KulturaMuzykaZestawienia

Czego słuchaliśmy w czerwcu? Muzyczne rekomendacje Filmawki

Redakcja Filmawki

Nasze czerwcowe zestawienie muzycznych rekomendacji liczy wyjątkowo dużo pozycji – po raz pierwszy jako redakcja wyselekcjonowaliśmy aż dziesięć najciekawszych, naszym zdaniem, albumów. A było w czym wybierać, bo na redakcyjnej liście znalazły się zarówno niszowe debiuty, jak i kolejne albumy znanych artystów, wywodzących się z najróżniejszych nurtów muzycznych. Zapraszamy Was do lektury i, przede wszystkim, do słuchania!


Protomartyr – Formal Growth In The Desert | post-punk/noise

Okładka płyty Protomartyr – Formal Growth In The Desert

Protomartyr to bezwzględny kolos w świecie dzisiejszego post punku. 11 lat temu, kiedy światło dzienne ujrzał debiutancki album formacji z Detroit – No Passion All Technique (z J. Robertem Oppenheimerem na okładce), do gatunku została wprowadzona nowa jakość, którą zespół konsekwentnie realizował i rozwijał aż po dzień premiery ostatniego krążka – Formal Growth In The Desert. Tą wartością dodaną jest wyjątkowa poetyka wizualno–tekstowa, za którą odpowiedzialny jest wokalista i tekściarz Joe Casey (nie, nie ten scenarzysta). Styl wokalizy Joego niejednokrotnie był porównywany do spokenwordowego barytonu Nicka Cave’a z ekspresją Iana Curtisa, a wychodząca od filozofii oświecenia i egzystencjalizmu liryka (umotywowana śmiercią matki) zestawiana z atmosferą poezji beatników.

Formal Growth In The Desert nie odbiega daleko od dotychczasowej dyskografii. Sięga po wspomniane tropy, eksponując proces żałoby wraz z osiągnięciem surrealistycznego szczęścia, tym razem na tle noise’owych eksperymentów z wrażliwością shoegaze’u, których silniejsze akcenty kreują najlepsze melodie. Let’s Tip the Creator, Elimination Dances, We Know the Rats – moja osobista topka – są satysfakcjonującą kwintesencją gotyckiego, ale i chwilami metafizycznego brzmienia Protomartyr na tym albumie. W tym wydaniu zespół realizuje swój wypracowany klimat przy pomocy reverbu, przeszywających, metalicznych melodii, gdzie post punkowy groove przenika się z gitarowym szumem (3800 Tigers), a przejmujące napięcie igra z zaskakującym poczuciem ulgi (Graft vs. Host).

Choć rozumiem wskazania na lepsze pozycje w dyskografii to Formal Growth In The Desert jest warte uwagi chociażby z powodu tej symbiozy wpływów wyciągających na wierzch specyficzną aurę Protomartyr, która czyni ten zespół jednym z moich ulubionych. (Magda Wołowska)


Danny Jar – Flashbacks | muzyka eksperymentalna

Okładka płyty Danny Jar – Flashbacks

Czy istnieje lepsza forma wyrażenia swoich emocji niż nagranie solowego albumu? Prawdopodobnie nie i z podobnego założenia wyszedł Danny Jar, którego debiutancki album Flashbacks ukazał się w streamingach w ostatnich dniach czerwca. Projekt otwiera niezwykle klimatyczne Intro, którego narastające tempo doskonale reprezentuje emocje wybrzmiewające z całości płyty. Ciężko ją jednak umiejscowić w ramach jednego gatunku, gdyż dynamiczne, elektroniczne brzmienia wielokrotnie przechodzą tu w sentymentalne riffy gitarowe, bardzo wyraźne chociażby w promującym płytę utworze Old Time (Mother’s Eyes).

Zróżnicowane brzmienie (słyszalne nie tylko między utworami, ale i wewnątrz nich samych), w którym rockowe korzenie artysty wchodzą w dialog z elektronicznymi bitami, podkreśla eksperymentalny charakter albumu i jego zamkniętą, bardzo dobrze przemyślaną strukturalnie całość. Ta została skomponowana i w całości nagrana przez jednego muzyka, mającego do swojej dyspozycji jedynie gitarę elektryczną, kontroler midi i liczne sample (dostrzegalne m in. w wokalizach). Choć Flashbacks jest w całości instrumentalne, słuchając płyty rozpoczynamy sentymentalną podróż po tytułowych flashbackach, a Danny’emu właśnie na tym zależało i wyszło mu to w świetny sposób. Ten album to coś więcej niż standardowe, proste granie – to doświadczenie ogromnej porcji emocji i wspomnień, a te – mam nadzieję – stanowią dopiero początek bogatej, solowej twórczości muzyka. (Bartłomiej Rusek)


