Advertisement
Nowe Horyzonty 2026Wywiady

Odczarować pole dance. Rozmawiamy z Sonją Orlewicz-Zakrzewską, reżyserką „EXOTIC” | Wywiad | Nowe Horyzonty 2026

Daniel Łojko
fot. Alina Metelytsia-Kolisnyk

Podczas 26. edycji Miedzynarodowego Festiwalu Filmowego TAURON Nowe Horyzonty odbyła się premiera polskiego filmu EXOTIC. Główną bohaterką jest Mila, która tuż przed wspólnym wyjazdem na obóz pole dance zostaje wystawiona przez swoją przyjaciółkę. Pomimo obaw, postać grana przez Jaśminę Polak decyduje się pojechać sama i wejść w zupełnie nieznane sobie środowisko pełne wysokich koturnów, skąpych ubrań i wysportowanych tancerek. O swoich wrażeniach z festiwalowego seansu napisał już mój redakcyjny kolega Janek Brzozowski. Recenzję EXOTIC spod jego klawiatury znajdziecie pod tym linkiem.

Ja tymczasem zapraszam na długą rozmowę z reżyserką filmu – Sonją Orlewicz-Zakrzewską. Poniżej znajdziecie masę zakulisowych historii o powstawaniu produkcji (m.in. o Bartoszu Bielenii, który gotował zupę dla ekipy), inspiracjach, obsadzie, muzyce, ale i o pozafilmowej działalności twórczyni.


Daniel Łojko: Jak wrażenia po premierze filmu na festiwalu?

Sonja Orlewicz-Zakrzewska: Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się, że to będzie tak fajne wydarzenie. Ja generalnie na co dzień jestem dosyć mocną samotniczką. Mam leśny domek na Kaszubach i jeśli tylko mogę, siedzę sobie tam całe lato. Wychodzę spod tego kamienia właśnie na jakieś wydarzenia czy inne pracowe sytuacje, na które muszę dojechać. Mam wrażenie, że była tak dobra energia – i pomiędzy ekipą i pomiędzy publicznością – że w ogóle nie podejrzewałem, że aż tak przyjemnym i niestresującym wydarzeniem może być premiera filmowa. Bardzo się też cieszę, że znowu zobaczyłam większą część ekipy, bo po prostu bardzo się lubimy. To był film robiony bardzo przyjacielsko i super było móc razem poświętować pokazanie go ludziom.

Poza tym jest tak, że gdy robisz coś naprawdę długo – a ten film już leżał sobie kilka miesięcy i czekaliśmy na ustawienie tej całej premierowej, festiwalowej drogi – to dochodzi do momentu, kiedy bardzo potrzebujesz spotkać to z odbiorcami i dowiedzieć się, czy w ogóle warto było szaleć tak. Czy te 3 lata krwawicy da coś ludziom.

Wydaje mi się, że w trakcie seansu widać tę przyjacielską energię. Chyba dobrze się bawiliście na planie. Mimo to trzeba też czasem powiedzieć „nie”. Jak ty, jako reżyserka, podchodzisz do dbania o atmosferę na planie?

Zależy mi na tym i bardzo się na tym koncentruję. Momentami wręcz za bardzo! Mam taką przypadłość w drugą stronę: jestem bardzo wrażliwa i chcąc nie chcąc, skupiam się na tym, jak czują się inni. Pracuję nad tym, żeby wyciszyć to w takich momentach jak plan filmowy, gdzie musisz być zadaniowy i nie ma czasu na rozwodzenie się nad każdą emocją każdej osoby. Po pierwsze: myślę, że kluczem do udanego planu jest po prostu dobór ludzi. Tak a priori. Bardzo zwracam uwagę na to, z kim będę pracować. Reżyseria to jest trochę zarządzanie energią, więc myślę, że trzeba spróbować dobrze dobrać komponenty energetyczne tych ludzi, żeby to miało szansę razem zadziałać. Czasem się ze mnie śmieją, że uprawiam nepotyzm, bo dobieram ekipę, z którą się po prostu dobrze znam. Z naszym operatorem Adamem Suzinem przyjaźnię się od długiego czasu. Poznaliśmy się jeszcze w filmówce. Uwielbiam robić z nim rzeczy, bo po prostu rozumiemy się bez słów.

Kręciliśmy jakąś scenę i kierowałam go przez radio. Adam robił dokładnie to, co mówiłam. Potem okazało się, że byłam na innym kanale i on tego w ogóle nie słyszał. Ja się w ogóle nie pokapowałam i byłam pewna, że mnie słyszy, bo właśnie idealnie zrobił wszystko, o co prosiłam. Ja uwielbiam ludzi, z którymi pracuję. Fascynują mnie swoją wrażliwością, spojrzeniem na świat i w ten sposób próbuję ich dobierać. A po drugie proste sprawy: wzajemny szacunek, otwartość, nieprzemocowa komunikacja, załatwianie swoich ego-problemów poza planem. Banalne rzeczy.

Mnie często dziwi ta dyskusja o „nepotyzmie”, bo myślisz Martin Scorsese i od razu masz w głowie połączenie z Robertem De Niro. Robili i wciąż robią to najwięksi, a w ich stronę tych zarzutów się nie kieruje.  

