“Aladyn” – W obronie infantylności [RECENZJA]

Księga dżungli – odhaczone, Piękna i Bestia – odhaczone, Dumbo – odhaczone, a w końcu Aladyn – odhaczone. Maraton remake’ów klasycznych animacji Disneya trwa w najlepsze. Najnowsza produkcja hegemona wśród wytwórni nie jest jednak jedynie kolejną pozycją na liście „do zrobienia”. Niestety wielu osobom może się tak wydawać, a ich poglądy są, z drugiej strony, oparte na solidnych argumentach. Aladynowi, pomimo swojej skrajnej neutralności, udało się jednakże wnieść do kina coś więcej niż kolejną, „odświeżoną” wersję baśni dla dzieci.

Zobacz również: “John Wick 3”, czyli najlepsza część trylogii [RECENZJA]

Kolory prosto z Bollywood

Aladyn już w swojej oryginalnej odsłonie zdecydowanie wyróżniał się spośród reszty bajek Disneya. Co prawda powielał kliszę romansu między księżniczką a księciem, lecz fabuła rozgrywająca się na arabskich pustyniach to coś, czego próżno szukać wśród innych produkcji. Egzotyczna wręcz kultura tej części świata, niesamowite pejzaże oraz bardzo wyraźne podziały społeczne. Trzeba przyznać, że już samo „tło” sprawiało, że młode umysły rozbudzały się pod wpływem ciekawości. Kontrast a zarazem malowniczość scenerii to aspekty, które w najnowszym filmie nie uległy zmianie.

Aladyn
fot. Kadr z filmu “Aladyn”

Poczucie nieskończoności pustynnych piasków dodatkowo wzmaga wizualne doświadczenia. Natomiast umieszczone po środku „niczego” ogromne królestwo puchnące od przepychu, przywodzi na myśl tylko jedno – kino Bollywood.  Nie da się nie myśleć o Aladynie w tej kategorii, gdy w oczy biją jaskrawe kolory, a aktorzy błyszczą talentem w skomplikowanych i niesamowicie efektownych układach tanecznych. Co drugiej scenie towarzyszą znane z klasycznej bajki utwory muzyczne, wykonywane w „odświeżonych” aranżacjach (oraz nowa piosenka „Speechless”). Całość tworzy klimat niepowtarzalny, którego Aladynowi nawet najsurowsza krytyka nie odbierze.

W tym miejscu można by zacząć wymieniać techniczne błędy, które przydarzyły się filmowi. Nawet ogromna częstotliwość cięć nie potrafiła ukryć niedociągnięć w scenach dynamicznych, kiedy to animacja komputerowa musiała ściśle współdziałać z żywym aktorem. Zarzutem może być również to, że charaktery bohaterów animacji z 1992 roku nie zostały oddane w skali 1:1. Lista zapewne ulegałaby stopniowemu wydłużeniu w zależności od tego, jak bardzo uważny i dociekliwy jest widz. Nie da się jednak ukryć, że odbiór tego typu produkcji w dużej mierze zależy od innego czynnika – wrażliwości.

Daleko od naśladownictwa

Aktorskie wersje kultowych animacji Disneya mają stanowić powrót do lat dziecięcych. Nie są jedynie powtórką z rozrywki, zrealizowaną za ogromne pieniądze. Przywracają skrawki ukrytych głęboko w umyśle wspomnień, lecz składają się one w pewną innowacyjną całość, niczym puzzle. Dlatego też nie ma nic złego w tym, że przykładowo Will Smith nie jest tym samym Dżinem, któremu ponad 20 lat temu głosu użyczał wspaniały Robin Williams. Czas płynie nieubłaganie, a w kanon współczesnej popkultury wpisują się już zupełnie inne zjawiska.

Docelową grupą odbiorców Aladyna są dzieci, wychowane wśród nowoczesnych trendów. Czy to właśnie im produkcja przypadnie do gustu najbardziej? Owszem, ponieważ starszy widz przyzwyczaił się do odrębnych wizualizacji świata bajki. Pomimo tego film nie nudzi. Piękne dla oka i dopracowane w każdym szczególe kadry, w których non stop coś się dzieje, nie pozwalają oderwać wzroku od ekranu.

Aladyn
fot. Kadr z filmu “Aladyn”

Po prostu tańcz

W najnowszym Aladynie prym wiodą przede wszystkim dobra zabawa i subtelne przedstawienie moralizatorskiej puenty. Delikatny, wyważony humor przyjazny najmłodszym spodoba się fanatykom kina familijnego lat 80. i 90. Forma zdecydowanie góruje nad treścią, ale czy to naprawdę aż taka tragedia? Infantylność tego typu produkcji jest jak najbardziej uzasadniona. Nawet dzieci zasługują na odrobinę kompletnie niegroźnej rozrywki z delikatnym przekazem, skoro i tak muszą czerpać jakąś lekcję z każdego najmniejszego kroku.

Aladyn to film wykonany z niesamowitym przytupem. Lepsze i bardziej zasadne byłoby rozpatrywanie go w kategorii widowiska, którego zalety uwydatnia nie tylko scenografia, ale również bardzo udane kreacje aktorskie Naomi Scott oraz Mena Massouda. W najnowszej produkcji Disneya przewija się niesamowicie wiele talentów z różnych dziedzin sztuki, co rzadko można zobaczyć gdziekolwiek poza teatrem.

Zobacz również: “Oddech” [“Breath”] – Mentalista został surferem [RECENZJA]

Czasami wystarczy jedynie uruchomić swoje wewnętrzne dziecko, uśmiechnąć się i czerpać radość z każdego, nawet najbardziej infantylnego żartu. Nie ma się czego wstydzić. W kinie jest ciemno, a w razie czego zawsze można zrzucić winę na dziecko siedzące obok. Wystarczy jedynie dać się pochłonąć arabskiej nocy.


3.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.