Rozmawiamy z Radu Jude – autorem „Dziennika panny służącej” | Wywiad | Nowe Horyzonty 2026
Podczas 26. edycji festiwalu MFF Tauron Nowe Horyzonty pokazywany był nowy film Radu Jude – Dziennik panny służącej. Z tej okazji Jan Brzozowski spotkał się z rumuńskim reżyserem i zadał mu kilka pytań. Choć punktem wyjścia był najnowszy projekt autora Aferim!, to rozmowa zahacza o całą jego twórczość, kinofilskie pasje, filmy Jean-Luca Godarda i Woody’ego Allena, a także współprace z Sebastianem Stanem i Uwe Bollem. Zapraszamy do lektury wywiadu!
Jan Brzozowski: Dziennik panny służącej Octave’a Mirbeu ma już ponad sto lat, ale co jakiś czas wciąż pojawiają się nowe adaptacje. Co zainteresowało cię w tej powieści i czy widziałeś wcześniejsze ekranizacje, zwłaszcza tę wyreżyserowaną przez Buñuela? Pytam, bo sytuacja autora Viridiany była poniekąd analogiczna do twojej – reżyser zza granicy kręcący we Francji za francuskie pieniądze.
Radu Jude: W moim przypadku nie ma właściwie mowy o prawdziwej adaptacji. To bardziej „wariacja na temat”, o czym wspominam zresztą w planszy tytułowej. Starałem się wejść w dialog z powieścią Mirabeu – tylko fragmenty sztuki teatralnej, wystawianej wewnątrz filmu, są dosłownymi cytatami z książki. Reszta to oryginalna opowieść. Nie myślałem zbyt dużo o Buñuelu i innych adaptacjach. Mój film jest czymś zupełnie innym. Ponadto nigdy nie śmiałbym porównywać się do Buñuela. Powieść Mirbeau zapewniła mi solidny fundament społeczno-polityczny, na którym mogłem zbudować swoją historię.
Głowę burżuazyjnej rodziny, u której mieszka i pracuje główna bohaterka gra w twoim filmie Vincent Macaigne. Kojarzę go w pierwszej kolejności z twórczości Oliviera Assayasa, gdzie zawsze wciela się w alter-ego reżysera. Czy w którymś z twoich filmów, nie tylko Dzienniku, odnajdziemy podobne alter-ego? Bo to w końcu bardzo francuska rzecz: Godard miał Belmondo, Truffaut miał Léauda… Innymi słowy: ile Radego Jude jest w jego filmach?
Nie mam takiej osoby i chyba bym nie chciał. Nie myślę po prostu o kinie w takich kategoriach. W kontekście Assayasa to oczywiste, zwłaszcza, kiedy obejrzy się jego najnowsze filmy. Potrzebowałem jednak w Dzienniku aktorów, których dorobek dobrze znam – pracowałem w końcu w nowych warunkach, w innym języku i społeczeństwie. To naturalne, że czułem się zagubiony. Skompletowanie obsady na podstawie francuskich filmów, które gdzieś już widziałem, bardzo mi pomogło.
W takim razie negatywne poglądy na temat Asteriksa i Obeliksa, wygłaszane w filmie przez Macaigne’a, nie są twoimi prawdziwymi poglądami?
Jeżeli chodzi o postać Macaigne’a, to jego wypowiedzi były połączeniem naszych wspólnych pomysłów. Zaproponowałem Vincentowi parę drobnych improwizacji, które później razem opracowaliśmy.
Musisz uważać, bo w Polsce wszyscy kochają Asteriksa, a zwłaszcza Misję Kleopatrę. Postać Macaigne’a od razu będzie więc u nas na cenzurowanym.
Naprawdę? Nie miałem o tym pojęcia.

Zapowiadając wczoraj film wspomniałeś o Godardzie i jego ironicznym komentarzu na temat Amadeusza Miloša Formana. Uznałem to za całkiem zabawne, skoro w recenzjach bardzo często porównuje się twoje filmy z twórczością reżysera Do utraty tchu. Krytycy i dziennikarze prześcigają się wręcz w pisaniu o „współczesnym Godardzie”. Jak się czujesz z takimi porównaniami i czy może nie wolałbyś, aby ktoś porównał cię kiedyś do jakiegoś innego nowofalowca? Po wczorajszym seansie powiedziałeś w końcu, że Dzienniki są hołdem złożonym Jacquesowi Rivettowi.
