Advertisement
FilmyKinoRecenzje

„Martwe zło: Ogień” – Dużo dymu, mało ognia [RECENZJA]

Maciek Kulbat
Martwe zło: Ogień
„Martwe zło: Ogień”/ kadr ze zwiastuna

Pierwsze Martwe zło weszło na ekrany amerykańskich kin w 1981 roku, współtworząc nurt – jakże w tamtej dekadzie popularny – „nowego” kina grozy, nastawionego na groteskę, makabrę i bodyhorror. Obok filmu Raimiego jednym tchem wymienić należałoby chociażby: Coś Johna Carpentera, Powrót żywych trupów Dana O’Bannona, Hellraisera: Wysłannika piekieł Clive’a Barkera czy Muchę Davida Cronenberga. Co wszystkie wymienione wyżej produkcje – jak i te, których nie zawarłem, bo chciałbym ten tekst skończyć jeszcze dzisiaj – mają ze sobą wspólnego? Świetne efekty praktyczne, jak i niezwykłą pomysłowość twórców, którzy operując zazwyczaj niskim budżetem, byli w stanie dostarczyć nam niezapomniane doświadczenia filmowe.  To właśnie te dwie cechy przesądzały w dużej mierze o magii horrorów lat 80. Co więcej, gdy budżety wzrastały, a koło machiny produkcyjnej pracowało coraz sprawniej, owa magia powoli ulatywała. W tym kontekście seria zapoczątkowana przez późniejszego reżysera Spider-mana stanowi pewien wyjątek. Po sukcesie Martwego zła Sam Raimi nakręcił drugą część, która de facto jest pierwszą odsłoną, z tym, że znacznie bardziej groteskową i komediową. Dość powiedzieć, że Ash mierzy się w niej ze swoją odciętą dłonią. Armia ciemności stanowi z kolei całkowite odejście reżysera w stronę komedii i fantastyczności, wysyłając głównego bohatera w wieki ciemne. 

Do swojego filmowego dziecka Raimi powrócił po wielu latach za sprawą serialu Ash kontra martwe zło, który stylistycznie ma najwięcej wspólnego z drugą odsłoną trylogii. Na poletku filmowym zdecydował się jednak oddać stery innym, bo – jak sam stwierdził w jednym z wywiadów – nie miał już nic nowego do opowiedzenia w tym świecie. Tym sposobem seria dostała nowe życie, które od remake’u z 2013 roku w reżyserii Fede Álvareza, postawiła na znacznie poważniejszy ton i rzeź w duchu filmów gore z początku XXI wieku. Trzeba oddać, że Martwe zło z 2013 roku oraz Martwe zło: Przebudzenie w reżyserii Lee Cronina dostarczyły – owszem odmienne od pierwowzoru – ale wciąż kompetentne dzieła filmowe.  Nawet sceptyk „traktujących się na serio” nowych iteracji horrorów z lat 80. uwierzył, jakoby seria ta nie mogła spaść poniżej dobrego poziomu. Niestety, ten piękny sen musiał się kiedyś skończyć.

Martwe zło: Ogień
„Martwe zło: Ogień”/ kadr ze zwiastuna

Fabuła najnowszej odsłony wydaje się odhaczać założenia wszystkich XXI-wiecznych odsłon legendarnej serii filmowej – ot, śledzimy losy dysfunkcyjnej rodziny lub grupki bliskich przyjaciół. Dysfunkcyjność ta występuje pod wieloma maskami. W remake’u mieliśmy do czynienia z uzależnieniem narkotykowym, w Przebudzeniu obserwowaliśmy skłócone siostry i walkę o ocalenie potomstwa. W Martwe zło: Ogień rodzinę wypala od środka trauma, która realizowana jest wielotorowo. Z jednej strony wynika z przemocowej relacji, z drugiej związana jest z utratą dziecka. Oczywiście, jak to w tej serii bywa – z pozoru „normalne” życie bohaterów zamieni się w krwawą walkę o przetrwanie.

Jak już wspomniałem: wszystkie odsłony serii, które nie wyszły spod reżyserskiej ręki Raimiego, to filmy o dysfunkcyjności i traumie. To obrazy do pewnego stopnia pretensjonalne, tak zakochane w swojej własnej, ponurej powadze, że niemal dosłownie brakuje w nich kolorów. O ile wcześniejsze części, zwłaszcza remake, mogły poszczycić się tym, że omawiane motywy były w nich integralnymi elementami historii,, o tyle Martwe zło: Ogień wydaje się już kalkulacyjną zagrywką, która ma wpisać dzieło Sébastiena Vanička w pochód „tych ważnych” filmów grozy  opowiadających o traumie, żałobie i stracie. Co więcej, o trzy lata wcześniejsza odsłona stawiała jednak na momenty rozluźnienia i groteskowego przerysowania, nie wstydząc się przy tym swoich korzeni, co dobitnie pokazał finał. Sébastien Vaniček natomiast, nawet kiedy postanawia wrzucić tu i ówdzie elementy komediowe, robi to w sposób co najmniej nieudany. Niemalże wszystkie sekwencje o zabarwieniu humorystycznym zostają wszyte pomiędzy sceny istotne dramaturgicznie, co osłabia ich wagę. Jednocześnie, z tego samego powodu partie komediowe zdają się hamować rozwój narracji.

