„Barrio Triste” – Chłopcy wychodzą na ulice | Recenzja | Nowe Horyzonty 2026
Są filmy, które zaczynają się wjazdem z buta i jest Barrio Triste. Najnowszy film studia EDGLRD, debiut Stillza, dwudziestosiedmioletniego fotografa i reżysera teledysków Bad Bunny’ego (mającego w portfolio też klipy dla Rosalíi, Rauw Alejandro czy Katy Perry), otwiera scena zuchwałej kradzieży kamery. Grupa nastoletnich chłopaków napada w niej na prezentera telewizyjnego i operatora, temu drugiemu wyrywa z rąk pękatą kamerę Betacam i rusza w miasto. Są późne lata 80. w kolumbijskim Medellín i na rejonie nie jest kolorowo. Nawet w sprawiających nieco lepsze wrażenie częściach tego miasta nie da się uchronić przed napadem na jubilera – nie mówiąc nawet o tytułowym Barrio Triste, czyli dzielnicy slumsów, kontrolowanej przez mafię. Do tego świata – inspirowanego opowieściami jego rodziców – zabiera kamerę Stillz, wcielając się w jednego z chłopaków rozbijających się po Medellín.
Dla Stillza projekt ten był szansą na przeniesienie się do kraju swoich przodków, który dotychczas znał tylko z rodzinnych historii. Urodzony i wychowany w Stanach Zjednoczonych reżyser do branży przebił się, gdy w 2018 roku został fotografem Bad Bunny’ego. Rozpoczęło to ich przyjaźń, na której najlepszym dowodem jest kilkanaście razem stworzonych teledysków. Barrio Triste jednak, bardziej niż do wysokobudżetowych klipów, nawiązuje do pierwszych aktów twórczych amerykańsko-kolumbijskiego artysty – skejterskich filmików. Cały film nakręcony jest analogową, roztrzęsioną kamerą z wyraźnym ziarnem, przywołującą na myśl najntisowe nagrania deskorolkowych trików. Stillz zresztą zrekrutował obsadę, złożoną z niezawodowych aktorów, rozmawiając z nastoletnimi skejterami z Medellín, po to, żeby tchnęli w tkankę filmu własne doświadczenia.
Tym samym w Barrio Triste udaje się osiągnąć ciekawy paradoks – pomimo tego, że produkcja trwała miesiącami, na ekranie pojawia się masa statystów, pojazdów z epoki i każda lokacja była dokładnie przygotowana do kręcenia, całość sprawia wrażenie bycia zaimprowizowanym. Łatwo oddać się found footage’owemu nastrojowi tych scen, szczególnie, że Stillzowi też się nigdzie nie spieszy. Ostry początek to jedynie zmyłka, bo reżysera interesuje kontemplacja przedstawionej przestrzeni. Tak, jakby on sam nie mógł uwierzyć, że właśnie przeniósł się do świata, z którego przed dziesięcioleciami wyjeżdżali jego rodzice. Ma to swoje konsekwencje, bo film celowo utkany jest z rozciągniętych, nagranych amatorsko scen, przez co kilkuminutowe spacery z roztrzęsioną kamerą potrafią się dość mocno ciągnąć. Im dłużej Stillz się jednak w tym świecie znajduje, tym wyraźniej surowy, uliczny realizm ustępuje niepokojącemu surrealizmowi, dalekiemu jednak od latynoamerykańskiego realizmu magicznego. W pewnym momencie Barrio Triste, ni stąd ni zowąd, przepoczwarza się w liminalny, analogowy horror, który mógłby być odpowiedzią studia EDGLRD na Backrooms.
