Rumuńska Nowa Fala, czyli co kino znad Dunaju mówi o Polsce?

Kamil Czudej
Kadr z filmu „Prześwietlenie”
Prześwietlenie, mat. prasowe
Artykuł sponsorowany

Jak powszechnie wiadomo, Polak Polakowi Polakiem. Mamy swoje waśnie i zwady, ciężko się nam porozumieć w swoich bańkach, o wyciąganiu do siebie ręki na zgodę nie wspominając. Tych linii podziału, które różnicują nasze społeczeństwo można doszukiwać się w historii 123 lat podległości. To wtedy wytworzyła się opozycja między działającymi na rzecz niepodległości oraz kolaborującymi z zaborcą. 

Podobnie jest w historii najnowszej. W polskiej debacie publicznej często dzieli się ludzi na tych, którzy byli z „nami” i tych, którzy stali tam, gdzie stało ZOMO. Kraje dawnego bloku wschodniego tę ostatnią część historii niewątpliwie współdzielą. Czas, gdzie miękki a momentami też twardy terror państwowy potrafił wyeliminować sferę prywatną z życia ludzi, odcisnął na wszystkich piętno. 

Potem nastał dziki kapitalizm lat 90. Kolejna wielka przemiana, nagły przyrost wolności okupiony urynkowieniem znacznie większej części życia, niż się spodziewano. Można było obserwować, jak zasady wolnego rynku jednych wynoszą na fali prosperity, a innych pod ową falą zatapiają. Wyrósł przed naszymi oczami kolejny podział: na tych, którzy w nowej rzeczywistości osiągnęli sukces i na tych, którzy radzą sobie gorzej. Ci pierwsi odrzucali przeszłość, a drudzy byli w nią wpatrzeni z nostalgią. 

Rumuńska Nowa Fala

Właśnie w tym miejscu znajduje się wspólne pole doświadczeń Polski i Rumunii. Rumuńska Nowa Fala, czyli nieformalna grupa twórców urodzonych na przełomie lat 60. i 70., tworzących współcześnie, będzie na tym polu formułować swoje najważniejsze obserwacje. Rumuńskie filmy zaczęto na festiwalach międzynarodowych zauważać już w pierwszej dekadzie XXI wieku. Do grona filmów najbardziej utytułowanych można zaliczyć obraz Cristiego Puiu Śmierć pana Lăzărescu. W 2005 roku odbił się on szerokim echem i sprowokował publiczność do spojrzenia w kierunku Bukaresztu.

Pierwsze sukcesy

Jednak to dopiero Cristian Mungiu i jego 4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni z 2007 roku okazał się sukcesem (Złota Palma w Cannes), który rozpoczął triumfalny pochód rumuńskiego kina po festiwalach międzynarodowych. Odrębność formalna, niespotykany realizm oraz pewna prostota tych filmów zainspirowała teoretyków do prób klasyfikacji i systematyzacji tego, co Rumuni swoją twórczością proponują. Dlatego sukces Pozycji dziecka Calina Petera Netzera na Berlinale w 2013 roku nie był już tak wielkim zaskoczeniem. Kino rumuńskie do tego czasu poddano już teoretycznej obróbce, wiedziano, jak można je czytać, w jakich kontekstach się ono porusza. Jest to kinematografia z jednej strony zanurzona w doskonale spreparowanym realizmie, z drugiej zaś niestroniąca od metafory. Cechą wspólną jest widoczny balans między komentarzem na temat czasów dyktatury Ceaușescu a odniesieniami do współczesnych konsekwencji, jakie dla społeczeństwa tamta epoka opresji przyniosła. 

Przeczytaj również:  „Spadek" – jakości polskiego kina [RECENZJA]

W końcu jest to kino, które z jednej strony opowiada historię konkretnego bohatera, jest bogate w psychologię, a jednocześnie psychologia ta jest wytwarzana w ramach wyraźnie zarysowanego kontekstu społecznego. 

Śmierć pana Lăzărescu

Śmierć Pana Lazarescu, źródło zdjęcia: MUBI

Niewątpliwie owe cechy charakteryzują film Śmierć pana Lăzărescu, gdzie obserwujemy gehennę tytułowego Dantego Lăzărescu (Ioan Fiscuteanu), byłego inżyniera, a dziś emeryta, schodzącego coraz niżej po kręgach piekielnych rumuńskiej służby zdrowia. Pan Lăzărescu w swoim mieszkaniu otoczony jest rzeczami ze słusznie minionych czasów komuny, które, nagromadzone, przytłaczają go z każdej strony. Jak później się okazuje, podróż Lăzărescu, spowodowana bólem brzucha, nieustannie ciągnie za sobą ów ciężar przeszłości. Widzimy sąsiadów, dla których cierpienie Lăzărescu początkowo jest sensacją, by dość prędko przerodzić się w niewygodny problem, który najlepiej, żeby rozwiązał się sam. Następnie wraz z zabraniem bohatera przez pogotowie, obserwujemy niewydolność instytucji zdrowotnych, które traktują mężczyznę jak błąd systemu, który swoim alkoholizmem zasłużył sobie na swój los.

