“Oddech” [“Breath”] – Mentalista został surferem [RECENZJA]

Było ich trzech, a w każdym z nich inna krew. Pikelet – zagubiony, przerażony życiem nastolatek, którego największym marzeniem jest przestać bać się zrobienia kolejnego kroku. Loonie – miejscowy rozrabiaka, który prawdopodobnie nie bałby się samego Boga stojąc z nim twarzą w twarz. Sando – lokalny Piotruś Pan, który odkrywa przed chłopakami Nibylandię surferskiego świata, tym samym uciekając od bolączek codzienności.

Zobacz również: “Asako. Dzień i noc” – Więcej niż japońska drama [RECENZJA]

Choć połączy ich miłość do tańczenia na falach, surfing stanie się czymś innym dla każdego z nich. Dla Pikeleta będzie codzienną walką z własnymi słabościami i wewnętrznym niepokojem związanym z ryzykiem kontuzji i trwałej utraty sprawności. Loonie w desce zobaczy powołanie, któremu poświęci resztę okresu dojrzewania – biorąc zarówno to co dobre (luz, afirmację życia) jak i to co złe (hasz, ignorancję obowiązków) ze środowiska. Dla Sando natomiast ważniejsza będzie więź jaką zbuduje z chłopakami, którzy nauczą go jak o kogoś zadbać w życiu.

Oddech
“Oddech”

Dla filmu natomiast surfing stanie się metodą medytacji i symbolem wyzwolenia. Każda sekwencja ujarzmiania żywiołu odzwierciedla różne emocje bohaterów – czasem będzie sposobem celebracji dorastania, czasem sposobem wyżycia się na świecie, który nie potrafi zrozumieć ich potrzeb. Szkoda tylko, że z czasem każda wyprawa nad wodę staje się wtórna, nawet mimo znakomitej strony technicznej, gdy każda ewolucja zapiera dech w piersiach.

Od połowy filmu następuje jednak zmiana narracji i od tego czasu na świat będziemy patrzeć głównie oczami Pikeleta, gdzieś na bok odrzucając wątek Looniego. Tu pojawia się pewien problem Oddechu – nasz główny bohater jest postacią dość… nijaką. Ta jego cecha świetnie kontrastowała z energicznością przyjaciela (momentami bardzo irytującego), kiedy jednak na jego barkach zaczęła spoczywać siła całej produkcji; to okazało się, że jego neurotyzm jest wyjątkowo nieznośny.

Zobacz również: “Gra o tron” – Koniec gry [Podsumowanie serialu]

Oczywiście Simon Baker nie zapomniał by w opowieść inicjacyjną wpleść wątki romantyczne. I o ile pierwsza relacja protagonisty to prawdopodobnie najgorzej napisany związek jaki widziałem w tym gatunku od dawna (nawet biorąc pod uwagę wszystkie C-klasowe filmy Netflixa), o tyle wątek opowiadający o romansie z Eve, partnerką życia swojego duchowego mentora, jest przykładem perfekcji dramaturgicznej. Każda scena między postaciami nosi w sobie tak wielki ładunek emocjonalny – od nienawiści, przez pożądanie, aż do fetyszystycznego wstydu – i jest tak znakomicie zagrana, że nie sposób wyjść z podziwu do uchwycenia ulotności napięcia seksualnego. Ważna jest także wątpliwość moralna całej relacji, która będzie podkreślana w każdej pojedynczej scenie i każdym zażenowanym wzroku Elizabeth Debicki.

Pozostańmy na chwilę przy Debicki, która po raz wtóry już udowadnia, że jest znakomitą aktorką. Tym razem jej Eva, pozbawiona możliwości uprawiania swojego powołania – jazdy na nartach alpejskich – staje się zgryźliwa i chimeryczna, ale zarazem poszukująca mocnych wrażeń. Jest w życiu naszego grzecznego protagonisty istną panią Robinson – pytanie tylko czy ta balansująca na granicy prawa i moralności relacja ma prawo przetrwać. Podpowiem – odpowiedź znajdziecie w oczach samej Debicki.

Oddech
“Oddech”
Zobacz również: “Film Pokémon: Wybieram cię!” – czyli Pikachu na nowo [RECENZJA]

Największą bolączką Oddechu jest jego nierówność. Czasem pojawi się fala wznosząca w postaci wątku Evy i początkowo przepięknych sekwencji sportowych, by potem dopadła nas flauta, której nie usprawiedliwia nawet chęć ukazania małomiasteczkowego marazmu. A szkoda, bo czuć emocjonalną więź łączącą Bakera z subkulturą surferów.

Niedociągnięcia treści próbują nadrabiać piękne widoki i szerokie kadry australijskich raf koralowych. Oddech wizualnie zachwyca – od ukazania wszystkich kolorów błękitu (hiperbolą nie będzie, jeśli stwierdzę, że woda z rzadka wyglądała na ekranie równie pięknie), przez wysublimowane kadry, aż do wykorzystania palety barw w sposób symboliczny – do oddania emocji poszczególnych postaci.

Baker osiągnął swój cel – stworzył dobry film o surferach. Szkoda tylko, że takich produkcji w ostatnich latach powstało multum – a Oddech łapie zadyszkę powtarzalności nie potrafiąc dodać do utartej opowieści niczego nowego. Może gdyby ta historia została przeniesiona na ekran w czasach surferskiego boomu byłaby odebrana lepiej? Ale cóż, podobnie jak bohaterowie i ja nie lubię gdybać.


3/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.