„Na robocie” – i pojechał | Recenzja | Festiwal Filmów Azjatyckich Pięć Smaków 2025
Teledyskowe kadry, opowieść snuta snami oraz wspomnieniami i senne otępienie, spod którego wyrwać próbują się frustracje klasowych nierówności, brzmią jak przepis na film na wskroś „festiwalowy”. To jedna z wielu obietnic, które Na robocie lubi rozwijać przed widzem po to tylko, żeby okazało się, że to, co wydaje się znajome, wcale takie nie jest. Można pokusić się nawet o suchy żart, że cały seans jest tutaj jak dzika przejażdżka, na przykład taka z Baguio do Manili. Tylko czy ta droga okaże się wyboistą? A jeśli tak, czy to źle?
Moroy jest kierowcą, a kiedy kierowca nie jeździ, nie otrzymuje zleceń, to tak, jakby nie żył. Świadomym tego jest jego szef, który lubuje się w wysyłaniu go na wyprawy coraz bardziej błahe i dziwaczne. Tak nagle znajdujemy się w samochodzie Moroya w drodze do Manili, po to tylko by odebrać koszulkę z twarzą Mona Lisy i garść pigułek. Przez okna sączy się dramatyczne światło, a sam pojazd staje się kamerą otworkową, gdzie obraz tworzą posplatane ze sobą skrawki marzeń, snów, wspomnień i rzeczywistości.
Dominik Bekaert wie, czego od swojego filmu chce i wie, jak to osiągnąć. W jego świecie nie liczy się prawda w tradycyjnym sensie. Uderza to już w pierwszej scenie – spotkanie kierowców w poczekalni, za sprawą ostrego oświetlenia i ustawienia bohaterów przodem do widza przypomina bardziej scenę ze spektaklu. Przytoczona tam zostaje też opowieść o Rexie, niemal mitycznym ochroniarzu-kierowcy, archetypie męskości i lojalności wobec własnego szefa. Ten fantazmat nadaje ton reszcie seansu, bo nawet podróżując z – prawdziwym raczej – Moroyem, często możemy odnieść wrażenie, że to, co obserwujemy rozgrywa się gdzieś w wymiarze urojeń i niedomówień. Nawet najprostsze interakcje mają drugie dno, a przepuszczone przez umysł znużonego kierowcy nabierają cech współczesnej przypowieści.
Wizualne ekscesy równoważy meandrująca, powolna fabuła. Pozornie prostą drogę do Manili co rusz przerywa jakieś wspomnienie, zjazd z drogi czy poboczna historia. W wielu z tych epizodów trudno doszukiwać się stricte fabularnego celu. Na robocie pięknie wykorzystuje frustrację widza jako narzędzie do budowy swojego przesłania. Czy frustracja (znużonego czasem) widza nie jest podobna do frustracji kierowcy, wysyłanego na bezsensowne roboty? A nawet szerzej – frustracji człowieka uwięzionego w gig economy, człowieka w społeczeństwie gdzie obietnica awansu społecznego już dawno okazała się kłamstwem? Używanie frustracji to jednak broń obosieczna; widz zbyt sfrustrowany może być takim, który z seansu zwyczajnie wyjdzie.

Kolejną z niespełnionych (celowo) obietnic jest gatunkowość. O filmie Bekaerta często mówi się jako o neo-noirze. I chociaż sam świat pełen jest noirowych inspiracji – wspomnieć można chociaż o ciężkiej atmosferze czy intrygach ludzi bogatszych i lepiej sytuowanych rozgrywających się w tle – to Moroyowi nigdy nie jest dane w nich uczestniczyć. Kierowca sprowadzony zostaje do roli akcesorium; nie tylko nie uczestniczy w intrygach swojego szefa, ale nawet nie jest w stanie ich obserwować, bo do tego brakuje kontekstu. To pewien rodzaj okrutnego metadowcipu, którym reżyser posługuje się, żeby zbudować świat pełen niewidzialnych barier czy szklanych sufitów.
Przy takim natłoku nihilistycznych wizji nierówności i klasowej bezsilności zachwyca umiejętność znalezienia złotego środka. Na robocie nie chce zostać kolejną smętną kroniką późnego kapitalizmu czy laurką ku wszystkim zmęczonym świata. Brak optymizmu wobec świata nadrabia niesamowita czułość wobec głównego bohatera. Zrozumienie go buduje się stopniowo, często przez podglądactwo – kiedy kamera zbliża się do Moroya, kiedy może wreszcie wyjść z samochodu, kiedy przetwarza swoje aspiracje poprzez fantazję. Portret bohatera namalowany jest nie przez pryzmat jego czynów czy opinii, a przez jego emocjonalne stany i głęboko zakopane marzenia. W tym sensie seans staje się bardzo intuicyjny. Podobnie jest i z warstwą kulturową. Dla widza zachodniego wiele niuansów i nawiązań może pozostać tajemnicą, a mimo to Na robocie nie próbuje być filmem hermetycznym. Te niedomówienia i niezrozumienia to bardziej zachęta niż próba alienacji; jedyny chyba moment, kiedy Dominik Bekaert świadomie „rozdziela” doświadczenia widza od doświadczeń kierowcy.
Decyzją People’s Jury, debiutanckie Na robocie zdobyło główną nagrodę na tegorocznych Pięciu Smakach. W uzasadnieniu przeczytać można o „wielości perspektyw, przemyślanej strukturze narracyjnej i subtelności w opowiadaniu o kosztach nieustającej pracy”. Trudno ten zachwyt podważyć. Formalnie i koncepcyjnie doświadczamy filmu wyśrubowanego, gdzie każdy, nawet najbardziej błahy szczegół ma znaczenie. Za tym konceptualnym reżimem nie zawsze idzie fabularne zacięcie. Ale jeśli tylko damy porwać się w wir ekranowych snów i marzeń nawet fabularność – podobnie jak żmudna praca – przestają być ważne.
korekta: Daniel Łojko
Tekst powstał w ramach patronatu medialnego nad Festiwalem Filmów Azjatyckich Pięć Smaków.
Wierzy, że filmy muszą być albo długie i nudne albo absolutnie szalone i grożące przestymulowaniem. Nic pomiędzy. Pozafilmowo - absolutny świr lingwistyczny i prowokator głupich dyskusji.
Ocena
Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:
Niech żyje Leonora!
