Recenzje

„Czerwona jaskółka” – Recenzja

Iza Ryżek

Czerwona Jaskółka

Od czasu do czasu warto urozmaicić kinową rozrywkę i sięgnąć po coś zupełnie różnego od tego, co oglądamy na co dzień. Czerwona jaskółka nie jest bowiem po prostu thrillerem, który serwuje nam zagadkę do rozwiązania. Film ten ma z założenia szokować i zapierać widzowi dech w piersiach okrucieństwem oraz wyciskać współczucie i sympatię dla głównej bohaterki.

Dominika Egorova (w tej roli Jennifer Lawrence), perła rosyjskiego baletu, ulega tragicznemu wypadkowi, który na zawsze przekreśla możliwości występów na scenie. Jakby tego było mało, Dominika opiekuje się schorowaną matką. Teatr opłacał mieszkanie i przekazywał część środków na leczenie schorowanej kobiety. Teraz, gdy Dominika nie może już tańczyć, nad nią i jej matką zawisa wizja wylądowania na ulicy. W tym momencie wkracza wuj głównej bohaterki, Vanya (Matthias Schoenaerts), który oferuje jej nowe życie. Życie, które, powiedzmy szczerze, nie będzie łatwe, być może Dominika je znienawidzi, ale czy ma jakieś wyjście? Po długiej rekonwalescencji Dominika zostaje przeniesiona do szkoły, która szkoli tytułowe „jaskółki” – zabójców, szpiegów, agentów specjalnych, gotowych poświęcić życie dla ukochanego kraju.

Wspominałam, że film ma szokować. Niestety, Czerwona jaskółka robi to w sposób tani, nastawiony na szokowanie seksem. Trening na „jaskółki” zostaje więc spłycony głównie do uwodzenia, rozbierania się i wyzbycia się w tej kwestii wszystkich ludzkich odruchów. A szkoda, bo sceny nauki otwierania zamków lub innych przydatnych umiejętności, spłycone w tym filmie do minimum, mogłyby być zdecydowanie ciekawsze.

Przeczytaj również:  "Ultimate X-Man t. 1" - dużo, za dużo, ultimate [RECENZJA]

W Czerwonej jaskółce powiela się również schemat taniego romansidła rodem z typowego Romea i Julii, gdzie rosyjska agentka zakochuje się w amerykańskim wrogu (Joel Edgerton jako Nate Nash). Jakby tego było mało, mająca wciągać intryga zwyczajnie nudzi. Film jest zdecydowanie przegadany, poza scenami nagości nie dzieje się przesadnie wiele. Na plus odznacza się gra aktorska, choć scenariusz i najpewniej sam reżyser mogli wycisnąć ze swoich bohaterów zdecydowanie więcej. Do tego kilka obrazowych scen niemających związku z szokowaniem seksem, za to wiele z przemocą i generalnie metodami tortur to dobre momenty tego filmu. Niestety, nie ratuje to całości, jakkolwiek odchodzi od standardowej sztampy, którą zaserwował widzowi Francis Lawrence. W ostatecznym rozrachunku można odnieść wrażenie, że reżyser nie do końca wiedział, co chciał w tym filmie opowiedzieć i w jaki sposób się za to zabrać. Jakkolwiek jest to film stworzony na podstawie książki, wydaje mi się, że okazał się zmarnowanym potencjałem drzemiącym pod pojęciem „adaptacji”. Trudno wyciągnąć z tego choćby i guilty pleasure, bo na to całość jest po prostu za nudna i niewiele ma wspólnego z szpiegowskim gatunkiem, który się jej przypisuje.

Zdecydowanie nie jest to film dla ludzi o słabych nerwach, trigger warnings skierowane są szczególnie do osób, które nie znoszą przemocy, zarówno tej seksualnej, jak i ogólnej. Szczególnie te ostatnie, w momentach, w których pojawiają się tortury, są bardzo realistyczne.

Przeczytaj również:  "Bogowie z gwiazdozbioru Aquariusa" - problematyczna klasyka [RECENZJA]

fot. materiały prasowe

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.