Lordofon – Passé | indie rock, hip-hop

Okładka płyty Lordofon – Passé

Śmiało można rzec, że drugi krążek duetu Lordofon był mocno wyczekiwany. Następca świetnie przyjętego albumu Koło ukazał się 2,5 roku po swoim poprzedniku i według twórców, zgodnie z tytułem, już w momencie premiery był on Passé. Krążek w dużej mierze kontynuuje drogę obraną na Kole, skręcając jednak w jej bardziej gitarowe, indie rockowe rejony. Każdy, kto gustuje w takiej muzyce, pochodzącej z lat 00′ oraz 10′, z pewnością odnajdzie na tym albumie coś dla siebie. Melodyjne, wręcz popowe refreny Ctrl + Z, Hałasu czy Taconafide przywodzą na myśl dobre czasy Disney Channel. Z kolei we Francoise Hardy gitara zagra nieco ciężej, by w kończącym płytę chatGPT wypłynąć na punkrockowe wody.

Nie zabrakło oczywiście utworów stricte rapowych. W Networkingu Maciej Poreda snuje opowieść o wyjściu na branżową imprezę, zaś w L.O.R.D byku po raz kolejny podkreśla swoją ziomalską relację z drugą połową zespołu, Maciejem Jurkiem, uderzając tym samym nieco w mainstreamowych raperów. Sporo na tym krążku jest też o relacjach międzyludzkich i zaobserwowanych przez Poredę zjawiskach. Sporo jest też o przeszłości. Throwbacki do tego, co działo się jeszcze przed pandemią, nawiązania do internetowej popkultury. Wszystko zostało zamknięte w niecałe 35 minut, co moim zdaniem wyszło płycie na dobre. Panowie uniknęli tym samym nudy, wyczerpując temat. Biorąc pod uwagę wszystkie czynniki, treść krążka jak najbardziej zgadza się z jego tytułem. Passé jest przy tym bardzo dobrą propozycją na lato, chociaż ciężko temu albumowi przypiąć łatkę letniaka. Z pewnością sprawdzi się o każdej porze roku. Aha, no i jest jedną z najlepszych polskich płyt 2023 roku. (Daniel Łojko)

Przeczytaj również:  w0rldtr33 – bezpieczeństwo dzieci w sieci [RECENZJA]


McKinley Dixon – Beloved! Paradise! Jazz!? | jazz rap

Okładka płyty McKinley Dixon – Beloved! Paradise! Jazz!?

Najnowszy album McKinleya Dixona otwiera fragment powieści Toni Morrison pt. Jazz. Nie jest to przypadek, bowiem Beloved! Paradise! Jazz!? swój tytuł zawdzięcza trzem najsłynniejszym dziełom afroamerykańskiej pisarki. Przy delikatnym synthowym akompaniamencie, poeta Hanif Abdurraqib posługując się słowami Morrison, nakreśla główny motyw podejmowany w tekstach kolejnych utworów. Dixon przygląda się w nich własnym i kolektywnym wspomnieniom z pełnego dziecięcej beztroski dorastania w wielkiej metropolii. Dorastania, nad którym wisiało widmo dorosłego świata, pogrążonego w chaosie i przemocy, od której nie można było uciec. Jak określił twórca, album ten można przyrównać do filmu coming-of-age, którego akcja rozpoczyna się pewnego letniego ranka. Kończy się zaś tytułowym utworem, przepełnionym ciepłem i nadzieją. Stanowi zwieńczenie tematów podejmowanych przez cały album, a skierowany jest do bliskich w formie najszczerszego uścisku budującego poczucie przynależności i wspólnoty.

Warstwa instrumentalna albumu zwinnie łączy wpływy jazzowe z soulowymi, popowymi, trapowymi i funkowymi, tworząc niesamowicie świeżą bazę dla rapowych wokali. Wielowymiarowe kompozycje w swoim przepychu stwarzają wrażenie wyjętych z soundtracku do wysokobudżetowego filmu lub z nagrania światowej klasy jazzbandu. Na albumie znalazło się miejsce dla instrumentów smyczkowych i dętych, syntezatorów, basu, harfy, a nawet dla dziecięcego chórku. Wszystkie te niezliczone elementy składające się na Beloved! Paradise! Jazz!? zmieściły się w zaledwie 29 minutach. Nadal nie potrafię wyjść z podziwu. (Mateusz Pastor)


Christine and the Queens – Paranoïa, Angels, True Love | eksperymentalny pop

Okładka płyty Christine and the Queens – Paranoïa, Angels, True Love

Christine and the Queens to prawdziwa francuska perełka – dumny przedstawiciel theatre kidsów, wszelkich outsiderów i osób queerowych. W czerwcu artysta powrócił ze swoim czwartym wydawnictwem – trwającym ponad półtorej godziny Paranoïa, Angels, True Love. Współprodukowany przez Mike’a Deana album jest kilkuetapową, emocjonalną podróżą po zakamarkach umysłu – przechodzącego przez tranzycję oraz dywagującego na temat seksualności i żałoby. Projekt jest pełen surowych, niedoskonałych wokali, niedokończonych zdań, anielskich chórków i westchnień.