No i właśnie – nie wiem, co w tym złego. EXOTIC jest pierwszym moim filmem, który trafił do szerszej publiczności. Ale grająca główną rolę Jaśmina Polak wystąpiła również w moim shorcie, teledyskach i scenie próbnej do kolejnej, powstającej fabuły. Obsadzałam ją praktycznie we wszystkim, co robiłam. Wynika to z tego, że ona mnie po prostu bezbrzeżnie fascynuje. Jestem w stanie w niej szukać i odnajdywać bez końca, jakkolwiek to nie brzmi. Jaśmina ma w sobie tak niesamowite połączenie kontrastowych cech, których nie dostrzegam w nikim innym. Jest w niej TYLE. Widzę w niej materiał na tysiąc postaci.

„EXOTIC”
fot. „EXOTIC” / mat. prasowe Gutek Film

EXOTIC dopiero zaliczy ten szeroki debiut i będzie nabierał tempa, ale już pracujecie nad kolejną rzeczą. Możesz coś zdradzić?

My nie zaczęłyśmy nad tym pracować teraz – to miał być mój pierwszy film. Development ukończyliśmy już chyba ze trzy lata temu. Powstało z dziewięć wersji pełnometrażowego scenariusza, nakręciliśmy scenę próbną i dobraliśmy ekipę. Pojawiły się jednak komplikacje produkcyjne, ale w przeciągu kilku najbliższych miesięcy zamierzamy wrócić do tego projektu. Dowiedziałam się o tych komplikacjach i najpierw się totalnie załamałam, bo włożyłam w niego dwa lata życia, ale ponieważ jestem osobą działającą i raczej się nie daję, to chyba już tydzień później pisałam kolejny pełny metraż. Miałam taki imperatyw, że w przyszłe wakacje wchodzę na plan i koniec. Jak nie na ten pierwszy, to na inny! Złożyłyśmy więc wniosek o mikrobudżet – bo to jest bardzo szybki schemat finansowania – żeby w kolejnym roku wejść na plan. I tak też się stało. Ostatecznie bardzo się cieszę, bo dzięki temu zrobiłam EXOTIC.

Film, który zaczęliśmy robić poprzednio, nosi tytuł Delfin. Jest znany nowohoryzontowemu branżowemu środowisku, bo prezentowałyśmy go na Polish Days. To bardzo szalona produkcja – w której oczywiście grają Jaśmina Polak i Bartek Bielenia! Generalnie chodzi o to, że postać Bartka rodzi delfina, a bohaterka Jaśminy, jego partnerka, czuje się z tą sytuacją bardzo nieswojo. EXOTIC jest więc moim najnormalniejszym scenariuszem.

Zaczęło się od tego, że poszłyście z Jaśminą na pole dance. Dlaczego właśnie ta dyscyplina?

Pamiętam, jak zaczęłyśmy z Jaśką gadać o tym, żeby się zapisać. To nie było wtedy ubrane w żadną filozofię – zadziało się na zasadzie „ej, kurde, to jest zajebiste, idziemy?”. Ja i Jaśmina jesteśmy takimi dziewczynami, które bardzo długo nie miały kontaktu ze swoją kobiecością. Raczej byłyśmy takimi ziomalkami. Bardzo dobrze było to powiedziane w filmie Róża [w reż. Markusa Schleinzera – przyp. red.]: czasami łatwiej jest założyć spodnie. Chyba właśnie do tej pory miałyśmy taką formułę na bycie dziewczyną. Coś jednak ciągnęło nas do tego, że jest możliwość większego kontaktu z tą kobiecością, a wejście w slutty zachowania jest na maksa uwalniające! To, że w nie nie wchodzimy, jest kwestią tego, że boimy się oceny. Że dopiero niedawno określenie „slutty” przestało być jednoznacznie piętnujące. Myślę, że to właśnie robi z nami pole dance. Mamy szansę się otworzyć i nie przejmować się oceną – bo wiadomo, że zawsze ktoś to będzie robił.

Ja raczej nie siedzę w internetach, ale tancerki, które grały w tym filmie i dla których ważne jest to, czy EXOTIC zmieni postrzeganie pole dance’u, już mi podsyłały jakieś komentarze. Trochę już ostrzegałam je przed tym, że na pewno się w necie naczytają, że są kurwami i trzeba się na to przygotować. Ludzie piszą w komentarzach, że „oni to by swojej dziewczyny na to nie puścili, bo to jest dla dziwek”. Z mojej perspektywy niewiarygodne jest to, że mamy XXI wiek, w szerokim dyskursie społecznym istnieje jakaś woke-feministyczna gadka, a dalej są ludzie totalnie pod to niepodłączeni. Myślę, że chciałyśmy z Jaśminą tak po prostu, dla siebie, powić się w kusych gaciach i wysokich obcasach, a potem zobaczyć w lustrze, jak to zajebiście wygląda oraz podłączyć się pod bardzo wyzwalające i ciałopozytywne uczucie, które za tym idzie.

A reszta obsady miała np. jakieś treningi przygotowawcze przed rozpoczęciem zdjęć?

Tak. A w ogóle, teraz przypomniało mi się, jak to było! To przecież Magda Koleśnik pierwsza poszła na rurę i jest jednym z powodów, przez które ja też to zrobiłam! My się już wtedy znałyśmy – nie jakoś bardzo, ale byłyśmy ziomami. Magda zamontowała sobie rurę w sypialni. Kiedyś zaprosiła mnie do siebie na urodziny no i do jakiejś trzeciej w nocy goście siedzieli w salonie i gadali, a ja po prostu fikałam sama w tym pokoju z rurą. Następnego dnia miałam takie zakwasy, że nie mogłam zejść z łóżka. To właśnie sprawiło, że ostatecznie się zapisałam. Chciałam to zrobić od dawna, ale jakoś nigdy nie nadchodził “ten dzień”. Urodziny Magdy Koleśnik były dla mnie tym impulsem. Zadzwoniłam do Jaśki i oznajmiłam, że się zapisałam, a ona na to: „Co? Dobra, ja też.”.

