„Absolute Batman”, tom 1 – Mroczny trybun ludowy [RECENZJA]
Po blisko dwóch latach od amerykańskiej premiery, Absolute Batman trafił wreszcie do Polski. W tym krótkim czasie zdołał wyrosnąć na jeden z największych komiksowych sukcesów dekady, wyśrubowując wynik ponad trzech milionów sprzedanych egzemplarzy. Nic więc dziwnego, że i u nas zainteresowanie okazało się ogromne, a pierwszy nakład został błyskawicznie wyprzedany. Efekt kuli śnieżnej, ale w pełni zasłużony.
Kto za Batmanem podąża od lat, do sięgnięcia po ten tytuł nie potrzebował większej zachęty niż nazwisko scenarzysty. Scott Snyder, po publikowanych w ramach linii wydawniczej New 52 Trybunale sów i Śmierci rodziny, złotymi zgłoskami zapisał się w historii Zamaskowanego Krzyżowca jako jeden z jego najciekawszych autorów. Nikt nie mógł narzekać na taki powrót i nikt po lekturze nie będzie czuł się rozczarowany.
Tym razem pomysłodawca upiornego Batmana, Który się Śmieje dostał pod opiekę swoisty – pisząc językiem filmu – requel. Celem było nie tylko zadowolenie starych wyjadaczy czymś świeżym, ale także zaproszenie osób, które nie wiedziały, od czego zacząć zaznajamianie się z liczącą blisko dziewięćdziesiąt lat postacią Batmana do wspólnej podróży w nieznane. To oczywiście nie pierwszy raz, kiedy DC Comics zdecydowało się na reset, ale tym razem odejście od kanonu jest radykalne. Do tego stopnia, że napędziło spontaniczną „kampanię reklamową” w mediach społecznościowych, bo czytelnicy zaczęli się masowo dzielić zaskoczeniami na widok dwumetrowego, napakowanego Mrocznego Rycerza, odmienionych losów jego rodziców albo paczki przyjaciół w składzie: Killer Croc, Two-Face, Penguin, Riddler i Catwoman. Każdy zeszyt przynosił kolejną niespodziankę, więc strach przed spoilerami zaczął podkręcać sprzedaż. Na nic by się to wszystko jednak zdało, gdyby Snyder nie stanął na wysokości zadania i nie podporządkował ekstremalnych metamorfoz wciągającej, ekscytującej fabule.

Problemem Bruce’a Wayne’a stał się jego status społeczny. Podobnie, jak nikt już nie pisze o konkwistadorach jak o bohaterach cywilizujących dziki Nowy Świat, tak też trudno uczynić z miliardera obrońcę uciśnionych. W końcu to cyniczni, stale pomnażający bogactwo kosztem najuboższych korporacyjni potentaci jawią się obecnie jako źródło wszelkiego zła. Batman wywodzący się z takiego środowiska choć działał ze szczerych pobudek, zaczął trącić sygnalizowaniem cnoty, kompleksem zbawiciela i pokazową filantropią. Przekształcenie go w błyskotliwego inżyniera związanego z klasą robotniczą to być może najlepsza z licznych w jego długiej biografii zmian, na jaką dotąd się odważono. Z miejsca zyskał na autentyczności i całkiem przypomina już bohatera ludowego.
Z realistycznym fundamentem świata przedstawionego do pewnego stopnia kontrastują rysunki Nicka Dragotty, znanego nad Wisłą z kilku superbohaterskich tytułów, a także z Na wschód od zachodu czy Pewnego razu gdzieś na końcu świata. Dla Snydera rysownik z New Jersey jest prawie jak Kelley Jones dla Douga Moencha. Do przyziemnych, ponurych historii wprowadza odrobinę (znacznie mniejszą niż Jones) surrealizmu, co nie jest jednak ani zabiegiem komediowym, ani próbą stworzenia bezpiecznej przeciwwagi. Nieludzkie proporcje czaszki Czarnej Maski, absurdalnie monstrualny batmobil czy nowe, przypominające nietoperzowe ciało wynalazki to przerysowanie z pogranicza horroru, a przecież strach to główne narzędzie budowania renomy Batmana, więc czemu nie rozciągnąć go na sferę wizualną? Po latach prób i testów (obejmujących także wersje familijne) nie ma wątpliwości, że w tej estetyce Mroczny Rycerz wypada najlepiej i najbardziej zasługuje na ten przydomek.
Jedyne przerysowanie, co do którego można mieć wątpliwości dotyczy dość osobliwych nowych właściwości bat-stroju. Dragotta uwielbia superbohaterów z lat 90. i mangę, co znalazło odzwierciedlenie w jego projekcie. Batman-mięśniak w szaro-czarnym kombinezonie wzbudzi sentyment u osób, które zaczytywały się w komiksach wydawanych przez TM-Semic. Kiedy jednak odczepia uszy swojej maski i ukazuje ostrza na ich końcach, pelerynę przemienia w szpony, na których może nawet chodzić, a z wielkiego, prostokątnego znaku na piersi robi topór, zaczyna przypominać Generała Daimosa dobywającego broni z dowolnego punktu na swoim mechanicznym ciele. Jak się w czymś takim zwinnie poruszać i skakać po gothamskich dachach? Lepiej się nad tym w ogóle nie zastanawiać i zawiesić niewiarę.