Płyta zawiera kolaboracje z pojawiającą się w dwóch piosenkach 070 Shake oraz Madonną, która uzupełnia trzy utwory jako tajemniczy, wszechwiedzący narrator (I’m here, breathing through your mouth / Seeing with your heart / Loving through your flesh). Najnowsza płyta Chrisa wydaje się doskonale nakreślać słuchaczowi atmosferę jego artystycznych uniesień. Oddaje nam tę energię, daje nam nią przesiąknąć. Pod tymi wpływami powstało dzieło niezwykle wzniosłe, dramatyczne, ale również wyzwalające z trudnych emocji i wysublimowane do wymiaru eksperymentalnego popu. Nie bez powodu przytoczyłem teatralność Christine – w tym projekcie wybrzmiewa ona tak mocno, jak jeszcze nigdy wcześniej. (Jakub Nowociński)


Hałastra – Kombinatoryka | rap

Hałastra stanowi pewnego rodzaju napęd dla renesansu polskiego rapu, który od dłuższego czasu borykał się z trudnościami w dotarciu do szerszej publiczności. W brzmieniu grupy słychać wyraźne oddanie hołdu starej szkole ulicznego nurtu, co podkreślają gościnne wystąpienia takich artystów jak Wilku WDZ czy Włodi na Kombinatoryce. To, co uwielbiam w Hałastrze, to fakt, że ich teksty są nieoczywiste. W pierwszej chwili mogą wydawać się bezsensowne, składane jedynie dla efektu dźwiękowego, lecz gdy wnikniemy w ich treść, odkryjemy mocne przesłanie.

Brzmienie bitów jest surowe, choć duet czasami skręca w stronę bardziej komercyjnego grania, a to może nie przypaść do gustu wszystkim. Utwór Zanim osiwieję z gościnnym udziałem Taco Hemingwaya wydaje się być rezultatem współpracy, jaką był club2020, choć takie momenty są bardzo sporadyczne. Haze i Mazowiecki ponownie zademonstrowali swoje umiejętności na najwyższym poziomie, a wystąpienia gościnne (oprócz Kizo, który odstaje od reszty) są naprawdę mocne. Wszystko w tej muzyce jest autentyczne, a o to właśnie chodzi w rapie. (Mikołaj Lipkowski)


Motorpsycho – Yay! | rock psychodeliczny/rock progresywny

Okładka płyty Motorpsycho – Yay!

Motorpsycho jest jedną z najbardziej aktywnych wydawniczo współczesnych grup muzycznych, wywodzących się z nurtu progresywno-psychodelicznego. Tym samym ich nowy album – Yay! – stanowić może dla wielu słuchaczy niemałe zaskoczenie, bowiem płyta składa się w większości z akustycznych aranżacji, przecinanych w niektórych momentach brzmieniem gitary elektrycznej. I choć najlepszą wizytówkę albumu stanowi utwór Patterns, będący swoistym pomostem między akustyczną a typowo rockową twórczością zespołu, tak prawdziwym epicentrum albumu jest Hotel Daedalus, będący w moim odczuciu jednym z najlepszych utworów w całej twórczości Motorpsycho (a konkurencja jest ogromna – zespół wydał blisko 30 albumów).

Przeczytaj również:  „Ibelin" - najjaśniejszy punkt Starlight | Recenzja | Millennium Docs Against Gravity 2024

Wspomnianemu utworowi przewodzi mocny, wyraźnie inspirowany legendarnym riffem z Kashmir Led Zeppelin, który przeplatany jest z subtelnym brzmieniem gitary akustycznej i spokojnym wokalem Benta Sæthera. Całość wieńczy doskonałe gitarowe solo, trwające całą środkową część tej blisko ośmiominutowej kompozycji. W ogólnym podsumowaniu Yay! brzmi tak, jakby Simon i Garfunkel nagrywali wspólnie z Love słynne Forever Changes. Album wyraźnie nawiązuje do klasyków rocka psychodelicznego, pokazując przy tym, że można zaskoczyć słuchacza grając ten gatunek w odświeżonej, akustycznej aranżacji. Aż chce się krzyknąć “yay!” (Bartłomiej Rusek)