Wiesz, wydaje mi się, że Godard eksplorował kino pod tak wieloma kątami, że bardzo trudno jest zrobić dzisiaj cokolwiek, czego on by już wcześniej nie zrobił. Robił filmy na temat Bliskiego Wschodu, filmy 3D, kolaże, eseje, filmy montażowe, filmy polityczne, współczesne science fiction, filmy socjologiczne i dokumentalne. Rossellini działał w podobny sposób…
Rossellini, który był mistrzem Godarda.
Dokładnie. Eisenstein tak samo, może nawet bardziej w swojej działalności teoretycznej niż za pomocą kina. Pasolini. Wszyscy twórcy, którzy eksperymentowali i tworzyli wielokierunkowo są dla mnie źródłem inspiracji. Jeżeli chodzi natomiast o Francuską Nową Falę, to uważam oczywiście, że była bardzo istotna. Nie tylko twórcy, którzy należeli do nurtu, ale również ci poboczni, tacy jak Alain Resnais, Agnes Varda, Jacques Rozier. Wszyscy ci ludzie byli i są ważni, ponieważ próbowali rozwijać kino na różne sposoby. Ponadto każdy z nich, albo przynajmniej znaczna większość, tworzyła filmy, które kosztowały o wiele mniej niż przeciętna ówczesna produkcja. Każdy film Rohmera był bardzo tani, Godarda i Rivette’a tak samo. Myślę, że to kwestia etyki i nie będę ukrywał, że ta kwestia jest mi bardzo bliska. Przede wszystkim dlatego, że pochodzę z biednego kraju, jakim jest Rumunia.
Do stworzonej przez ciebie listy filmowców około nowofalowych można by dorzucić też Jeana Eustache’a, którego film, Święty Mikołaj ma niebieskie oczy, oglądają przez moment bohaterki Dziennika.
Tak, to prawda. Fajnie, że to zauważyłeś.
Zauważyłem, bo to jedyny film Eustache’a, który widziałem. Próbowałem zebrać się kilka razy do obejrzenia Mamy i dziwki, ale zawsze brakowało czasu na ponad 3-godzinny metraż.
To naprawdę śmieszny i poruszający film. Musisz go kiedyś obejrzeć.
Obejrzę na pewno, chociaż ten ze Świętym Mikołajem też jest całkiem zabawny. Dlaczego postanowiłeś umieścić akurat jego fragment w swoim filmie?
Po pierwsze dlatego, że chciałem złożyć hołd Jeanowi Eustache’owi. Pomysł przyszedł do mnie sam, kiedy myślałem, co starsza kobieta mogłaby oglądać w telewizji. Pewnie jakiś film świąteczny, ale jaki? Mógłby to być Kevin sam w domu…
Albo To wspaniałe życie.
Dokładnie. Wtedy wpadłem jednak na jeszcze lepszy pomysł. W mojej głowie to był właściwie żart: Święty Mikołaj ma niebieskie oczy Eustache’a. Czemu nie? Zapytałem firmę produkcyjną, czy moglibyśmy go pozyskać. Szybko okazało się, że jest dostępny, a na dodatek całkiem tani. Pamiętam, że moja asystentka spojrzała na mnie wtedy i zapytała: „na pewno”? Odpowiedziałem, że tak. Oczywiście to nie jest „prawdziwy” film świąteczny, po prostu akcja rozgrywa się w Boże Narodzenie. Trochę jak w przypadku mojego Dziennika. Dlatego myślę, że Eustache bardzo dobrze tutaj pasuje.
Pasuje jak ulał. Odbiegając jednak od Eustache’a, interesuje mnie również kwestia humoru. Jak ważne jest dla ciebie, aby film był śmieszny? W twojej filmografii odnajdziemy zarówno filmy ekstremalnie zabawne – jak Nie obiecujcie sobie zbyt wiele po końcu świata czy Niefortunny numerek lub szalone porno – jak i dokumenty, których tematyka jest śmiertelnie poważna (The Dead Nation, The Exit of The Trains). Chciałem zapytać właśnie o ten balans.
