“Dziewczyna w sieci pająka” – Recenzja

Pojawienie się literackiej trylogii Millenium autorstwa Stiega Larssona wywołało potężne zamieszanie na rynku wydawniczym. Oto na scenie ukazał się dopiero co rażony zawałem serca, nieznany nikomu pisarz, którego opowieść o “mężczyznach, którzy nienawidzą kobiet” rozeszła się w przeszło 80 milionach egzemplarzy na całym świecie. Scharakteryzowana na kartach książek postać Lisbeth Salander stała się z dnia na dzień ikoną nurtów feministycznych, współczesną wersją Pippi Langstrumpf, burzycielką patriarchalnego ładu. Nie dziwi więc, że losami młodej hakerki i towarzyszącego jej dziennikarza śledczego Mikaela Blomkvista zainteresował się przemysł filmowy.

Zobacz również: Recenzję ostatniego sezonu “House of cards”

Najpierw doszło do ekranizacji trzech części przez Szwedów z Noomi Rapace wcielającą się w postać Salander, co było dla niej trampoliną do dalszej, międzynarodowej kariery. Dopiero później marka trafiła do Fabryki Snów. Rzecz znamienna dla naszych czasów: za prozę mocno lewicującego, półamatorskiego pisarza wzięło się potężne Hollywood, silnie osadzone w realiach kapitalistycznych. Ekranizacją pierwszej części, zatytułowaną Dziewczyna z tatuażem, zajął się David Fincher, a w rolach głównych obsadził Rooney Marę oraz Daniela Craiga. Mimo że udało się reżyserowi skutecznie oddać klimat posępnej, ufundowanej na kłamstwach i nienawiści Szwecji, a wśród aktorów pojawiło się wiele znanych nazwisk (np. Robin Wright, Stellana Skarsgarda czy Christophera Plummera), to film nie przyniósł spodziewanego sukcesu i zaprzestano prac nad kolejnymi epizodami.

Publikację czwartej części, opartej na zapiskach Larssona, lecz ostatecznie skonstruowanej przez Davida Lagercrantza (pozostawmy sprawy dotyczące prawa autorskiego i dziedziczenia po zmarłym pisarzu na bok), można traktować jako swoisty reset serii, co dało również asumpt do nowego otwarcia w kinie. Między innymi z tego powodu na wielkich ekranach pojawiła się Dziewczyna w sieci pająka.

Długi wstęp jest w tym kontekście tej produkcji niezwykle kluczowy. Należy bowiem pamiętać o tym, że książka, jak i nowy film, pozbawione są już ciężaru publicystycznego z poprzednich części. Wprawdzie punkt wyjścia jest podobny, ale widzowie zamiast komentarza na temat rodzących się ruchów ksenofobicznych i rasistowskich, otrzymają raczej amerykańskiego produkcyjniaka ze słabo zarysowanymi bohaterami.

Zobacz również: Recenzję filmu “Bergman – Rok z życia”

Lisbeth Salander (Claire Foy) pokazywana jest najpierw jako nocny mściciel, niemalże superbohaterska postać, okrutnie wymierzająca sprawiedliwość w imieniu kobiet doświadczających przemocy. Ze względu na traumatyczne wspomnienia, wybiera sobie za cel walkę w obronie najsłabszych, zapomnianych i systemowo poniżanych. Wydaje się zatem, że bohaterka idzie szlakiem wyznaczonym we wcześniejszych częściach. Niestety dosyć szybko następuje właściwe zawiązanie akcji, przekreślające jakąkolwiek szansę na otrzymanie przyzwoitego filmu. Oto hakerka wydobywa z amerykańskich rąk kody do przejęcia kontroli nad arsenałem nuklearnym na całym świecie, a następnie je traci, co stawia całą planetę w obliczu zagłady.

Przykro patrzy się na tak nisko upadającą markę. Z opowieści silnie zakorzenionych we współczesności zostały jedynie nic nieznaczące strzępki. Reżyser Fede Alvarez wrzuca Salander na karuzelę pościgów, strzelanin i fizycznych pojedynków z przeciwnikami, nie oferując tak naprawdę nic więcej. Nie dość, że motywacje antagonistów są prostackie i zasadzają się na łzawej, choć wypranej z emocji historyjce, to jeszcze postać Blomkvista zostaje wykastrowana i pozbawiona jakiejkolwiek mocy sprawczej. Ot, jakiś tam facet, który przypałętał się do głównej bohaterki.

Claire Foy naprawdę robi, co może, by udźwignąć ciążące na niej brzemię, za co powinna dostać odszkodowanie za pracę w trudnych warunkach. Biega, skacze, bije się, jest wiarygodna w przedstawianiu hartu ducha i niezłomności prezentowanej postaci, ale cóż zrobić, gdy nie ma możliwości wypowiedzenia sensownych dialogów. Gdyby jeszcze te bijatyki były sensownie zainscenizowane…

Zobacz również: Recenzje filmu “Noc pożera świat”

Co gorsza, w scenariuszu roi się od niemożliwych do wytłumaczenia bzdur. Oczywiście nie sposób ich wymienić w recenzji, bo to groziłoby odsłonięciem elementów istotnych dla fabuły, niemniej jednak wydaje się, że osoby odpowiedzialne za skrypt nie do końca przemyślały, jak wytłumaczyć dziejące się wydarzenia. Pojawiające się wokół bohaterów elementy mają charakter wyłącznie pretekstowy i służą pchaniu akcji za wszelką cenę do przodu. Żeby nie być gołosłownym, pojawi się jeden, odrobinę spoilerowy przykład: w żyły Salander zostaje wstrzyknięta bliżej niezidentyfikowana, acz na pewno trująca substancja, ale na szczęście w łazience zwykłego naukowca były odpowiednie proszki, więc kobiecie udaje się zniwelować problemy. Naturalnie zażycie silnie pobudzających proszków działa na nią zaledwie przez chwilę.

Po prozie Larssona nie pozostał ślad, zaś antyestablishmentowe przesłanie zostało zamienione na ledwie poprawne gatunkowe kino akcji. Hollywood weszło w posiadanie popularnego tytułu i wykorzystało go w celach czysto zarobkowych. Pojawiło się kilka znanych nazwisk – poza Foy są też Lakeith Stanfield czy Sylvia Hoeks – odrobiono pańszczyznę, czas na zbieranie fruktów. Ot, ironia losu.

Dziewczyna w sieci pająka najprawdopodobniej podzieli los zeszłorocznego Pierwszego śniegu i będzie kolejną nieudaną ekranizacją skandynawskiego kryminału. Postawienie na akcję okazało się błędem. Siła prozy Larssona opierała się na odsłanianiu społecznych atawizmów i wyraźnie zarysowanej bohaterce. Gdy jednak porzucono rozwój postaci na rzecz pokazywania jej w kolejnych scenach walki, to odebrano serii to, co miała najlepszego. Znakomita Claire Foy nie zatuszuje prawdy – twórcy igrali z ogniem, przez co mozolnie budowany przez szwedzkiego pisarza zamek właśnie runął.

2/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.