No więc Magda wcześniej trenowała, ale na jakiś czas przestała, bo urodziła dziecko – nomen omen tak, jak jej bohaterka. Wróciła do pole dance’u dopiero w ramach przygotowań do filmu, ale już dużo umiała. Musiała tylko trochę obudzić ciało po ciąży. Bohaterki Moniki Frajczyk nie widzimy, jak tańczy – Lucy tylko opowiada, czego ona tam nie robi na rurze. Dlatego wiedziałam, że do tej roli nie potrzebuję osoby, która jest doświadczona. Monia i tak poszła na parę treningów, żeby w ogóle wiedzieć, z czym to się je. Reszta obsady to naturszczycy, prawdziwe tancerki i tancerze. Poprosiłam osoby, z którymi od dawna trenuję i które nie mają nic wspólnego z aktorstwem. Troszkę się tego bałam, bo to debiut, mało kasy i dni zdjęciowych, a jakieś 85% ludzi, których widzimy w filmie, pierwszy raz stało przed kamerą. Okazało się jednak, że nie ma się czego bać, bo oni są po prostu performerkami i performerami. Weszli w to jak w masło.

Kadr z filmu „EXOTIC”.
fot. „EXOTIC” / mat. prasowe Gutek Film

No właśnie – zdjęcia trwały 15 dni. Jak się kręci pełnometrażowy debiut w tak krótkim czasie?

Fatalnie. Trauma. Na szczęście po czasie zostają tylko dobre wspomnienia. Rozmawialiśmy z ekipą, że było tak fajnie na planie… ale nie było, haha! Dobra – było, tak międzyludzko. Były też piękne, wzruszające momenty, ale ostatnio widziałam swoje zdjęcia po tym planie. Wyglądałam, jakby mnie walec przejechał. Byłam chorobliwie wychudzona, bo jak się stresuję, to nie jem. Było bardzo ciężko i mam nadzieję, że już nie będę musiała kręcić filmu za takie pieniądze. To jest też w kinie brutalne: pieniądze = czas. Po prostu kupujesz sobie czas z ludźmi i sprzętem. Marzy mi się – i wiem, że tego po EXOTIC nie widać, bo zrobiliśmy go z tym, co mieliśmy – mocno zaplanowane kino. Ja i Adam jesteśmy rozkminiaczami. Rozpisaliśmy sobie wszystkie ujęcia; to miała być taka wytrawna narracja, jakieś myki, kiedy przechodzimy między postaciami i w ogóle czego tam nie zrobimy. Tak, mhm.

Okazało się, że mamy maksymalnie po kilka ujęć na scenę. Dużo z nich było kręconych w jednym dublu. Całe szczęście, że byliśmy bardzo dobrze przygotowani: ja wiedziałam, czego chcę emocjonalnie, aktorzy co i jak mają grać, bo wcześniej mieliśmy próby stolikowe, a Adam co ma kręcić. Nawet jeżeli nie w zaplanowanych ujęciach, to wiedział, co ma się opowiedzieć. On jest totalną siłą spokoju i za to go uwielbiam. Ja już bym tam 10 razy spanikowała, że „dobra stary, nie ma czasu, kręć to z ręki”, a on twardo, że nie. Mieliśmy założenia, że dużo scen będzie kręconych ze statywu i steadicamu, a ręka ma wchodzić tylko kilka razy w filmie – i tego się trzymaliśmy. Adaś tego pilnował i nie dawał się ugiąć, nawet kiedy mieliśmy nóż na gardle. No więc były wyrzeczenia. Gigantyczny kompromis techniczny. O ile udało nam się energetycznie, fabularnie, treściowo i przesłaniowo zawrzeć to, co chciałam, o tyle technicznie miał być to troszkę inny film.

Miałem wrażenie, że jest to nieco punkowe od strony realizacji, co w połączeniu ze scenariuszem jest również energiczne. Dzięki temu wpisuje w szeroko rozumianą „nowohoryzontowość”, o której rozmawiałaś w wywiadzie z Kubą Popieleckim.

Tak, ale myślę, że nawet gdybyśmy mieli 10 razy większy budżet, ten film byłby tak samo punkowy. Ta punkowość nie wynika z tego, że kręciliśmy w jednym dublu, tylko była w ten sposób przemyślana energetycznie. Z budżetem możesz się nie stresować, zrobić więcej dubli i mieć z czego wybierać, a nie szyjesz z tego, co zrobiłeś w jednym ujęciu. Wiadomo, że da się to zrobić, ale mając więcej dubli, możesz powynajdować więcej smaczków i niuansów. I tak się robi kino. Byłoby wtedy fajnie! (śmiech). Ale przynajmniej wiemy, że jesteśmy w stanie nakręcić scenę w 10 minut.

Która to była?

Ta najważniejsza rozmowa Mili z Aleksem na plaży. To był jeden take i dubel, a scena jest bardzo długa.

Ale się udało.

No bo to świetni aktorzy!

Przeczytaj również:  „Witajcie w Hope” – Co kot wyskoczy | Recenzja | Octopus Fim Festival 2026

Jeździłaś nad morze na kolonie?

Tak, jako dziecko.

Pytam, bo podobało mi się zderzenie obozu pole dance z taką typową polską miejscowością nadmorską – tym ośrodkiem wypoczynkowym, stołówką, barem u Jędrusia.