Wiesz co, myślę, że to jest trochę tak, jak w życiu. Rano możesz być poważny, po południu się zakochasz i będziesz szczęśliwy, ale coś tam nie wypali i dzień skończysz z depresją. Dlatego chcę eksplorować w swoich filmach wszystkie emocje, całą paletę relacji człowieka z jego życiem. Gdy byłem jeszcze bardzo młody, odkryłem poważne filmy Woody’ego Allena. Znałem go jako wybitnego komika, a potem nagle obejrzałem taki film, jak Wrzesień. Kiedy film trafił na ekrany, ludzie mówili, że to nie jest „prawdziwy” Woody Allen, ale dlaczego? Poważne filmy były częścią jego osobowości, światopoglądu. To prawda, że jest we mnie pewna tendencja humorystyczna. Czechow lubił powtarzać, że każda sytuacja ma swoją komiczną stronę. Nawet ta, w której się teraz znaleźliśmy: siedzimy w jakiejś piwnicy [wywiad odbywał się w podziemiach Pałacu Ballestremów we Wrocławiu – J.B.], jesteśmy zamknięci w pokoju i dyskutujemy o filmach.
Absurd.
Dokładnie: absurd. W moim nowym filmie jest go chyba trochę mniej niż w poprzednich, chociaż starałem się wydobyć na powierzchnię niedorzeczność niektórych sytuacji. Myślę, że to jest bardzo ważne – zawsze widzieć komiczną stronę życia. Czasami jest to oczywiście bardzo trudne, np. gdy jesteśmy zakochani. Wysyłamy wtedy jakieś głupie wiadomości, a potem płaczemy i nie widzimy, jacy jesteśmy niedorzeczni i absurdalni. Kiedy dwa lata później wracamy do tych wiadomości, to nie możemy uwierzyć, że byliśmy tacy głupi. To po prostu część naszego życia, które jest połączeniem dramatyzmu, komizmu, powagi i absurdu.

Kiedy wspomniałeś o Allenie, przypomniała mi się scena z jednego z jego najlepszych filmów: Wspomnień z gwiezdnego pyłu. Chodzi o fragment z kosmitami, którzy radzą bohaterowi, aby przestał trudnić się poważnym kinem i znowu zaczął kręcić komedie. Czy tobie też ktoś tak kiedyś poradził: po co te wszystkie poważne wątki, skoro tak dobrze radzisz sobie z komedią?
Nie. Może dlatego, że nie jestem aż tak ważny, jak Woody Allen. Poza tym u mnie od początku pojawiła się pewna równowaga między dramatem i komedią. W związku z tym nie czuję żadnej presji, aby kręcić tylko filmy zabawne, albo tylko poważne.
U Allena to była właściwe presja społeczna: musisz kręcić śmieszne filmy. Tych poważnych nikt nie będzie traktował serio.
Prawda. Inna sprawa, że jego filmy zawsze musiały się też zwrócić.
Rozmawialiśmy trochę o Francuskiej Nowej Fali. Chciałbym teraz zapytać o tę rumuńską, do której często się ciebie zalicza. Czy twoim zdaniem to zjawisko nadal istnieje? Pytam, bo filmy, które kręcą autorzy zaliczani do tego nurtu są od siebie bardzo różne. Ponadto ty albo Cristian Mungiu tworzycie w tym momencie projekty międzynarodowe. Dziennik sfinansowali Francuzi, Fiord był koprodukcją, w której udział wzięło aż 6 różnych państw.
Nie wiem, czy mam na ten temat wiele do powiedzenia poza tym, że wszystkich moich kolegów bardzo podziwiam i szanuję. Oczywiście, były między naszymi filmami pewne podobieństwa, ale ja czuje się jednak trochę osobny. Moja perspektywa jest zawsze polityczna i historyczna, podczas gdy moi koledzy z Rumuńskiej Nowej Fali często woleli przyjmować perspektywę metafizyczną i niepolityczną. Na tym polega największa różnica. Koniec końców liczy się to, że powstają świetne filmy – Mungiu właśnie otrzymał drugą Złotą Palmę. To bardzo rzadkie osiągnięcie.
I bardzo imponujące, a sam film jest świetny.
