“Zimowi bracia” – Recenzja


Zimowi bracia

Gdy na samym początku filmu kamera przygląda się ludziom pracującym w kopalni, to wydaje się, że Zimowi bracia w reżyserii Hlynura Pálmasona mają swój rodowód w naturalistycznych powieściach spod znaku Emila Zoli. Ciemności kryją harujące sylwetki i aż dziwne, jak zwinnie poruszają się one w tym piekle pod ziemią. Wątłe światła latarek umocowanych na kaskach służą ludziom za jedyne drogowskazy, ogłuszający ryk maszyn wyklucza jakąkolwiek konwersację, a mimo to bez większych problemów wywiązują się oni z powierzanych obowiązków. Dzień mija za dniem, robotnicy przyzwyczajają się do cieni pozbawiających poczucia realności, ale nie jest to dla nich powód do zmartwień. Oblepiający mrok służy bowiem jako zasłona, dzięki której można się odgrodzić od ciekawskich spojrzeń i ukryć wstydliwe oraz bolesne tajemnice. To w pokrytym czapą śniegu zewnętrznym świecie czyhają zagrożenia, zaś fabryka pełna maszyn jawi się jako bezpieczna przystań.

W tych warunkach przyszło żyć Emilowi (Elliott Crosset Hove) i Johanowi. Relacja braci zmienną jest – wprawdzie wspierają się, między innymi kradnąc z pracy składniki potrzebne do domowej produkcji bimbru, lecz wystarczy tylko iskra, by się pomiędzy nimi zagotowało, a zażyłość przerodziła się w nienawiść. Czy może być jednak inaczej, skoro są to tak odmienne charaktery? O ile Johan zachowuje się jak introwertyk skupiony tylko na pracy, o tyle Emil prezentuje się niczym postać wyrwana z czeskiego filmu. To chudzina z rozbieganymi oczami, drobny cwaniaczek próbujący uciułać kilka dodatkowych groszy na boku. Niby robi to w celu zbudowania szczęśliwej przyszłości z wybranką serca Anną, ale popijany ukradkiem alkohol w trakcie pracy świadczy o czymś zgoła innym – bohater to po prostu oślizgły typ, z którym nie warto robić biznesów. Ciekawe, że imiona mężczyzn pojawiają się mimochodem, “przy okazji”, jak gdyby nie miało to żadnego znaczenia. Pálmasona nie interesuje ich przeszłość, nie dokonuje również pogłębionej analizy psychologicznej bohaterów. Mocnymi pociągnięciami pędzla kreśli ich sylwetki, skupiając się przede wszystkim na dokonywanych przez nich życiowych decyzjach. Częściej są archetypami (skojarzenie z Kainem i Ablem, przy zachowaniu wszelkich proporcji, w pełni uzasadnione) niż postaciami z krwi i kości.

Pálmason balansuje zatem na styku wielu konwencji, co wychodzi mu z różnym skutkiem. Bez wątpienia chłodna obserwacja przynosi najlepsze efekty. Ciemność kopalni wprawia w obłęd, a wyjście na zewnątrz grozi utratą wzroku od oślepiającej bieli śniegu. Kamera podąża za wiecznie otulonymi pyłem bohaterami, których podejmowane trudy są wręcz fizycznie odczuwalne. Nastawione na szczegół oko obiektywu wychwytuje wszelkie oznaki brudu i nędzy, umieszczając mężczyzn w samym środku walki o przetrwanie. Przyglądanie się tym zapasom z życiem jest zaiste fascynujące. Gdy jednak produkcja zmierza w “baśniową” stronę, popada w pretensjonalną symbolikę. Konsekwentnie prowadzona narracja wykoleja się, ustępując miejsca luźno powiązanym ze sobą impresjom. Jak gdyby twórca bał się postawić jednoznaczną diagnozę wyraźnie domykającą podjęty wątek, dlatego też wolał “strzelać” onirycznymi obrazami, niekiedy bardziej wywołującymi uśmiech politowania aniżeli zadumę.

Wielka szkoda, że Islandczyk tak usilnie poszukiwał klucza do uniwersalizacji przedstawianej historii, bowiem to w momentach skupienia na osobistych rozterkach bohaterów jest najbliżej odkrycia mechanizmów rządzących ludzkim losem. Może sceneria jest obca, ale serce Emila jest zbudowane z dobrze znanych jam – w przedsionkach jest dużo miejsca, by mogła w nich zamieszkać druga osoba, zaś w komorach czają się autodestrukcyjne zapędy. To nie śnieg jest największym utrapieniem dla protagonisty, lecz zima panująca w jego psychice.

Dodatkowo Pálmason otwiera szereg innych wątków, również nieposiadających satysfakcjonujących puent. Spór z władzą uosabianą przez szefa fabryki (Lars Mikkelsen) jest ledwie zarysowany, zaś fascynacja bronią orbituje bardziej w sferze popkulturowego imaginarium – między innymi dlatego, że instruktaż objaśniający korzystanie z karabinu jest oglądany przez Emila na zdezelowanej kasecie VHS. Reżyser gra w ten sposób ze stereotypowym podejściem do męskości, w obrębie której siła i seks są równoznaczne z sukcesem.

Zimowi bracia to pełnometrażowy debiut z całym dobrodziejstwem inwentarza. Bije momentami od tego obrazu naiwność, ale również wiara w sugestywną moc kina. Wyziera potrzeba skrupulatnego przedstawiania świata, ale również ujawnia się niczym nieskrępowana fantazja. Pálmason ewidentnie próbuje różnych stylistyk w celu odnalezienia odpowiedniego dla siebie języka, czym niewątpliwie może ściągnąć na siebie krytykę. Nielinearna narracja i wszelkiego rodzaju surrealistyczne naleciałości wprowadzają niezamierzony chaos. Brakuje mu jeszcze silnej ręki, by w pełni okiełznać ten żywioł. Na szczęście Islandczyk nie żeruje na wcześniejszych produkcjach. Nie cytuje i nie stosuje wielu nawiązań do dzieł innych twórców, co ostatecznie może mu pomóc w stworzeniu silnie autorskiego stylu. Warto zatem przyglądać się jego karierze, ponieważ już debiut znamionuje umiejętność niezwykle plastycznego kadrowania krajobrazów, które czasami “mówią” więcej o świecie od samych bohaterów. A ożywić naturę i oddać jej głos to sztuka zaiste godna podziwu.

3/5

Fot. kadry z filmu / Gutek Film

 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.