narzędzie do konfrontacji z tym, co zamknięte w przeszłości. Istotnie, reżyser zabiera nas w podróż do wnętrza głowy dryfującej w kosmosie, bardziej eksplorując zakamarki zagubionego umysłu, niżeli oferując obrazy, które mają uzależniać swym przedstawianiem nieznanego. Za swoje najważniejsze zadanie Gray obiera najpierw pogłębienie egzystencjalnego marazmu jednostki w dobie ekologicznego i kolonizacyjnego kryzysu, by później wzmocnić to poczuciem przytłaczającej samotności, jaka definiuje ponowoczesność. 

Ad Astra

Roy jest wysłany na misję, aby odnaleźć swojego zaginionego w okolicach Neptuna ojca (Tommy Lee Jones), którego zadaniem było potwierdzenie istnienia obcych form życia. Budzi to w nim wspomnienia (m.in. rozstanie z graną przez Liv Tyler żoną) i rozdrapuje niezagojone do końca rany, przez co dotychczasowy spokój, z jakiego astronauta słynął, zostaje zachwiany. W efekcie także i my jesteśmy upomniani, że od zbyt długiego patrzenia w gwiazdy w rzeczywistości tracimy poczucie gruntu pod nogami. Skutkiem ubocznym może być również lęk – nie tyle przed wysokością, ile przed utratą kontaktu ze światem, takim, jakim go zapamiętaliśmy w najczystszej jego postaci. 


Przeczytaj również: Rafał Zawierucha: “Należy cały czas rozwijać swoje pragnienia” [WYWIAD]

To, co może wyróżnić obraz Graya od innych klasycznych tytułów traktujących o kosmosie – z Odyseją kosmiczną (1968) i Interstellar (2014) na czele – to rezygnacja z inscenizacji dokowań i efektownych, patetycznych scen na skraju emocjonalnego wyładowania na rzecz portretowania człowieka na tle większego obrazka. Towarzysząca przez większość seansu narracja z offu Brata Pitta na tle utworu Nilsa Frahma (Says) przemieszanego z muzyką Richtera może nieść skojarzenie z filmem Christophera Nolana, a tym samym z niebezpieczeństwem zakotwiczenia w tonie pretensji wobec otaczającej rzeczywistości i odejściem w stronę aż nazbyt sentymentalną.

Jednakże, Ad Astra zatrzymuje się  na granicy tego, co w Interstellar stanowiło element przedobrzonego wyobrażenia, marzycielskiego kalejdoskopu obrazów miłości i czarnej dziury; Gray ostatecznie nigdy nie przekracza linii niepotrzebnego patosu, na szczęście pozostaje zwolennikiem pewnej subtelności. Jego film trafia w swoje czasy: na czele z ekokryzysem i współczesnymi obsesjami, jednocześnie będąc czymś bardziej zbliżonym do W stronę słońca lub High Life Claire Denis. To niepokojąca wizja zatracania się w obsesji pogoni, poszukiwaniach za wyidealizowanym obrazem czegoś, co być może nigdy nie istniało.


3.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.