Kocham Dźwirzyno!

Zestawiając właśnie całą tę nadmorską aurę i nieco inny świat, który do niej zawitał, jak jako ekipa odnaleźliście się w tej atmosferze?

Mam dużo historii na temat! Po pierwsze: super, że wyłapałeś ten kontrast. Cała moja eksplikacja reżyserska, z którą zbieraliśmy finansowanie, była oparta na tym, że uczucia towarzyszące ci jako dziecku jadącemu na obóz, to poczucie silnej osobności i trudu społecznego. Pamiętam to z dzieciństwa; wyrwanie z oswojonego środowiska domu i pięciu ziomów z klasy, trafienie nie wiadomo gdzie, do grupy kompletnie nieznajomych ludzi. No ale okazało się, że w dorosłości jest dokładnie tak samo i jest to bardzo śmieszne.

Zamiast do szkoły na godzinę 8 to idziesz do pracy i mało się zmienia.

Mało się zmienia, naprawdę. I faktycznie wyjście do nowej grupy sprawia, że musisz na nowo zadecydować, jak chcesz się pokazać ludziom. Niestety (śmiech). Przy okazji zaczynasz wtedy myśleć, czy to, jak się prezentujesz, jest spójne z tym, jak żyjesz na co dzień. Jeżeli tworzę dla nich jakąś personę, to czy to znaczy, że z czegoś w swoim życiu nie jestem zadowolona?

Co też rozkminia Mila…

…i co też było dużą podwaliną tego filmu. I wyjazd na taki obóz naprawdę może ci zrobić jakąś rewolucję w głowie na zasadzie, że „ej, kurde, czekaj, czekaj – chyba nie jestem dumna z tego, jak żyję na co dzień, skoro się tak nie prezentuję”. No ale dobra, to było tak: obóz pole dance, na który pojechałam (wtedy Jaśmina mnie wystawiła, w filmie jej bohaterka zostaje wystawiona 😉), i na podstawie którego napisałam ten scenariusz, odbywał się w tym samym miejscu – film nakręciliśmy rok później na kolejnej edycji obozu. Martyna Dominikowska, szefowa obozu i moja trenerka, zgodziła się na to, żebyśmy tam wleźli z kamerą i przeszkadzali na zajęciach. Ja jako jedyna wiedziałam, gdzie jedziemy i z czym to się je. Opowiadałam ekipie, że jest to taki ośrodek ze stołówką, będzie tam dużo starszych pań z wnukami, obozy dziecięce, ludzie z pole dance’u i że to totalny super ciekawy kontrast, tak wszystkich mentalnie przygotowywałam. Obie edycje były jednak bardzo, bardzo różne.

Ta pierwsza, moja solowa, była bardzo pozytywna. Panie emerytki były z nami w jakiejś totalnej synergii. Zachwycone oglądały przez okna nasze treningi, dzieci z obozów się jarały, że też chcą na pole dance. Na coroczny pokaz przyszło chyba pół ośrodka, no po prostu wszyscy byli zachwyceni. W napisach końcowych jest na przykład zdjęcie matki z małym dzieckiem, zaglądającej przez okno. Wydarzył się wtedy jakiś tandetny happy end. Nastąpił w tym Dźwirzynie rozbłysk tolerancji, entuzjazmu itp. Byłam pewna, że za drugim razem to się powtórzy. Nasz drugi operator Kacper Gawron specjalnie dostał dokumentalny unit, żeby chodzić trochę po ośrodku i łapać te reakcje. Niestety okazało się, że kolejna edycja była zupełnie inna.

Kadr z filmu „EXOTIC”.
fot. „EXOTIC” / mat. prasowe Gutek Film

Poza poledensiarami tam faktycznie znowu był obóz dziecięcy. Zdarzyła się na przykład sytuacja, kiedy kręciliśmy scenę przy motocyklu, gdy Jaśmina była super skąpo ubrana. Jakiś dzieciak z tego obozu oglądał to z balkonu. Jego wychowawczyni to zobaczyła, wyszła na trawnik przed pokojami dzieciaków i tylko pilnowała, czy ktoś tam się nie wyłania. A gdy jakiś dzieciak wyjrzał, to tylko krzyczała „Do środka!”, żeby przypadkiem nastolatek nie zobaczył kawałka pośladka. To było jakieś absurdalne, bo jesteśmy nad morzem, gdzie dosłownie po drugiej stronie ulicy jest plaża. Jak panie chodzą tam w bikini, to jest wszystko git, ale przejdź przez tę ulicę i już sprawa jest nieobyczajna. Ostatecznie wszystko udało nam się zrealizować, ale tylko dzięki oddaniu ekipy i naszym buntowniczo-dywersyjnym nastawieniu.

Punkowość!

No właśnie! Ale myślę, że dla całej ekipy super było doświadczenie tego, o czym mówisz: połączenia dwóch biegunów przaśności. Grzecznej i niegrzecznej (śmiech). Często i gęsto czerpaliśmy z tych kontrastów. Każdy z nas ma masę przegiętych zdjęć z planu, którymi się ze sobą dzielimy – samo to świadczy o tym, jakie to dla nas wszystkich było barwne doświadczenie. A poza tym było super, bo byliśmy nad morzem! Kacper Gawron co rano prowadził nam Qigong, kąpaliśmy się razem w morzu no i jakoś przeżyliśmy.

Jak na festiwalu filmowym: nie masz kiedy zjeść, odespać, umierasz, ale atmosfera buzuje i jest dobrze.