Dla firmy Harmony’ego Korine’a, film Stillza to istotny krok w rozwoju. Pierwszy pełny metraż, którego reżyserem nie był autor Spring Breakers, wciąż nosi w sobie powinowactwo z innymi produkcjami tego studia. Przede wszystkim są to motywy kryminalne, które zostają wykorzystane jako wytrych do formalnych eksperymentów. Barrio Triste osiąga w tym największy sukces spośród pełnych metraży EDGLRD, bo w przeciwieństwie do Aggro Dr1ft i Baby Invasion, nie sposób odbierać go przez warstwę ironicznego dystansu. Czuć, że za tym projektem stoi gość, którego ambicją jest coś innego niż stworzenie krawędziowego tripu – że Stillz, powtarzając i modyfikując historie swoich rodziców, próbuje zrozumieć lub wyobrazić sobie, skąd pochodzi źródło ukazanej przez niego przemocy. Jedna z odpowiedzi jest zawarta już w pierwszej scenie – wynika ona z marginalizacji. Nikt nie byłby zainteresowany przyjściem z kamerą do domów tych chłopaków. Żeby to się stało, sami musieli ją ukraść. Reżyser zresztą oddaje im głos w przewijających się przez film scenach rozmów z głównymi bohaterami. Odrealniona atmosfera wywiadów, jakby przeprowadzonych w zaświatach, pozwala im samym zrzucić gangsterskie maski, do których przywdziewania zmusiła ich rzeczywistość. Opowiadają oni o niespełnionych marzeniach, trudzie egzystencji, nawet płaczą, w wyjątkowych momentach szczerej wrażliwości.
Na niezwykły nastrój ostatniej, surrealistycznej części filmu wymiernie wpłynęła autorka ścieżki dźwiękowej – Arca. Jedna z najważniejszych postaci latynoamerykańskiej sceny muzycznej debiutuje w Barrio Triste w roli kompozytorki filmowej. Jej płyty – szczególnie eksperymentalny, mroczny pierwszy album – stanowiły jedno z głównych źródeł inspiracji dla Stillza, więc zaangażowanie Wenezuelki do współtworzenia tego projektu było dla niej pewnego rodzaju powrotem do korzeni. Zarówno do muzyki, którą tworzyła na początku swojej kariery, jak i atmosfery regionu, gdzie się urodziła. Choć raczej mało prawdopodobne, by córka bankiera miała kontakt z infiltrowanymi przez bohaterów Stillza przestrzeniami, jej soundtrack, zamiast wpisywać się w te miejsca, opakowuje je w niepokojącą, oniryczną aurę. Ścieżka Barrio Triste obfituje w szmery, synthowe jęki, ale również – przepiękne ballady, które sprawiają, że serce się kraje, a po plecach przechodzą dreszcze. Tu widać też doświadczenie teledyskowe reżysera. Zamiast uderzać w ckliwe nuty, wraz z Arcą stawia na korespondencję muzyki i wizualiów – wzajemnie dopełnianie się surowych a jednocześnie surrealistycznych obrazów z szorstko-senną ścieżką dźwiękową.
Barrio Triste nie jest pewnie tym, czego mogli spodziewać się wielbiciele wcześniejszej twórczości Stillza. To film, który bardziej niż klipy Bad Bunny’ego, przypomina nowohoryzontowe eksperymenty z Frontu Wizualnego, co, pomimo zaangażowania w projekt Harmony’ego Korine’a, wcale nie było oczywiste przed premierą. Z tego powodu może on polaryzować odbiorców, szczególnie wrażliwych na trzęsącą się kamerę i niedostrojonych do kontemplacyjnego, powolnego tempa. Stillz sam też wystawia się na krytykę orientalizacji lub nawet pornografizacji przemocy, opowiadając o miejscu i czasie, które znał jedynie z opowieści. Traktując jednak jego debiut nie jako realistyczny portret warunków życia w biednej dzielnicy stolicy Kolumbii, lecz raczej jako koszmar o niej, nie można odmówić Stillzowi oryginalnej, bezkompromisowej wizji.
korekta: Daniel Łojko
Tekst powstał we współpracy partnerskiej z Międzynarodowym Festiwalem Filmowym TAURON Nowe Horyzonty.
Skandynawista, autor prac naukowych o „Midsommar” oraz „Scenach z życia małżeńskiego”. Poza Skandynawią lubi też pisać o kinie Azji i muzyce.