Lăzărescu jest jak drzazga przeszłości, która wciąż uwiera, a o której najłatwiej byłoby po prostu zapomnieć i udawać, że nigdy nie istniała. Spryt opowieści polega również na jej komediowości, gdzie sytuacje tak bardzo nam znane stają się absurdalnie śmieszne i jednocześnie tragiczne. Pytanie brzmi, dlaczego są dla nas aż tak znajome? Nasze blokowiska przypominają te rumuńskie, w tym samym stopniu czynią z nas anonimowe osoby pośród bardzo często nieznanych nam sąsiadów. Co do rozmiarów znieczulicy w ochronie zdrowia (tutaj polecam szczególnie rumuński dokument Kolektyw) można się spierać, natomiast nie ulega wątpliwości, że patologie występujące w naszych instytucjach publicznych dają o sobie znać częściej, niż byśmy sobie tego życzyli.

 

4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni

fot. „4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni”, źródło zdjęcia: MUBI

4 miesiące, 3 tygodnie i 2 dni jest z kolei filmem, który nie bierze jeńców, jeśli chodzi o powagę. W długich ujęciach inscenizowanych w mistrzowski sposób przez Cristiana Mungiu widzimy zmagania dwóch studentek mieszkających w bukaresztańskim akademiku w roku 1987. W kraju panuje całkowity zakaz aborcji, za którego złamanie grozi więzienie – zarówno dla osoby, która ciążę przerwała, jak i tych, które jej w tym pomogli. Gabita jest w niechcianej ciąży, a jej przyjaciółka Otilia postanawia jej pomóc. Koncentrujemy się na tej ostatniej. Obserwujemy ją, jak załatwia Gabicie nielegalny zabieg. Przeszkody, na które napotyka, są z jednej strony instytucjonalne (fakt, że obie mieszkają w akademiku rodzi podejrzenia obsługi hotelu, w którym muszą wynająć pokój), z drugiej społeczne, bo związane z klasowością i patriarchatem (postać Bebe oraz rodzina chłopaka Otilii). 

Przeczytaj również:  Klasyka z Filmawką: „Medium” (1985)

W tej pozornie prostej historii dostajemy cały obraz ówczesnej Rumunii oraz sytuacji, w jakiej były mieszkające w niej kobiety. Film nie daje się ująć w ramy deklaracji popierającej przerwania ciąży bądź urodzenie dziecka. Pozostawia wiele miejsca na wybór dla widza. Wybór, którego bohaterki, podobnie jak kobiety w Polsce, w tej kwestii nie mają.

Pozycja dziecka

fot. Pozycja dziecka, źródło zdjęcia: materiały prasowe

Kolejnym z ważnych dzieł rumuńskiego kina jest Pozycja dziecka z 2013 roku. Pozornie mamy tutaj do czynienia z dramatem psychologicznym. Film opowiada bowiem o relacji starszej kobiety, Cornelii, z jej 34-letnim synem Barbu. Barbu, pędząc samochodem, spowodował wypadek, w wyniku którego zabił nastoletniego chłopca. Cornelia będzie próbować wyciągnąć syna z tarapatów, dopuszczając się korupcji, szantażu, wykorzystując swoje prywatne koneksje i wpływy. W tym miejscu ujawnia się niezdrowy charakter tej relacji. Cornelia jest bowiem nadopiekuńcza. Zawłaszcza autonomię swojego dziecka, które w tej sytuacji może jedynie reagować agresją, próbując wyrwać się z tego toksycznego uścisku.

Jednocześnie obserwujemy, jak bardzo Barbu jest niedojrzały i nie potrafi poradzić sobie z popełnionych konsekwencjami czynów. Tak, jak we wcześniej wspomnianych tytułach, tutaj także widzimy wadliwe funkcjonowanie instytucji, w tym wypadku policji, oraz stosunek klasowy między majętną Cornelią a rodziną zabitego chłopca mieszkającą na wsi. Międzypokoleniowa relacja matki z synem zaciera i ujawnia —  podobnie jak w Śmierci pana Lăzărescu — relacje starego i nowego porządku. W Polsce z tego rodzaju sporów robi się paliwo polityczne. Mało kto jednak stara się naszą relację w stosunku do przeszłości poważnie przemyśleć i zdać sprawę z tego, że de facto w naszej tożsamości jesteśmy tak samo niestabilni jak Barbu.

fot. „Prześwietlenie”, źródło zdjęcia: materiały prasowe

Rumuńskie kino opisuje ludzi i kraj, którego profil momentami okazuje się bliźniaczo podobny do naszego. Obecnie na ekrany polskich kin wchodzi film jednego z mistrzów rumuńskiego kina – Cristiana Mungiu. Prześwietlenie to film, który mierzy się z najnowszymi problemami kraju, który namaścił siebie – podobnie jak swego czasu Polska – na obrońcę Europy. Tym razem jednak całość została doprawiona odrobiną surrealizmu i poczucia humoru. W tym filmie, podobnie jak w pozostałych, które opisywałem wyżej, możemy ujrzeć kawałek swojej ojczyzny.  Od problemów społecznych schodzimy tutaj na poziom psychologiczny, co pozwala utożsamić się z ukazywanymi ludźmi. Kino rumuńskie ma w ostateczności wymiar terapeutyczny. A co jak co, ale dla Polski terapii nigdy dość.


Korekta: Kamil Walczak

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.