No dokładnie. Zresztą plany wyjazdowe są super, bo nie jest tak, że po robocie idziesz załatwiać sprawy – są jak kolejne kolonie. Zgrywasz się z ludźmi, wszyscy pomagają wszystkim i nagle Bartek Bielenia robi o 1 w nocy pyszną zupę dla ekipy.

Jaką?

Bardzo gęstą, pomidorową.

Z rosołu z wczoraj?

Z kostki rosołowej z Thermomixa! Świetna rzecz!

Bartek Bielenia przewija się w napisach bardzo często, nie tylko w obsadzie: współpraca scenograficzna, dźwiękowa, reżyser statystów, jako kierowca. Czy on rezygnuje z aktorstwa?!

(śmiech) Bartek najpierw zażartował, że w napisach chce być w każdym pionie. A my na to: „dobra, stary, proszę bardzo, to do roboty!”. I on faktycznie wziął sobie to za słowo honoru. Postać Bartka to głównie bohater z telefonu, więc Bartek miał bardzo mało dni zdjęciowych. I bardzo dużo czasu do zagospodarowania, bo od początku chciał nas wspierać przez cały wyjazd, jako, że na planie było tyle bliskich mu osób: ja, Jaśmina, Magda, Monika. On był już super zaangażowany w projekt na poziomie scenariusza. Stwierdził, że co będzie gdzieś siedział i się nudził. Przy okazji dodał, że praca w różnych pionach bardzo dużo mu daje i chciał zobaczyć, z czym mierzy się ekipa na co dzień. Po tym, jak pobiegał z tyczką na planie, powiedział coś w stylu, że aktorstwo to jakiś scam. (śmiech) Najczęściej był więc tyczkarzem. Jak trzeba było, to pomagał przy scenografii, był też kierowcą. Zbierał statystów na scenę imprezy w „Jędrusiu”, ale to już chyba on musi kiedyś opowiedzieć. No i udało się: Bartek jest w każdym pionie!

Podłapał coś z pole dance’u?

Tak! Mamy zdjęcia, jak robi handspring. To niełatwa rzecz do której potrzeba siły. Nieskromnie przyznam, że go nauczyłam.

Mówiłaś już o trudnościach, to teraz dla kontrastu: co w realizacji było najłatwiejszego?

Parę rzeczy. Współpraca z obsadą, bo jak już ustaliliśmy, część z nich wybrałam nepotycznie: Jaśminę, Magdę i Fraję – ponieważ znam się z nimi, to wiedziałam, że ich wyobraźnia oraz poczucie humoru na pewno są tym, czego chcę w filmie. Z Bartkiem tak samo. Nie dość, że są zdolniachami, to również profesjonalistami. Aktorstwo mają w małym palcu. Niewiarygodne jest dla mnie to, jak reagują na propozycje i są w stanie je ot tak wprowadzić. Byli również aktorzy, którzy do tego filmu trafili nienepotycznie: Hubert Miłkowski i Karolina Kowalska. Zobaczyłam ich w innych projektach – Karolinę w teatrze, a Huberta w filmie Norwegian Dream – i się zakochałam. No i wspaniała pani Lidia Jezierska, która z pełnym entuzjazem wskoczyła w propozycję przedziwnej roli baby, która rozwiązuje krzyżówki w komórce na miotły. Praca z nimi to była przyjemność i każdemu życzę, żeby na nich w pracy trafili.

Nie znam drugiej tak przygotowującej się do roli osoby, jak Hubert. Cały motyw z tym, co kelner kręci kamerą MiniDV, zamawia książkę Sztuka usługiwania. Jak być dobrym kelnerem to w całości jego pomysły. Nie wiedziałam, że on to zrobił. Sam sobie tę książkę ogarnął, przeczytał, ćwiczył z niej jakieś zdania. Ja mu tylko dałam kamerę i powiedziałam, żeby pokręcił coś z życia kelnera Piotrka. Kiedy później oglądałam ten materiał… Co on tam nawymyślał! Hubert jest niesamowicie inteligentny i przy tym tak zaangażowany. No kocham go. Karolinę tak samo. Ile ona wkłada energii. Film oraz dialogi są generalnie bardzo po scenariuszu, natomiast jedna scena jest totalną improwizacją Karoliny. To była ta pierwsza rozmowa telefoniczna jej bohaterki z mamą, kiedy się żali, że już tu nie chce być itd. Napisany był tylko początek tej rozmowy, ale co ona potem odwaliła…

Umówiliśmy się, że ma improwizować, a Adam zbliży się z kamerą – a szedł naprawdę wolno. Już było tak, że podszedł, okrążył ją trzy razy, odszedł, a ona dalej jechała. Nie byłam w stanie powiedzieć „stop”. Cała ekipa stała pod poglądem. Są chyba jakieś zdjęcia na Instagramie, na których wszyscy stoimy z takimi minami :o. To było po prostu złoto. Karolina jest niesamowitą kulą energii, aż nie do wiary. Uwielbiam ją. Praca z aktorami była więc najłatwiejsza, ale nad muzyką również szło gładko.

„EXOTIC” plan
fot. Instagram / Jana Łączyńska

No to opowiadaj.

Poznałam Tymka Papiora na jego koncercie w Warszawie, gdzie przyszło z siedem osób. Pamiętam, że po prostu oszaleliśmy na punkcie jego twórczości. Wyszedł jakiś 20-letni chłystek i muzycznie zamiótł. Ja generalnie jestem osobą dosyć wymagającą muzycznie. Nie chcę zabrzmieć pretensjonalnie, ale słucham raczej niestandardowych rzeczy – Tymek nas totalnie zaczarował i od razu po koncercie do niego podeszliśmy z propozycją wspólnego spędzenia dalszej części wieczoru, bo byliśmy pod ogromnym wrażeniem.

