Advertisement
FilmyKinoRecenzje

„Przesilenie zimowe” – przetrzymanki cacanki [RECENZJA]

Łukasz Al-Darawsheh
Paul, Angus i Mary w dużej sali
fot. „Przesilenie zimowe” / mat. prasowe dystrybutora

Jest niedziela, rodzice sadzają cię przed telewizorem, wyciągają spiraconą VHSową kasetę z pełnego tajemnic pudła. W powietrzu widać kurz. Kaseta ląduje w odtwarzaczu, a po ziarnistym ekranie zaczynają biegać aktorzy. To nie scena z Przesilenia zimowego, bardziej wspomnienie tych wszystkich filmów sprzed lat, reklamowanych sloganami „rozrywka dla całej rodziny, filmów tak dobrych, że nielegalnie kopiowanych przez pokolenia”. Teraz już takich filmów się nie robi. Alexander Payne wyszedł jednak na środek, powiedział „potrzymaj mi kamerę” i taki film właśnie zrobił. Witamy w latach 70. XX wieku. 

Przesilenie zimowe zaczyna się niezwykle gorzko. W elitarnej szkole z internatem surowy, zgorzkniały nauczyciel Paul, obiekt odrazy zarówno uczniów, jak i reszty ciała pedagogicznego, zmuszony zostaje do pracy w trakcie przerwy świątecznej. Jego zadaniem będzie opieka nad nieszczęśnikami, którzy nie wracają do domu na czas celebracji.

Wszyscy są tutaj antypatyczni. Nie tylko Paul, oziębły, odcięty, neurotyczny i prowadzący zajęcia z filologii klasycznej niczym obóz reedukacyjny.  Psychicznemu wstrętowi nauczyciela dorównuje jedynie jego fizyczność. Nieznośni są też uczniowie; galeria szkolnych stereotypów, zgraja rozpieszczonych zadymiarzy. Wśród nich są ci głośni, z obsesją na punkcie pornografii, zajmujący się drobną dilerką (dla zabawy, nie z konieczności), moczący łóżka w nocy, wiecznie zbuntowani i złośliwi.

Kiedy już akceptujemy fakt, że film budują kontrasty i nerwowe, konfrontacyjne zgrzyty, w których szukać mamy humoru, następuje zwrot. Większość „przetrzymanych” uczniów odlatuje na rajskie wczasy helikopterem bogatszego z kolegów. W szkole zostają tylko Paul i równie genialny, co problematyczny, Angus. Wraz z przerzedzeniem się obsady, rozpręża się i ta ciężka, gorzka atmosfera komedii paskudników, odsłaniając opowieść o niespodziewanej przyjaźni, mentorstwie, godzeniu się ze stratą i wzajemnym zrozumieniu. Opowieść słodka, choć wciąż doprawiona goryczą.

Angus w pubie
fot. „Przesilenie zimowe” / mat. prasowe dystrybutora

Payne sięga po te filmowe relikty lat minionych nie tylko na poziomie postaci-archetypów, którymi postanawia zaludnić swój świat. Liczy się też atmosfera – leniwa, zapraszająca. Miejscami jednak, na fali kina akademickiego, delikatnie cierpka  i inteligencka. Bardzo vintage są też prawidła tego świata, przynajmniej na początku. W prawdziwie satyryczno-frenologicznym duchu, nic nie jest tutaj lepszym wyznacznikiem osobowości niż wygląd. Paul jest nie tylko despotą, ale i niskim, łysiejącym posiadaczem zeza, od którego wiecznie pachnie rybą. Angus z kolei, ze swoją tyczkowatą budową ciała, burzą loków i ostrą, ekspresyjną twarzą to idealny obraz młodego gniewnego, udręczonej duszy, lekko nieznośnego, ale niezwykle inteligentnego artystowskiego chłopaczka.

Przesilenie zimowe mocno trzyma się swojego filmowego DNA, rewizjonizmu gatunkowego dokonując sporadycznie i delikatnie acz skutecznie. I tak na przykład, gdzieś na tyłach filmu delikatnie pobrzmiewają antywojenne echa; słuszny gniew na sytuację, w której uprzywilejowane dzieciaki ze szkół z internatem wyjeżdżają bawić się podczas ferii zimowych, a ich biedniejsi rówieśnicy zaciągani są na wojnę. Niegdyś nawet najbardziej subtelne kwestionowanie słuszności amerykańskich poczynań w Wietnamie kończyło się zepchnięciem na margines. A tutaj, gdzieś pomiędzy humorem i ciepłem, serwowane nam jest kontemplacyjne kino, oddające sprawiedliwość rzeszom dzieciaków zabitych w imię patriotyzmu, niebiesko-czerwonych gwiazd i orzełka.

Przeczytaj również:  „28 lat później – Część 2: Świątynia kości” – Dwa wilki [RECENZJA]

Duetowi Angusa i Paula zgrabnie wtóruje Mary – szkolna kucharka, również spędzająca Święta w szkole. I znów – umieszczenie w centrum historii czarnej kobiety i traktowanie jej na równi z resztą bohaterów jest czymś, co chociaż dziś oczywiste, z perspektywy czasu byłoby dość kontrowersyjne. Nie chodzi oczywiście o stwierdzenie, że w latach 60. czy 70. XX wieku na ekranach nie pojawiali się kolorowi aktorzy. Bardziej o to, że niezwykle często ich postacie prowadzone były w sposób stereotypowy albo kompletnie rozbieżny z ich społeczną rzeczywistością.