Zgadzam się. Mimo wszystko mam nadzieję, że pojawi się wkrótce nowe pokolenie rumuńskich filmowców, jeszcze odważniejsze niż my, wspierane finansowo. Bo to trudny czas dla kina, nie tylko w Rumunii. Z takimi ruchami jak Rumuńska Nowa Fala, albo – na przykład – Polska Szkoła Filmowa wiąże się pewien problem. Mieliście wielkich reżyserów: Kieślowskiego, Skolimowskiego, który cały czas kręci świetne filmy, Wajdę, Kawalerowicza…
Hasa.
Tak jest, Wojciecha Jerzego Hasa. Dlaczego dzisiaj nie macie nazwisk podobnego kalibru? Nie jestem szczególnym znawcą polskiego kina, ale odnoszę wrażenie, że nikogo takiego nie ma.
Mamy Pawlikowskiego, który nawiązuje do Polskiej Szkoły Filmowej.
Bardzo lubię jego filmy – Ojczyzna była świetna. Cenię też sobie dokumenty Macieja Chameli, z którym się zaprzyjaźniłem. Macie mnóstwo młodych talentów, ale kiedy porównamy sobie współczesną sytuację ze złotymi latami polskiego kina…
To można odnieść wrażenie, że dzisiaj mamy do czynienia jedynie z odbiciem dawnej wielkości.
Może tak to już musi wyglądać w kinematografii: są wzloty i upadki.

Kolejne pytanie muszą zadać ze względu na moją narzeczoną, która jest wielką fanką Sebastiana Stana. Sebastian właśnie zagrał znakomitą rolę w Fiordzie, a już niedługo ma pojawić się na planie twojego projektu. Przeczytałem w internecie, że to on odezwał się do ciebie z propozycją współpracy. Czy to prawda?
Sebastian pochodzi z Rumunii i tak, skontaktował się ze mną i Cristianem [Mungiu – J.B.]. Przez jakiś czas mówiłem mu, że nie mam pomysłu, ale ostatecznie coś wpadło mi do głowy. Niedługo będę kończył treatment, pod koniec roku chciałbym mieć już gotowy scenariusz. Mam nadzieję, że nakręcimy razem ten film. Sebastian jest nie tylko świetnym aktorem, ale również człowiekiem, bardzo hojnym i chętnym do tego, by wspierać rumuńską kinematografię. Film, nad którym chciałbym z nim pracować będzie opowieścią o Frankensteinie, a może raczej „wariacją na temat”.
Zabawne, bo przed chwilą nakręciłeś Drakulę. Rozumiem, że teraz będziesz brał każdego potwora z uniwersum Universal Pictures i kręcił wokół niego film?
Wiesz, myślałem o tym, aby zrobić Mumię.
Czekamy w takim razie na rumuńską Mumię, następny w kolejce jest Wilkołak. Chciałem poruszyć temat jeszcze jednej współpracy, może trochę bardziej kontrowersyjnej. Przy jednym z poprzednich projektów, Nie obiecujcie sobie zbyt wiele po końcu świata, współpracowałeś z Uwe Bollem, który właśnie nakręcił nowy film – Citizen Vigilante. Nie wiem, czy wiesz, ale jego film jest bardzo popularny w Polsce. Oczywiście, tylko w pewnych kręgach.
Domyślam się.
No właśnie. Sceny, które nakręciłeś z jego udziałem są fantastyczne, ale tworzone przez niego filmy mogą być niebezpieczne pod kątem przekazu społecznego. Chciałbym zapytać więc o to, jaki jest twój pogląd na tę współpracę z perspektywy czasu.
Po pierwsze, współpracowałem z nim zanim nakręcił Citizen Vigilante. Po drugie, Uwe Boll gra fikcyjną postać, która w żaden sposób nie odzwierciedla moich poglądów. Czy dzisiaj zaprosiłbym go do tego projektu? Nie wiem. Nie widziałem jego najnowszego filmu, czytałem tylko, że bardzo podobał się Elonowi Muskowi. Po trzecie, wydaje mi się, że nie ukazałem go w promocyjnym świetle. Nie uważam, że stworzyłem mu platformę, o co niektórzy mnie oskarżali. Żyjemy w czasach, w których bardzo łatwo jest pomylić fikcję z rzeczywistością, prawdziwą osobę z wymyślonym bohaterem.
