Advertisement
FilmyRecenzje

„Oasis: Don’t Look Back in Anger” – Zjednoczenie Królestwa [RECENZJA Z WENECJI]

Daniel Łojko
Oasis Don't Look Back in Anger
fot. Simon Emmett / materiały prasowe La Biennale di Venezia

Nigdy nie byłem fanem Oasis. Nie to, że nie lubię tego zespołu – po prostu nie zagłębiałem się w jego dyskografię, a moja znajomość kończy się na największych hitach pokroju Supersonic, Wonderwall i Don’t Look Back in Anger. Ba, przez większą część mojego jestestwa na tym łez padole Oasis po prostu nie istniało, a bracia Gallagher pałali do siebie czystą nienawiścią. Wiadomość o sztamie Noela i Liama oraz wielki powrót zespołu to pewnie jedno z największych muzycznych wydarzeń XXI wieku. I jak tu nie nakręcić o tym dokumentu? Film noszący podtytuł po ostatnim z wymienionych utworów – może i prosty, ale skuteczny zabieg – nie jest bynajmniej ckliwą przejażdżką i kapitalizacją pojednania Gallagherów.

Rozumem ciężko objąć jest popularność Oasis – zwłaszcza, kiedy nie żyło się w tamtych czasach. I zwłaszcza w Wielkiej Brytanii. Wystarczy jednak obejrzeć film Willa Lovelace’a i Dylana Southerna. Oasis: Don’t Look Back in Anger zagląda za kulisy ubiegłorocznej, pojednawczej trasy koncertowej kapeli z Manchesteru. Nie mamy tu jednak do czynienia ze zwykłym dokumentem, a jeśli szukacie analizy relacji między braćmi oraz odpowiedzi na to, co naprawdę wydarzyło się w ostatnich latach i doprowadziło do powrotu Oasis, Wasze pytanie zostanie zawieszone w próżni. Bo odpowiedzi po prostu nie ma. Jak sam w filmie stwierdził Noel – nie jest osobą, która wybacza ludziom, ale to najzwyczajniej w świecie stało się samo z siebie. Animozje uleciały, bracia Gallagherowie dojrzeli, zmądrzeli i podali sobie ręce. Tyle. Co więc ciekawego może być w tym filmie?

fot. „Oasis: Don't Look Back in Anger” / materiały prasowe La Biennale di Venezia
fot. „Oasis: Don’t Look Back in Anger” / materiały prasowe La Biennale di Venezia

Southern i Lovelace na podstawie scenariusza Stevena Knighta (Peaky Blinders) wykorzystują powrót Oasis do opowiedzenia o znaczeniu zespołu w wielu współczesnych kontekstach. Dwie godziny filmu napakowane są wątkami, z których część z nich stanowią opowieści z różnych szerokości geograficznych: od irlandzkiej klasy robotniczej, przez fandom Oasis w Korei, po kibiców argentyńskiej drużyny piłkarskiej San Lorenzo, adaptujących i przerabiających Wonderwall jako nieoficjalny hymn klubu. W początkowej fazie produkcji pojawiają się oczywiście przebitki z pierwszych prób zespołu przed trasą, gdzie wciąż wyczuwalne jest napięcie między braćmi. Narrację z offu często prowadzą nie tylko Noel z Liamem, ale i fani z całego świata, których wypowiedzi składają się na opowieść o najważniejszym zespole ich życia. Odskoczni od codzienności, czy wreszcie pojednaniu i braterstwie.

