Smak Curry – Od żołądka do serca, czyli przypomnienie przepysznej perełki

Ostatnio miałem okazję porozmawiać o fenomenie Netflixowego “Specjalisty od niczego” Aziza Ansariego (o czym przekonacie się już niedługo), ilości pojawiających się tam posiłków i faktu, jak bardzo mogą one urozmaicić seans. Ze dwie godziny później zrozumiałem, że zapomniałem wspomnieć o kluczowym przykładzie nawiązującym do pojęcia jedzenia, pełniącego funkcję pewnego rodzaju symbolu; mówię tutaj o curry pojawiającym się w „Smaku Curry”, gdzie występuje ono w postaci charakterystycznego łącznika pomiędzy dwójką nieznajomych sobie ludzi, budując przy tym niezwykle klimatyczną relację.

Saajana i Ilę poznajemy w różnych momentach życia, z różnymi spojrzeniami na świat i dotychczasowe przeżycia. On (Irrfan Khan, notabene znakomita rola) jest wdowcem, który po śmierci żony traci wszelką nadzieję na lepsze jutro, zamieniając się powoli w stereotypowego marudnego Pana uprzykrzającego życie dzieciom sąsiadów. Ila również zaczyna powątpiewać w wiarę w „wyidealizowany związek” kiedy romantyczność w jej małżeństwie zaczyna wygasać, następnie podejrzewa męża o zdradę. Postanawia uratować swoją miłość metodą „od żołądka do serca”; przyszykowuje nową potrawę curry dla swojego ukochanego, by na nowo rozpalić w nim zapomniane uczucie. Jej niedoczekanie, gdyż potrawa przypadkowo trafia do Saajana i tak scenariusz otwiera nam nowy etap filmu…

Nowym etapem będzie właśnie listowna korespondencja pomiędzy dwójką bohaterów, którzy podrzucają sobie karteczki do opakowań od jedzenia. Z dnia na dzień ich więź umacnia się, a sami zaczynają ufać sobie coraz bardziej, pomimo faktu, że nigdy nie spotkali się na żywo. Saajan otwiera się i opowiada o zmarłej żonie, co staje się dla niego swoistym katharsis; w domu zaczyna przypominać sobie te bardziej pozytywne momenty utraconego uczucia, a to jedynie pomaga mu wyjść ze społecznego niepokoju, lęku przed ludźmi czy współpracownikami z firmy. Pisanie dobrze oddziałuje także na Ilę; powoli wyprowadza ją z „małżeńskiego letargu”, a życiowe prawdy jej nowego przyjaciela pokazują, iż nie wszystko będzie takie kolorowe i proste do naprawienia.

Zobacz również: Recenzje dokumentu “Dlaczego jesteśmy kreatywni?”

Ukrytym bohaterem rzecz jasna będzie i pozostanie curry, ono łączy postaci i ono powoduje w nich nieuniknione, a zarazem fascynujące wibracje. Ten łącznik stara się wnieść do ich życia choć odrobinkę oryginalności, pikanterii – dosłownie i w przenośni – a zarazem pozostaje symbolem przemian w nich zachodzących. Wyważonego posmaku filmu nie wyczuwamy tak jak jedząc jagnięcinę z curry, bo całość zostaje przez reżysera podana na tacy; subtelnie, dosyć ckliwie, a zarazem srogo – w całej tej historii nie dostajemy happy endu, a ten indyjski mumblecore stara się nam przedstawić opowieść – od początku do końca bez żadnych niepotrzebnych wstawek lub morałów.

Rzecz jasna znajdziemy tu trochę przyjaźniejszego i przystępniejszego humoru; bawi wątek współpracy na linii mentor Saajan, a niesforny pracownik firmy, kadet Aslam (Nawazuddin Siddiqui). On także ma spory wpływ na naszego głównego bohatera, który i od niego nauczy się paru prawd dawno już przez niego zapomnianych. Ta relacja szybko przerodzi się w przyjaźń, by następnie zadać pytanie: Co w hierarchii stawiamy wyżej – przyjaciela, czy pracę? Z takowymi problemami będzie musiała się zmagać postać Khana, by na końcu wybierać i ponosić konsekwencje z własnych decyzji.

Pomimo nazwania „Smaku Curry” perełką, mam z nim niemały problem. Odnoszę wrażenie, iż z całej tej opowieści nic nie wynika. Fakt, bohaterowie pozostają z własnymi problemami, Ritesh Batra pokazuje, że nigdy nie wyjdziemy cali z codziennych konfrontacji. Niemniej jednak to w sumie tyle. Z jednej strony dostajemy klimatyczny i przyjazny film, który ze sceny na scenę stara się przekonać, że wszystko jest pod kontrolą i ta prosta fabuła z klimatem i odczuwalną w niej pasją prędzej czy później zakończy się endingiem na miarę poziomu całości. Niestety, niedane mi było zobaczyć czegokolwiek powalającego, zostającego w pamięci, jak na przykład w „Lady Bird” albo przynajmniej satysfakcjonującego jak w „Życiu prywatnym” (obydwie produkcje kręcone są w podobnym stylu).

Zobacz również: Recenzje filmu “Ballada o Busterze Scruggsie”

Pisząc ten tekst, cofnąłem się do mojej Filmwebowej notki, w której napisałem: Bez zbędnych dopowiedzeń, mądrze i z wyczuciem. Zgadza się, reżyser przeprowadza nas przez meandry indyjskich klimatów z uczuciowością, wręcz intuicyjnie; tematyka jest przynajmniej na poziomie, dialogi i kwestie zrealizowano z pomysłem. Z biegiem czasu brakowało mi jednak jakiegoś dopowiedzenia, czegoś wielce nieoczekiwanego, oczka od reżysera dla czytelnika. „Smak Curry” zaskoczył mnie tym, że nie pamiętam jego zakończenia – zazwyczaj tylko one zostają mi głowie – a całą resztę wspominam rewelacyjnie. Także tutaj ambiwalentne odczucia pozostaną, przynajmniej do następnego seansu. W tej kwestii nie poruszył tych strun, które poruszyć powinien.

Koniec końców to przecież film ładny, starający się obdarzyć widza dozą emocji przystępnych i nieoczekiwanych. Nie będzie dla każdego, brak dynamiki pomiędzy relacjami i dialogowość nie pozwalają mu się w pełni rozwinąć. Jeśli chcecie zapoznać się z atmosferą indyjskiej otoczki i kuchni albo rozpocząć swoją przygodę z tym rodzajem kina, śmiało zachęcam. W żadnym stopniu nie okaże się on infantylny lub pretensjonalny.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.