Okazał się też fantastyczną osobą. Od razu się zaprzyjaźniliśmy i zaraz po koncercie zaczęłam myśleć o tym, że mógłby zrobić muzykę do filmu. Chwilkę sobie jeszcze z tym pochodziłam, a Tymek też powiedział wtedy, że marzy o zrobieniu ścieżki dźwiękowej. No i po prostu mu to zaproponowałam. On jest niesamowicie płodnym artystą. Pierwsze propozycje utworów wysłał mi chyba już kilka godzin po naszej rozmowie i tak wyglądała nasza współpraca. Jak coś proponowałam czy prosiłam o zmiany, to to się działo w ciągu kilku godzin. Uwielbiam pracować z kimś, komu się chce – a jemu bardzo się chce. Tymek po prostu żyje muzyką. Czujesz, że muzyka się z niego wylewa, powstaje w atmosferze entuzjazmu i że go aż świerzbi. Jest to wspaniałe uczucie. Ale jednocześnie nie było tak, że Tymek wysyłał pierwsze propozycje i one weszły do filmu. Nad muzyką pracowaliśmy dość długo.

Miesiącami coś zmienialiśmy, szukaliśmy, ale nie było to męczące, a super satysfakcjonujące na zasadzie, że czujemy, że może być tam coś innego, bardziej spójnego. Najdłużej walczyliśmy właśnie o spójność. Od początku mieliśmy założenie, że będą dwa rodzaje muzyki. Jedna to przedstawienie wewnętrznego niepokoju Mili, gdzie są te wszystkie perkusyjne cyki-caki; taka, która oddziałuje na narrację z jej głowy. Druga to dająca większy dostęp do jej stanu zatopienia się w siebie, bardziej soundscape’owa. Długo walczyliśmy, żeby je ze sobą spójnie połączyć. Na tym etapie mieliśmy też wybraną resztę muzyki, czyli kawałki z wytwórni Nyege Nyege Tapes i utwory Sw@dy x Niczos. Ten soundtrack już miał swój bardzo konkretny koloryt i kombinowaliśmy nad uwspólnieniem całości. To był długi, ale bardzo satysfakcjonujący proces. Pamiętam, że kiedy Tymek wysłał kawałki, które trafiły do filmu, to oboje od kopa poczuliśmy, że to jest to. Dobrnęliśmy do tego momentu.

Brałaś też udział w komponowaniu?

Bardzo bym chciała, ale nie jestem kompozytorką! Natomiast śpiewam na jednym utworze ze ścieżki dźwiękowej. Drzemy się tam razem z Adamem Suzinem, naszym montażystą Tomkiem Kajetanem Naruszewiczem, z Tymkiem i naszymi przyjaciółmi Aleksem Raczyńskim i jego  żoną Gosią, którzy udostępnił nam w Łodzi swoje studio. To taki punkowy kawałek Changing My Mind – wchodzi trochę z dupy w scenie, kiedy kelnerka wbiega do morza. Ten ekipowy “chór” powstał jakoś super spontanicznie – zainicjowałam, żebyśmy pojechali z Tymkiem do tego studia i coś razem pokombinowali. On miał już koncept na ten utwór. Wszyscy zaczęli grać kompozycję Tymka, a ja na szybko wymyśliłam tekst na podstawie nagrań Jonasa Mekasa, które są w filmie. Wszyscy żeśmy się darli w tym studio i po prostu to nagraliśmy.

Miałaś kogoś upatrzonego do muzyki zanim poznałaś Tymka?

Do oryginalnej muzyki nie od razu, ale bardzo wcześnie padło na wykorzystanie w filmie utworów z Nyege Tapes. To była inicjatywa Jaśminy, z którą jeździmy do Ugandy na festiwal muzyczny Nyege Nyege i Jaśmina miała już tam kontakty. Dla nas od początku było jasne, że tam jest najbardziej inspirujący region muzyczny. I generalnie to tak – Adam i wspomniany wyżej Aleks w wolnych chwilach robią muzykę w zespole o nazwie 47. Oni chyba zagrali do tej pory tylko jeden koncert i nic oficjalnie nie wydali. Ale ja czasami bywałam z nimi w studio, słuchając, co tam sobie grają i to jest świetna muzyka. Pierwsza koncepcja była taka, żeby to właśnie oni komponowali do filmu. Po tym koncercie Tymka – na którym Adam też był – zgodnie jednak uznaliśmy, żeby to on sterował tą łodzią. Ale od początku wychodziłam z założenia, że zdecydowanie wolę zaprosić do pracy kogoś spoza głównego obiegu muzycznego. Nie myślałam o żadnych większych nazwiskach.

Przeczytaj również:  „Absolute Batman”, tom 1 – Mroczny trybun ludowy [RECENZJA]

EXOTIC afterparty

„Draże Zbrodniarze” i gra w krzesła, kiedy wodzirej mówi do dzieciaka, że nawet matka go nie lubi. Te absurdalne momenty trochę wyrywały film z jego naturalistyczności. Jak to się stało, że one doszły do skutku?

(śmiech) Mój mózg tak działa i nie umiem merytorycznie odpowiedzieć na to pytanie. Ja po prostu w całej swojej twórczości umieszczam jakieś absurdy. Mówiłam już zresztą, że EXOTIC to mój najnormalniejszy scenariusz. Jakbyś przeczytał inne, to byś zrozumiał.