Wydaje się to bardzo banalne, ale w tym chyba tkwi siła całego filmu. Powrót Oasis stanowi tu katalizator do opowiedzenia o potrzebie wspólnoty oraz odnajdywaniu swoich ludzi pośród kompletnie nieznajomych – bandy świrów w bucket hats i z browarami w łapach, z którymi wspólnie wyśpiewasz jedne z największych hitów, jakie brytyjska scena muzyczna słyszała od czasów The Beatles. Southern i Lovelace naturalnie mówią też o przebaczeniu, ale jak już ustaliliśmy z Noelem – to było coś naturalnego. Pomimo fasady twardzieli i kozaków, w niektórych wypowiedziach starszego Gallaghera czuć pewien smutek oraz jakiś rodzaj wstydu wynikające z głupiej utraty kontaktu z Liamem na 15 lat. Produkcja ta odsłania wrażliwą stronę braci, lecz nie sili się na emocjonalny szantaż – to czyste, ludzkie emocje, które do głównych bohaterów przyszły dosyć późno. Film naturalnie pokrywa wydarzenia mające miejsce podczas ubiegłorocznej trasy koncertowej, toteż dostajemy m.in. wzruszający segment o „Manim” Mounfieldzie – zmarłym w listopadzie 2025 roku basiście The Stone Roses, czyli zespołu, po którego koncercie Liam postanowił zostać wokalistą, a Noel zainspirowany utworem Sally Cinnamon odkrył swoje przeznaczenie songwritera (i nie, to nie ta sama Sally).

Przeczytaj również:  Klasyka z Filmawką: „Krajobraz po bitwie” | WAJDA: re-wizje
Oasis: Don't Look Back in Anger
fot. Harriet Bols / materiały prasowe La Biennale di Venezia

Równie naturalnie pojawia się wątek polski, wynikający ze słynnego „doing the Poznań”, czyli kibicowskiej aktywności podłapanej przez fanów Manchesteru City (któremu kibicują Gallagherowie) w trakcie meczu z Lechem Poznań w 2010 roku. Podczas spotkania fani „Kolejorza” w pewnym momencie odwrócili się plecami do boiska, złapali za ramiona i zaczęli razem skakać. Od tamtej pory na wielu europejskich stadionach regularnie możemy to obserwować. Idealnie wpisuje się to także w ideę pojednania oraz wspólnoty, tak silnie płynących z produkcji. No dobrze, ale jaki jest w ogóle kontekst „Poznania” w dokumencie o Oasis? Ano taki, iż gdyby było Wam mało wrażeń, twórcy serwują nam również film częściowo koncertowy. Don’t Look Back in Anger zawiera nagrania z utworów zarejestrowanych podczas ubiegłorocznej trasy. Świetnie uzupełnia to narrację poszczególnych fanów, łącząc słowo mówione z obrazem oraz twórczością zespołu, skupiając się jednocześnie na poszczególnych ludziach tworzących społeczność wokół kapeli. Niektóre fragmenty występów bywają jednak nieznośnie wydłużone, a mnogość wątków w pewnym momencie przygniata rytm narracji. Film raz po raz wraca jednak na właściwe tory, ale takie wahania od czasu do czasu mogą zaburzyć wrażenia z seansu.

Oasis: Don’t Look Back in Anger to film niezwykle wieloznaczny, zestawiający konteksty i odczucia pojedynczych fanów z najnowszą historią zespołu. Jednocześnie szeroko komentuje inspirujący wpływ Oasis na młodsze pokolenia oraz emanuje wzruszającą wspólnotowością. Nie ma tu mięska, ale nie jest to też laurka – bardziej próba ściślejszego ujęcia współczesnego wpływu zespołu na codzienność tak wielu niezliczonych żyć. Płynie z tego także coś w rodzaju happy endu i ulgi, których przy pojednaniu doświadczyli Gallagherowie. Liam oraz Noel wciąż są tymi samymi, pewnymi siebie, zabawnymi dupkami – ich arogancja stopniała jednak wraz z wiekiem, pozwalając dostrzec niektóre błędy i dać tak wielu ludziom to, co jest dla nich ważne. Wiedzą, ile dla nich znaczą, a ten film jest swego rodzaju podziękowaniem fanom, którzy przez tyle lat niezmiennie wspierali Oasis.

korekta: Monika Konkol

+ pozostałe teksty

Dziennikarz, maruda, fan „Gwiezdnych wojen”, „Władcy Pierścieni” filmów superbohaterskich oraz muzyki wszelakiej. Chociaż jego gust ukształtowało „GTA: San Andreas”, to nie znajdziecie większego fanatyka utworu „Na jednej z dzikich plaż” grupy Rotary.

Ocena

7 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Supersonic, Oasis: Lord Don't Slow Me Down, Knebworth 1996

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.