Dragotta ułatwia to zresztą, unikając nadawania swojemu bohaterowi nienaturalnej lekkości. Batman, którego stworzył wraz ze Snyderem, nie trenował wschodnich, wymagających gimnastycznych umiejętności sztuk walki, tylko toporne, zachodnie pojedynkowanie się bez cienia subtelności. Sceny akcji nie są z tego powodu rozbudowane i nie wymagają od rysownika doskonałej znajomości anatomii. To na ogół kilka sąsiadujących ze sobą kadrów z poszarpanym obrysem, w których w dużym zbliżeniu Obrońca Gotham coś komuś łamie, wbija albo ucina. Nic tutaj nie jest gładkie albo zaokrąglone, linie są kanciaste i ostre, a Batman niemal zawsze jest w mniejszym lub większym stopniu skąpany w cieniu. Taka otoczka ułatwia uznanie wszystkiego, co odbiera zmysł wzroku za prawdopodobne.
Zdecydowanie więcej mówi się o treści Absolute Batman i zmianach fabularnych niż o zmianie języka wizualnego. Ta jest jednak równie istotna, bo ilekroć ktoś próbował opowiedzieć tę historię na nowo, odświeżenie estetyki i nadanie jej odrębnego charakteru zawsze stanowiło istotny element. Nie inaczej jest w tym przypadku. Wystarczy jeden rzut oka na przypadkową stronę i od razu wiadomo, z którym wydaniem Batmana mamy do czynienia.

Ponarzekać można nieco na dość szybkie tempo, ale we współczesnym komiksie superbohaterskim od dawna nie ma miejsca na powolne budowanie napięcia. Podobne do tego z kultowego Knightfall, gdzie zanim Bane „złamał nietoperza”, przez wiele zeszytów obserwowaliśmy wycieńczonego i wypalonego Bruce’a Wayne’a. Chciałoby się popatrzeć, jak ten nowy, muskularny Batman staje naprzeciw nie tylko najpotężniejszych wrogów, ale również tych pomniejszym. Przypominającego skrzyżowanie Predatora z Shatterstarem różowo-zielonego Ballistica, strzeleckiego duetu Gunhawk i Gunbunny albo seryjnego mordercy Abattoir. Trudno jednak mieć pretensje o ciągłe gnanie na złamanie karku, skoro taki jest znak czasów i wszyscy muszą dotrzymać kroku.
Absolute Batman zapracował na każdy jeden superlatyw napisany i wypowiedziany na jego temat. Snyder i Dragotta nie wymyślili po prostu kolejnej szalonej wersji ukochanej przez miliony postaci – jak Batmanasaurusa Rexa albo Batmobeasta – tylko zabrali ją do trzeciej dekady XXI wieku i pokazali, z czym się dzisiaj zmagamy. Ryzyko było ogromne, ale w rezultacie Mroczny Rycerz nie jest już tylko nostalgicznym herosem z przeszłości, który puszcza do nas oko, a my przymykamy nasze na jego niedopasowanie do rzeczywistości. Ten Batman doskonale wie, jaki nowotwór trawi tkankę społeczną i nie cofnie się przed niczym, by zaaplikować lekarstwo.
korekta: Daniel Łojko
Redaktor naczelny portalu Soundrive, kurator festiwalu Jazz Jantar, a także współpracownik Mint Magazine, Dwutygodnika, Pełnej Sali, radia Jazzkultura i portalu PopMatters. W przeszłości związany z podcastem Nightslime, magazynami Kawaii i Noise, portalami Film.org.pl, Fathers, Uwolnij Muzykę i z Radiem Kapitał.