Delfin.

No właśnie! Ja uwielbiam rozszczelniać rzeczywistość i wrzucać tam te absurdy. Mój mózg działa tak, że je po prostu wyłapuje, a ja podkręcam je w głowie. Te sytuacje faktycznie zaobserwowałam nad morzem i następnie wykrzywiłam. Z drażami było tak, że pod sklepem, z którego wyszłam, stała grupka jakichś dzieciaków. Jednemu chłopcowi faktycznie wysypały się Draże Korsarze i powiedział coś w stylu „ty, wysypałem Korsarze i chuj”. Pomyślałam, że to świetny tekst i od razu go spisałam. „Zbrodniarzy” wymyśliła Jaśmina. Opowiadałam jej o tej sytuacji i że będzie taka scena, a ona po prostu rzuciła „ej, stara, a Draże Zbrodniarze?”. Od razu poleciałam do scenografii i poprosiłam o przygotowanie czegoś takiego. Krzesełka zaraz ci opowiem, ale było na Q&A po seansie pytanie skąd wziął się Lubelski Full i dopiero później przypomniałam sobie, o co chodziło: któregoś dnia na obozie byłam mega zmordowana. Ilość treningów dziennie jest drakońska. 6-8 godzin dziennie napierdzielasz siłowy sport, masz pozrywaną skórę na dłoniach, wszędzie siniaki, mięśnie odmawiają posłuszeństwa…

…zakwasy mają zakwasy.

Dokładnie! W dodatku pojechałam tam po dwóch miesiącach treningów, więc umówmy się: byłam jedną z najgorszych osób i po niektórych zajęciach miałam totalnego doła, że jak ja się ruszam, jaką jestem sierotą ruchową, nieskoordynowaną, żałosną larwą. Zdarzył się jakiś kryzysowy dzień, jeszcze na dworze było tak szaro, brzydko i zimno. Wyszłam z budynku, i w tym momencie zadziała się taka tandetna sytuacja, że nagle zza chmur wyjrzało słońce i z jakiejś imprezy dla dzieci zaczął lecieć Lubelski Full. Przysięgam. Otwieram drzwi, nagle świeci słońce i „tararara”. Miałam wtedy takie: „co?”. Życie czasem przygrywa ci melodie i cię podsumowuje.

A wodzireja dorobiliśmy. Wcielił się w niego nasz montażysta Tomek Naruszewicz. Siedzieliśmy przy montażu i mieliśmy poczucie, że czegoś nam w tej scenie brakuje no i padł pomysł, żeby nagrał coś takiego na telefon. Zrobił to tak dobrze, że po prostu już zostało. Tylko w postprodukcji nieco wyczyściliśmy dźwięk. Nie pamiętam już, jak wyszło z tą matką, ale chyba ja to zasugerowałam. No i tyle. To są takie momenty, kiedy pozwalasz przypadkowemu elementowi rzeczywistości powiedzieć to, co wszyscy myślą, ale nikt tego nie powie na głos. Stąd te absurdy. Tak naprawdę jest to trochę przedłużenie voice overu Mili, który też wywala wstydziochy i rzeczy, które się przez głowę przewijają, ale ich z siebie nie wypuszczamy.

Voice over chyba też był zabiegiem umieszczenia widza w butach Mili jako przedstawicielki masy ludzi, którzy myślą podobnie.

Ja właśnie nie wiedziałam, bo nie mnie to oceniać. Według mojego wewnętrznego wyczucia chciałam, żeby to było szczere, trochę żenujące, wstydliwe, ale jednocześnie organiczne. Że to rzeczy, które ci wypadają z głowy, a nie żeby to było super wysmakowane literacko. Voice over pisałam najdłużej ze wszystkiego. Było to mega trudne. Dużo osób mówi, że z tym rezonuje, co mnie bardzo cieszy. Od wielu z nich słyszałam, że to też ich myśli. To znaczy, że wewnętrznie jesteśmy dość podobni.

Albo wszyscy żyjemy tym samym życiem.

Tak! I to też znaczy, że mamy wewnętrznie więcej wspólnego, niż pewnie zdajemy sobie na co dzień sprawę, co daje pozytywne rokowania dla przyszłości ludzkości. Ucieszyło mnie też to, że wielu facetów mówiło o tym rezonowaniu. To tym bardziej świetnie, bo oznacza, że wewnętrzne rozterki są ponadpłciowe.

Zostawmy na moment film. Jak stało się to, że zostałaś autorką tekstów dla WSPÓŁGŁOSÓW?

Ha, no słuchaj! Znowu nepotyzm! W tej naszej artystycznej grupie wzajemnej adoracji jest też Marcel Baliński – mój serdeczny przyjaciel. Z nim znam się nawet dłużej niż z Magdą czy Bartkiem. Ale nie jest też tak, że my się wszyscy tylko klepiemy po pupach itd. Raczej jesteśmy wzajemnie fanami swojej wrażliwości i swoich talentów. Nasza przyjaźń ma taką piękną właściwość, że pokazujemy sobie swoją twórczość, ponieważ cenimy siebie zarówno jako ludzi, jak i artystów. Tym się też dzielimy: Marcel czyta moje scenariusze, ogląda wczesne wersje filmów, ja słucham pierwsze wersje jego utworów i mówię, co myślę. To jest od zawsze wymiana artystyczna. Poznaliśmy się, kiedy ja byłam na filmówce, a on w Akademii Muzycznej w Łodzi. Był świetnym propagatorem jazzu w tym mieście. Śmiejemy się trochę, że połowa szkoły słuchała tej muzyki przez niego, bo organizował w KIJu jam sessions i to było cool, żeby tam przyjść. I nagle się okazało, że wszyscy w Łodzi słuchają eksperymentalnego jazzu (śmiech).