Dwa lata temu mieliśmy w Rumunii taką sprawę: pewien pisarz wydał powieść, w której postać mówi coś rasistowskiego w kierunku osoby pochodzenia romskiego. To wystarczyło, aby aktywiści oskarżyli go w mediach o rasizm. Oczywiście, autor powiedział, że to nie on, tylko postać, ale z racji tego, że książka napisana była w pierwszej osobie liczby pojedynczej, to sprawa strasznie się skomplikowała. Atmosfera, która się wokół takich sytuacji wytwarza jest niebezpieczna i skutkuje tym, że niektórych, czasem bardzo ważnych rzeczy nie można powiedzieć. Artyści zaczynają się bać, dokonują autocenzury. Przy Nie obiecujcie sobie zbyt wiele… miałem podobny problem, ale związany był on z postacią Bobicy.

Na czym polegał ten problem?
Przez seksistowsko-rasistowskie poglądy, które bohaterka parodiuje, wykorzystując do tego celu stworzonego przez siebie awatara, straciliśmy finansowanie w Niemczech. Ludzie po prostu automatycznie założyli, że poglądy wyrażone w filmie były moimi poglądami. Zawsze znajdzie się jakiś idiota, który tak to odczyta. A przecież trzeba wierzyć w swoją widownię. Ufać w to, że jest wyedukowana; że wie, na czym polega narracja. W innym wypadku taka forma jak karykatura straciłaby rację bytu. Pamiętam taki obrazek z okładki Charlie Hebdo: papież przemawia do księży. Jeden z nich mówi do ojca świętego: „Jego ekscelencjo, bo ja jestem pedofilem”. A papież na to: „Świetnie, w takim razie zacznij kręcić filmy. Jak Polański!”. Możemy sobie wyobrazić sytuację, w której ktoś widzi taki obrazek i myśli, że to pochwała pedofilii, albo apoteoza kinematografii. A przecież to karykatura, przesada, która ma podkreślić pewną niedorzeczność. Tak samo jest często z moimi filmami.
Ostatnie pytanie chciałem poświęcić twojej karierze aktorskiej, ponieważ słyszałem, że wystąpiłeś w filmie Ktoś we mnie Arthura Harariego.
Widziałeś już ten film?
Jeszcze nie.
Ja też nie (śmiech). Boję się go obejrzeć.
Mój kolega widział go parę dni temu i powiedział, że to wbrew pozorom nie tak mała rola i że byłeś w niej całkiem niezły. Jak pracowało ci się po drugiej stronie kamery? Czy czułeś się tak samo okropnie, jak François Truffaut na planie Bliskich spotkań trzeciego stopnia?
Truffaut zagrał tam świetną rolę.
To prawda, ale podobno strasznie się nudził. W liście do swojego przyjaciela i współpracownika, Nestora Almendrosa, napisał, że już nigdy więcej nie zagra w cudzym filmie, ponieważ praca aktora w 99 procentach składa się z czekania.
Było całkiem nudno. Całe szczęście miałem ze sobą książkę, w przerwach mogłem więc czytać i rozmawiać z ludźmi. Byłem ciekaw, jak to wygląda od drugiej strony. Doświadczenie oceniam pozytywnie: mogłem trochę poimprowizować, z reżyserem i innymi aktorami dobrze się dogadywaliśmy, a to jest zawsze bardzo ważne. Wszystko było super.
Ale nie zamierzasz porzucić teraz reżyserii i zostać aktorem na pełen etat?
Nie (śmiech). To się raczej nigdy nie wydarzy.
korekta: Daniel Łojko
Tekst powstał we współpracy partnerskiej z Międzynarodowym Festiwalem Filmowym TAURON Nowe Horyzonty.
Krytyk filmowy, filmoznawca, magazynier. Jego teksty znaleźć można również w miesięczniku „Kino” i dwumiesięczniku „Netfilm”, a czasem w kwartalniku „Ekrany” i „Czasie Kultury”. Wyróżniony w XXIX Konkursie im. Krzysztofa Mętraka. Laureat 13. edycji konkursu Krytyk Pisze. Mieszka w Poznaniu, z narzeczoną i kotem.