Przeczytaj również:  „Toy Story 5” – kowbojka, szeryfka, Jessica [RECENZJA]

Nie oznacza to, że najnowsza część serii jest projektem całkowicie nieudanym. Tu i ówdzie znajdziemy świetnie zrealizowane sekwencje. Szamotanina w samochodzie między niepoczytalnym ojcem, jego synem i dziewczyną robi wrażenie. Jest też lepka, gęsta i po prostu dziwna gra w dosiadanie i dźganie między wspomnianym synem a dziewczyną, rozgrywająca się na otwartej zmywarce pełnej ostrych noży i sztućców. Tak samo ujęcie ze zmianą perspektywy – z odbicia lustra, do rzeczywistej przestrzeni. Innymi słowy: tym, co mnie zaskoczyło najbardziej, była czysta kreatywność widoczna na ekranie. Podczas brutalnych scen Vaniček nieustannie eksperymentuje z kątami kamery, perspektywami, ruchem. Znajdziemy tu znakomitą sekwencję nakręconą na jednym ujęciu, która natychmiast trafia na moją listę ulubionych scen 2026 roku. W takich momentach Martwe zło: Ogień zdaje się składać obietnicę, której ostatecznie nie spełnia. Film jest również niezwykle brutalny, ale niewiele z tego wynika. Nie zrozumcie mnie źle, seans jest bezbolesny, więc chwilowy walor rozrywkowy chociaż w minimalnym stopniu dostarczy, aczkolwiek to zdecydowanie za mało.  Kiedy zestawi się wspomniane wyżej zalety, z pozostałymi rozwiązaniami, na jakie zdecydował się reżyser, to okaże się, że stanowią one zbyt małą siłę napędową całości.

Martwe zło: Ogień
„Martwe zło: Ogień”/ kadr ze zwiastuna

Otwarcie filmu to dosłowna definicja stwierdzenia, że coś jest „za bardzo” lub „przesadzone”. Jeśli mamy montaż frenetyczny, to taki, żeby stracić jakiekolwiek rozeznanie w tym, co się dzieje, a nie, by oddać panikę bohatera. Następnie pojawia się skrajne przejście na typową sekwencję w amerykańskim klubie. Wygląda to tak, jakby twórcy Martwego zła: Ogień mówili: „Podobała wam się scena nad jeziorem w filmie Lee Cornina? To patrzcie tera”. Pomimo kilku ciekawych ujęć, strona wizualna również pozostawia wiele do życzenia. Kolorystycznie film ten to najczęściej festiwal błota, brudnego światła i śluzowatej zieleni. Czy naprawdę współczesny horror niemalże zawsze musi się tak prezentować? Twierdziłbym również, że Vaniček zbyt mocno polega na ekstremalnych zbliżeniach. Każda rozmowa zdaje się z determinacją wchodzić prosto w pory skóry aktorów. Czasami  działa to na korzyść filmu i budowanego przez reżysera napięcia. Innym razem odnosi się wrażenie, jakby operator kamery miał osobistą wendetę przeciwko przestrzeni osobistej.

Jedną z przyjemności płynących z wielu horrorów z lat 80. było to, że żaden z reżyserów nie przejmował się ich  wtórnością czy brakiem sensu. Gatunek obfitował w szybkie rozwiązania, szoki, efekty specjalne, nieraz prymitywny humor i czyste afektywne doznania. Nawet jeśli film cierpiał na proste schematy fabularne, twórcy byli w stanie obrócić to w zaletę, grać z takim schematem. W dziele Sébastiena Vanička bohaterowie dostają demonicznych oczu, tłukąc się nawzajem o magiczny sztylet, który potrafi zabijać umarłych. Odnalezienie sztyletu, który po prostu leżał na biurku, zajmuje im cały film – Raimi być może bawiłby się tym odkryciem, tak do bólu banalnym i nieprzemyślanym rozwiązaniem, ale w przypadku Martwego zła: Ogień tego typu zwrot akcji musi być nierozerwalnie sprężony z rozdzierającą traumą bohaterki.

Przeczytaj również:  „Supergirl” – Space operetta [RECENZJA]

Najnowsza odsłona serii stanowi pierwsze poważne potknięcie w dotychczas spełnionym cyklu filmowym. Pierwszy raz czuć, że produkcja spod znaku Martwe zło oferuje pustą brutalność, co czyni ją całkowicie bezosobową. Jasne, film jest w stanie dostarczyć nam rozrywkę, ale nawet w swoich najlepszych momentach Vaniček nie pozwala nam zapomnieć, że oglądamy jedynie kolejną pozycję w arkuszu kalkulacyjnym, gdzie „ważność” i „powaga” tematyczna to nic więcej, aniżeli akt nadkompensacji – pretensjonalność służąca jako maska dla bezcelowości. Definicja seansu, o którym zapomnisz zanim wyjdziesz z kina.

Korekta: Jan Brzozowski

+ pozostałe teksty

Absolwent kulturoznawstwa na Uniwersytecie Łódzkim. Krytyka i analiza filmowa to jego konik i największa pasja. Fan kina autorskiego i artystycznego, jednak jego największą miłością są śmieciowe filmy klasy B i niżej, ponieważ to właśnie one stanowią sens kina i nie sposób ich nie kochać.

Ocena

4 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.