Mary za to pokazuje inną stronę opowieści, napisana została z empatią i zrozumieniem. W jej relacji z główną dwójką wciąż pojawiają się dziwactwa. Ostatecznie wciąż niestety spychana jest ona do roli opiekunki i emocjonalnej przewodniczki dwóch nierozgarniętych facetów; roli, która nierzadko zagraża jej własnemu emocjonalnemu rozwojowi. Wystarczy przywołać chociaż scenę, gdzie po raz pierwszy na ekranie obserwujemy emocjonalne załamanie tej zwykle pogodnej kobiety. Załamanie, którego nie ma nawet szansy w pełni przeżyć, bo już scenę później znowu musi zająć się przywoływaniem do porządku Paula. Ale to wynika już nie ze złej woli twórców, a bezpośrednio z właściwości gatunku, których reżyser słusznie nie chce zmieniać.

uczniowie podczas zajęć Paula
fot. „Przesilenie zimowe” / mat. prasowe dystrybutora

Dużo w Przesileniu zimowym odkrywania samych siebie i chociaż odkrycia te w skali emocjonalnej są olbrzymie, to już to, co do nich prowadzi, jest kompletnie zwyczajne, codzienne. Zamiast dramatycznych zdarzeń na ekranie, fabułę (i idącę z nią odkrycia) popychają sprytnie napisane dialogi. Pełno tutaj rozmów i silnej gry aktorskiej – dwóch największych atutów filmu. Paul Giamatti (Paul) świadomy jest komizmu swojej postaci, a mimo to zgrabnie unika niezamierzonej śmieszności. Już po kilkunastu minutach, zamiast śmiać się z niego, śmiejemy się z nim. Dominic Sessa (Angus) pod widowiskowym młodzieńczym gniewem kryje kruchość swojego bohatera. I chociaż gra bardzo idiosynkratycznie, potrafi znaleźć balans i jakimś cudem wypaść naturalnie. Wreszcie Da’Vine Joy Randolph absolutnie miażdży subtelnością, z jaką gra matkę w żałobie, topiąc smutek we własnej powierzchownej radości.

Spryt scenariusza i wyraziste, aktorskie kreacje tępi niestety przydługi metraż. Nie ma scen niepotrzebnych, ale wiele sekwencji jest zbędnie wydłużonych, zwłaszcza bliżej końca filmu. Im bardziej afektywnie obnażeni bohaterowie się stają, tym więcej na ekranie scen gładkich i przyjemnych. Poniekąd nagradzają one widza zastrzykiem oksytocyny w filmowej formie za to, że dotrwał do tego etapu podróży. Jednocześnie dzieje się to kosztem dalszego rozwoju postaci i fabuły.

Oprócz ciekawej sekwencji szpitalnej i mocnego finału, ostatnie 50 minut historii ma sobą niewiele do zaoferowania. Same emocjonalne przemiany, chociaż całkiem wiarygodne, przy tak pokaźnej długości potraktowane są po macoszemu. Transformacja z tych antypatycznych, stereotypowych gości w skomplikowane, wielowarstwowe postaci zachodzi na przestrzeni zaledwie kilku scen.

Przeczytaj również:  „Klangor: sezon 2” – na jednej ze świnoujskich plaż [RECENZJA PRZEDPREMIEROWA]

Ostatecznie Payne buduje film do bólu bezpieczny. Wykorzystuje potencjał formy aż do granic jego możliwości, ale nigdy się z niej nie wybija. Ze wszystkich stron zalewa nas ciepła nostalgia i uczucie, które najłatwiej chyba opisać słowem „milutkość”. Z jednej strony jest to dodająca otuchy odmiana od otaczającego nas zewsząd filmowego cynizmu i przewrotności, usilnie aspirującego żeby być post-kinem. Z drugiej, w całej swojej przyjemności, cieple i kameralności, miejscami wydaje się wręcz nieszczery i sztuczny; skonstruowany tylko w jednym celu – po to, żeby go lubić. Bo jest tutaj wszystko, co do tego potrzebne. Święta, motyw found family, humor, łatwe do śledzenia przemiany bohaterów i wszechogarniająca nostalgia, której łatwo dać się porwać. Czy to wystarcza? Niektórym na pewno. Czy obserwujemy narodziny nowego klasyka, który oglądać będziemy przez lata? Tego nie jestem aż tak pewny.

Korekta: Anna Czerwińska

+ pozostałe teksty

Wierzy, że filmy muszą być albo długie i nudne albo absolutnie szalone i grożące przestymulowaniem. Nic pomiędzy. Pozafilmowo - absolutny świr lingwistyczny i prowokator głupich dyskusji.

Ocena

6 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Stowarzyszenie umarłych poetów, Bezdroża

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.