dj nevykele – OŽKA | hyperpop

Okładka płyty dj nevykele – OŽKA

Zastanawialiście się kiedyś jak trzyma się litewska scena hyperpopowa? Ja też nie. Wszystko zmieniło się w momencie, w którym do moich uszu dotarły pierwsze dźwięki jednego z większych bangerów, jakie było mi dane usłyszeć przez te pół roku. Oparty na wybitnie prostym, wkręcającym się w głowę hooku oraz przytłaczająco mocnych kickach, utwór audi bmw do teraz nie daje mi spokoju. dj nevykele, czyli działająca pod tym pseudonimem Ugnė Dominaitė, to siedemnastoletnia artystka, która w zeszłym roku szturmem podbiła litewski underground utworem aerobika – aktualnie viralem na TikToku. Potem wszystko poszło z górki: kontrakt z jedną z majorsowych wytwórni, zdobycie ważnej w kraju nagrody M.A.M.A w kategorii “Odkrycie roku” oraz finalnie premiera debiutanckiego albumu.

OŽKA, lub inaczej G to the O to the A to the T, na pierwszy rzut oka przypomina raczej krótki zlepek ciekawych pomysłów. Pomimo to, 24 minuty pełne pop-punkowych, hyperpopowych i trapowych inspiracji, brzmią bardzo spójnie. Ponadjęzykowa charyzma i najczystszy fun z tworzenia wylewają się z każdego tracku. Gen-Z music w swoim prime. (Mateusz Pastor)


Motörhead – We Play Rock ‘n’ Roll (Live At Montreux Jazz Festival ’07) | heavy metal
Okładka płyty Motörhead – We Play Rock ‘n’ Roll (Live At Montreux Jazz Festival ’07)

Pewnie minie sporo czasu, zanim studnia jaką jest Lemmy Kilmister wyschnie. Od śmierci muzyka minęło już 8 lat, a na sklepowych półkach ciągle pojawiają się coraz to nowsze płyty Motörhead – głównie wydania koncertowe. Nigdy nie byłem zwolennikiem tego rozwiązania, ponieważ uważam, że takie wydania to pewne pójście na łatwiznę (choć w tym przypadku na nic innego nie możemy już liczyć). Niemniej jednak We Play Rock ‘n’ Roll wyróżnia się wśród dyskografii tej brytyjskiej kapeli.

Niech was nie zwiedzie nazwa Jazz Festival, ponieważ jest to festiwal ze zróżnicowanym składem artystów – nie tylko jazzowych. Podczas jednej z edycji wystąpili Pet Shop Boys, Wu-Tang Clan, Placebo czy właśnie Motörhead. Warto zauważyć, że na We Play Rock ‘n’ Roll znajduje się przekrój najlepszych utworów zespołu, który czyni z albumu swoistym “the best of”. Brudne brzmienie, energia i chrypliwy wokal Lemmy’ego doskonale się tutaj sprawdzają – ci, którzy słuchali Motörhead, wiedzą o co chodzi. Dodatkowo, po raz pierwszy możemy usłyszeć utwór Rosalie, który jest coverem Boba Segera. Śmiało mogę stwierdzić, że ta płyta dorównuje kultowemu albumowi koncertowemu No Sleep ’til Hammersmith. Co tu dużo mówić – that was Motörhead and they played rock ‘n’ roll. (Mikołaj Lipkowski)


King Krule – Space Heavy | avant-rock/slowcore

Okładka płyty King Krule – Space Heavy

Ten album wzrusza. Archy Marshall wrócił po 3 latach z czwartym albumem studyjnym, pełen emocji jak nigdy dotąd. King Krule rzuca nieco inną perspektywę na rzeczywistość (choć dalej w nihilistycznym tonie) i maluje Space Heavy w ciepłych odcieniach fioletu, którym towarzyszy oniryczne melodie gitar ze standardową już u Brytyjczyka formułą jazz fusion. Choć wyraźna implementacja slowcore’u nadaje albumowi pewien ciężar (również ten egzystencjalny – powracający motyw u Marshalla) to jednocześnie nie mogę pozbyć się wrażenia, że ten projekt jest przepełniony życiem. Archy wyciąga najlepsze momenty z doświadczenia bycia ojcem i partnerem oraz przeplata je z wątkami dotyczącymi egzystencjalnego konfliktu i wynikającej z niego agresji.

King Krule eksplorując inny obszar swojej wrażliwości dostarczył album będący także kompletnym uniwersum brzmieniowym. Odpowiednio zaakcentowana psychodeliczna atmosfera eksponuje lekkość i radość płynące z uczucia miłości, by za chwilę wyartykułować dręczącą paranoję. A do tego banger za bangerem. Sprawdźcie Pink ShellSeaforthEmpty Stomach Space Cadet Hamburgerphobia – te kawałki na pewno będziecie mieć na zapętleniu. (Magda Wołowska)


Korekta: Bartłomiej Rusek, Magda Wołowska

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.