Cichy krzyk – „W ukryciu” [RECENZJA]
W ukryciu to pełnometrażowy debiut reżyserski Carmena Emmiego. Lucas, młody policjant, otrzymuje zadanie wymagające chłodnej precyzji i kamiennej twarzy: ma wchodzić w rolę uwodziciela w przestrzeni galerii handlowej, prowokować spotkania, a potem zakładać kajdanki tym, których przed chwilą wabił spojrzeniem. Jednak rutyna zaczyna kruszeć, gdy na jego drodze staje Andrew. W spojrzeniu, które miało być jedynie narzędziem, pojawia się wahanie. A w Lucasie budzi się coś, czego nie obejmuje żaden policyjny protokół.
Carmen Emmie, reżyser i jednocześnie scenarzysta dzieła, kreśli opowieść o granicach między obowiązkiem a pragnieniem. Z dużą uwagą i szacunkiem pochyla się nad swoimi bohaterami, pozwalając im wybrzmieć bez łatwych osądów. Choć można mieć wątpliwości, czy ewentualna demaskacja rzeczywiście zrujnowałaby życie Lucasa w sposób aż tak dramatyczny, twórca umiejętnie podsyca atmosferę zagrożenia – buduje napięcie wokół lęku przed ujawnieniem, który dla bohatera urasta do rangi katastrofy. To nie tyle realne konsekwencje są tu najważniejsze, ile ciężar strachu, jaki nosi w sobie Lucas.
W warstwie scenariuszowej zdarzają się momenty balansujące na granicy podniosłej sztampy, jednakże Emmie potrafi rozbroić je subtelnym humorem. Najlepszym przykładem jest Paul – uosobienie przerysowanej, narcystycznej męskości, przekonany, że każde spojrzenie rzucone w jego stronę musi być spojrzeniem pożądania. Ta autoironiczna nuta pozwala filmowi złapać oddech i z dystansem przyjrzeć się stereotypom, które sam wcześniej zarysowuje.

Najmocniej film oddziałuje jednak na poziomie operatorskim. Kamera prowadzi nas tuż obok Lucasa, zacierając dystans między ekranem a widzem. Wąskie kadry, częste plany bliskie i ujęcia zatrzymujące się na jego oczach tworzą portret intymny, kruchy, wymagający uważnego spojrzenia. To nie obserwacja z zewnątrz, a raczej ciche współuczestnictwo w jego doświadczeniach. Tę intymność pogłębiają przebitki stylizowane na domowe nagrania: lekko rozedrgane, nieostre, podszyte intensywnym, chwilami chaotycznym dźwiękiem. Wprowadzają wizualny nieład, który zdaje się odbiciem wnętrza bohatera – jego walki z własną tożsamością.
W ukryciu koncentruje się przede wszystkim na jednym bohaterze, pozostałe postaci szkicując oszczędnie, ale przekonująco. Dzięki solidnemu aktorstwu nawet role drugoplanowe nie pozostają jedynie tłem – każda z nich wybrzmiewa własnym tonem.
Tom Blyth, którego niedawno oglądaliśmy jako młodego Coriolanusa Snowa w filmie Igrzyska śmierci: Ballada ptaków i węży, w roli Lucasa zachwyca subtelnością. Potrafi uwieść nieśmiałym uśmiechem i chłopięcą aparycją, a jednocześnie pozwala, by spod tej łagodnej powierzchni przebijał się tłumiony krzyk i smutek. Najmocniej działa w scenach skrajnych emocji: gdy narasta w nim lęk przed zdemaskowaniem, zdradzają go nerwowe gesty jak drapanie nadgarstków i podejrzliwe spojrzenie; w rozmowach z Andrew staje się kruchy, uroczo nieporadny, przepełniony wrażliwością; gdy zaś wybucha gniewem robi to bez półśrodków, z intensywnością, która nie pozwala odwrócić wzroku.
Jego ekranowy partner, Russell Tovey, tworzy postać równie wiarygodną. W scenach, gdy odsłania swoje intencje wobec Lucasa, jest szorstki i romantyczny, lecz jednocześnie kieruje się rozsądkiem – jakby nieustannie balansował między sercem a ostrożnością. Także drugi plan nie zawodzi. Maria Dizzia jako matka Lucasa subtelnie buduje ekranową więź z synem, opartą na czułości i niedopowiedzeniach. Christian Cooke w roli sierżanta łączy w sobie stanowczość policjanta z lojalnością przyjaciela, który potrafi stanąć za Lucasem murem. Szkoda jedynie, że jego rola pozostaje tak skromna, bo nawet w kilku scenach zaznacza swoją obecność wyraźnie i z potencjałem na coś więcej.

Pozostaje jednak pewne wrażenie – ten kameralny, podszyty niepokojem, a zarazem ujmujący film wybrzmiałby pełniej, gdyby swoją premierę miał dwie dekady temu. Dziś nie odkrywa nowych rejonów w kinie queerowym, nie przesuwa granic ani nie redefiniuje języka opowieści o tożsamości. Być może właśnie dlatego nie stał się szeroko dyskutowanym wydarzeniem – przychodzi w czasie, gdy wiele podobnych historii zostało już opowiedzianych głośniej, odważniej, bardziej manifestacyjnie.
A jednak produkcja broni się czymś innym – ciszą i skupieniem. Reżyser nie tworzy górnolotnych zawirowań fabularnych, mających wzmocnić zaangażowanie odbiorców filmowego przekazu. Pozwala natomiast na wsłuchanie się w drżenie bohatera, w jego intymne doświadczenia i emocjonalne rozterki. Jednocześnie W ukryciu szkicuje portret społeczeństwa brytyjskiego z lat 90., dla którego miłość między dwoma mężczyznami była nieakceptowana, co tylko potęguje świadomość, że można nosić w sobie całe morze emocji i nie znaleźć brzegu, na którym można by je bezpiecznie wylać. A finałowa scena – nacechowana przemocą – wybrzmiewa perspektywą, że po ogniu nienawiści pozostaje tylko popiół smutku.
Korekta: Anna Czerwińska
Studiuję filmoznawstwo, co oznacza, że oglądanie filmów na zaliczenie to dla mnie norma, a nie wymówka. Piszę, co wpadnie mi do głowy: artykuły, opowiadania, a czasem nawet wiersze. W wolnym czasie mówię o kulturze w podcaście ,,Szymon_Movie", gram w filmach i na scenie, a ostatnio odkryłem swoją nową pasję: jeżdżenie czołgiem. Bo kto nie chciałby czołgać się w stylu pancernym?