Jazz jest chyba naszym małym dobrem narodowym i towarem eksportowym.

Oj tak, zdecydowanie. Biorąc pod uwagę, że mało ludzi słucha takiej muzyki, to w skali Polski jest nieźle. Widać chociażby po tym, ile osób przychodzi do Spatifu. Przy WSPÓŁGŁOSACH byłam od samego początku, już na pierwszych próbach. Wtedy co prawda przychodziłam robić zdjęcia do promo, ale też wspierałam Marcela emocjonalnie. Później mnie zwyczajnie poprosił, żebym napisała tekst do utworu To Słynne Słońce, który na płycie mówi Małgorzata Sidoszewska.

Na pierwszej płycie był to jeden, ale w nowych singlach już jest tego więcej.

Tak. Na nadchodzącej płycie będą 4. Super się pisze teksty dla WSPÓŁGŁOSÓW. Gdy zobaczyłam, co z Małgosią zrobił ten utwór, pierwszy raz miałam doświadczenie, że moja sztuka i słowo, które napisałam, zmieniło komuś życie. Bardzo się identyfikuje z tym utworem. Dużo też ze sobą piszemy. Małgosia zaczęła zresztą tworzyć swoją poezję. Myślę, że mogę powiedzieć, że mój tekst miał na nią spory wpływ i jest to bardzo budujące.

A wolisz pisać piosenkę czy scenariusz?

Chyba nie mogę powiedzieć, że coś wolę, bo uwielbiam obie te rzeczy. Są to zupełnie inne procesy. Piosenki piszę bardzo szybko, zazwyczaj jest to u mnie jeden strzał.

Jeden dubel.

No właśnie, tak! Wygląda to tak, że dosyć długo chodzę, myślę, zbieram, obserwuję. A potem siadam i wywalam to z siebie w 5 minut. Coś tam jeszcze poprawiam, ale malutko. Natomiast scenariusz? O mamo. Ja się baaabram! Miesiącami. Latami. W tekście piosenki może być wszystko. Jest bardziej o jakimś poetyckim uchwyceniu czegoś, co ciężko nazwać logicznie słowami. Scenariusz to super precyzyjna machina. Nie może być tam zbędnych rzeczy. Każda sekunda na ekranie jest cenna, bo masz do zagospodarowania 90 kilka minut z życia odbiorcy. Jeśli nie zrobisz tego w sposób przemyślany, będzie to totalną stratą czasu i potencjału tego, co możesz widzowi dać.

Widzisz się w roli autorki tekstów na większym etacie?

Stary, na maksa. Jeśli ktoś potrzebuje tekstów do muzyki, to zapraszam do mnie! Nie ukrywam, że robienie kina autorskiego nie jest zbyt dochodowe. Mam marzenie, żeby żyć z tantiemów i móc pisać scenariusze! (śmiech)

Błażej Król – z którym nomen omen nagraliście utwór Usta – rzucił pracę etatową i żyje z muzyki.

I właśnie o tym marzę. W te wakacje pracowałam w restauracji.

To na koniec, bez zastanawiania się: twoje TOP 3 filmów tegorocznej edycji festiwalu Nowe Horyzonty.

O, kochany, to w ogóle nie jest trudne. Pierwsze miejsce i potem długo, długo nic: Natura miłości. To jest film dla mnie i o mnie. Kocham go pasjami. Tak na nim płakałam, że gdy z niego wychodziłam, nie zauważyłam schodów, spadłam i rozwaliłam sobie nogę. Wyszłam z kina zapłakana i zakrwawiona – myślę, że to najlepsza recenzja! (śmiech) Nie mogłam potem do siebie dojść. Na drugim zareklamuję moich ziomeczków po fachu: Flesh and Fuel. Julian Świeżewski w tym filmie – my love! Ten obraz jest tak romantyczny, mało widziałam hetero historii, które by mnie tak wzruszyły. Powiedziałam po nim Julkowi, że jeśli bym spotkała kogoś, kto się nigdy nie zakochał, nie wie, jak wygląda miłość, co człowiek powinien wtedy czuć i robić, to poleciłabym obejrzenie Flesh and Fuel. Tak powinno się czuć, jak się jest zakochanym.

Też widziałem ten film i na samo twoje wspomnienie już się lekko wzruszyłem.

Prawda? Siedziałyśmy z kumpelkami i ryczałyśmy, jak na jakiejś soap operze. Świetne przeżycie. Na trzecim miejscu mam kilka filmów ex aequo, ale tak na świeżo niech będzie litewski Gość. Są tam piękne absurdy! Dwa razy pojawia się piosenka o pająku i ma tak debilny tekst, że „pająk miał długie nogi i wszedł nie do swojego królestwa, a był trochę gruby”. Absurd, ale piękny!

korekta: Łukasz Al-Darawsheh

 


Tekst powstał we współpracy partnerskiej z Międzynarodowym Festiwalem Filmowym TAURON Nowe Horyzonty.

+ pozostałe teksty

Dziennikarz, maruda, fan „Gwiezdnych wojen”, „Władcy Pierścieni” filmów superbohaterskich oraz muzyki wszelakiej. Chociaż jego gust ukształtowało „GTA: San Andreas”, to nie znajdziecie większego fanatyka utworu „Na jednej z dzikich plaż” grupy Rotary.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.