“Wdowy” [McQueen wraca do gry] – Recenzja

Zaczyna się wszystko po maczystowsku: jedna kobieta zostaje klepnięta w pośladki, druga ma podbite oko i słucha oskarżeń o brak makijażu, a trzecia znowu musi oddać ciężko zarobione pieniądze. Tak właśnie żyją partnerki trzech zbirów regularnie wykonujących napady. I tylko Veronica (Viola Davis), żona czwartego, lidera bandy złodziei, może dziękować za wygranie losu na loterii, bo zamiast tyrana leży obok niej w łóżku amant, delikatnie siwiejący, czuły kochanek. Śnieżnobiała pościel, śnieżnobiałe ściany, a na ich tle odznaczająca się czarna skóra bohaterki żyjącej z dala od biedy i problemów rasowych. Kobieta dostaje od Harry’ego (Liam Neeson) wszystko, dopóki siedzi cicho i nie interesuje się biznesami partnera. Sielanka jednak się skończy, gdy kolejna akcja okaże się niepowodzeniem i czterech oprychów zostanie pochowanych głęboko pod ziemią.

Zobacz również: Recenzję “Gentlemana z rewolwerem”

Steve McQueen wraca do formy po średnio udanym, chociaż najczęściej nagradzanym, Zniewolonym. Brytyjskiego reżysera nadal interesuje przeplatanie się wielkiej polityki i losów pojedynczych jednostek. Poszukuje odpowiedzi na pytania, na ile osobiste wybory decydują o zmianach, a na ile są one zależne od kaprysów silniejszych, od pokoleń zakorzenionych w systemie sprawowania władzy. W debiutanckim pełnometrażowym Głodzie skupił się na cenie, jaką bojownicy potrafią zapłacić za wolność przekonań i chęć do narodowego samostanowienia. Przyglądał się maniakalnemu uporowi, zarówno po stronie członka IRA Bobby’ego Sandsa, jak i nieobecnej na ekranie, a jednak wszechwładnej Margaret Thatcher. W późniejszym Wstydzie podglądał zagubionego korposzczura, uwikłanego w sieć głęboko tkwiących atawizmów, który pod fasadą wyzwolonego, “nowoczesnego” stylu życia ukrywał autodestrukcyjne popędy. Zaś oscarowy Zniewolony to kolejna opowieść, tym razem w historycznej szacie, dotycząca walki o prawa człowieka, zarówno na płaszczyźnie osobistej, jak i politycznej..

Wydaje się, że fabuła najnowszych Wdów rozpostarta jest pomiędzy pierwszymi próbami McQueena, a jego ostatnim dziełem. Akcja rozwija się dwutorowo: reżyser charakteryzuje sytuację tytułowych bohaterek, reprezentujących nadal uciskane i dotykane niesprawiedliwością mniejszości, jednocześnie przypatrując się kampanii wyborczej do rady miasta Chicago. Oto czarnoskóra kobieta, Latynoska i wnuczka polskich emigrantów tracą partnerów i stoją na granicy bankructwa. W tym samym czasie biały przedstawiciel rodziny z tradycjami w lokalnej polityce staje w szranki z przedstawicielem czarnoskórej społeczności. Biali kontra czarni, bogaci kontra biedni. Problemy seksistowskie i rasistowskie będą pojawiały się w filmie na każdym kroku, począwszy od osobistej walki o równouprawnienie, a skończywszy na poszukiwaniu szans na wpłynięcie na otoczenie. W pewnym momencie okaże się nawet, że jedyny sposób na walkę z panującą niesprawiedliwością wiedzie przez złe uczynki i dokonanie przez bohaterki zuchwałej kradzieży.

Zobacz również: Tekst o Netflixowym “Maniacu”

Steve McQueen, dzięki scenariuszowi napisanemu wspólnie z Gillian Flynn, umiejętnie lawiruje między różnymi konwencjami. Tworzy silnie polityczny przekaz, niezapominając przy tym o rozrywkowym kina. Pesymistycznie charakteryzuje chicagowską rzeczywistość, jednocześnie prezentując widowiskowe sceny pościgów. Skrupulatnie buduje cały świat przedstawiony, lecz nie boi się również skorzystać z wywrotki fabularnej w iście hollywoodzkim stylu. Mariaż gatunkowego sztafażu i publicystycznego komentarza udaje się Brytyjczykowi znakomicie.

Viola Davis, Michelle Rodriguez, Elizabeth Debicki, Cynthia Erivo, Colin Farrell, Robert Duvall, Daniel Kaluuya, Brian Tyree Henry, Liam Neeson, Carrie Coon – obsada jest wprost oszałamiająca. Roi się w niej od uznanych marek, jak również od wschodzących gwiazd. Niebywałe, że reżyserowi udaje się zgrać tak różne osobowości. W tej orkiestrze czuć rękę dyrygenta wprawnie kierującego całym instrumentarium. Nie sposób wymienić jednego nazwiska, wyróżnić jednej osoby za szczególną rolę, ponieważ każdy na swój sposób odciska piętno na produkcji. Pierwsze skrzypce grają przede wszystkim Davis Kaluuyą, aczkolwiek ich sukces jest ściśle związany ze świetnie partnerującymi im współpracownikami. Wdowy są dziełem pracy zespołowej, dzieckiem walki o podstawowe prawa, owocem ustawicznego nakłuwania tkanki rzeczywistości, by wszelki podskórnie skrywany jad mógł wreszcie ujrzeć światło dzienne, być odpowiednio sklasyfikowany, a następnie usunięty.

Zobacz również: Recenzję “Touch Me Not”

W swoim najnowszym filmie Steve McQueen pokazuje genialny zmysł w budowaniu filmowego świata. Detalicznie ustawia elementy układanki, by można było z nich złożyć szerszy obraz miasta, w którym przyszło żyć bohaterom. To na ścianach pojawią się plakaty z kampanii prezydenckiej Baracka Obamy, to błahy przedmiot z pierwszych minut okaże się pod koniec kluczowy dla rozwoju fabuły. Wszystko ma w produkcji Brytyjczyka swoje miejsce – muzyka, stroje, scenografia; nawet podczas jazdy samochodem udaje się sprytnie ukazać nierówności między rasami. Twórca gra niemal reporterskim konkretem, gra obrazami pełnymi przemocy, ale gra również ironią, bo śmiech czasami jest potrzebny do przekłucia grozy rzeczywistości.

Już samo ujarzmienie odpowiedzialnego za ścieżkę dźwiękową Hansa Zimmera świadczy o tym, jak Brytyjczyk kontroluje wszystko, co się dzieje na ekranie. Reżyser nie uderza w wysokie tony, choć mówi o sprawach ważnych. Nie wkłada bohaterom w usta wyświechtanych frazesów, mimo że niektórzy twórcy od razu by skorzystali z dydaktycznej pałki. Tworzy film o jednoznacznej puencie, aczkolwiek niepozbawiony odcieni szarości. Tym sposobem Steve McQueen wraca po pięciu latach milczenia do pierwszej ligi, więc nie byłoby wcale wielkim zaskoczeniem, gdyby na koncie Wdów pojawiło się kilka oscarowych nominacji.


4/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.