Advertisement
HBO GORecenzjeSeriale

#ZostańWDomu | “Folklor” – Antologia sześciu azjatyckich horrorów na HBO

Redakcja Filmawki
fot. materiały prasowe / HBO
Bardzo proste założenie. HBO Asia wybrało sześciu obiecujących i utalentowanych reżyserów z sześciu bardzo różnych krajów azjatyckiego kontynentu i postawiło przed nimi jeden cel: nakręcić trwający 50 minut horror.

Twórcy z Japonii, Korei Południowej, Singapuru, Tajlandii, Malezji oraz Indonezji zakasali więc rękawy i w autorskim stylu zabrali się za kręcenie filmów grozy z wykorzystaniem unikalnych elementów mitologii i wierzeń swoich ojczystych regionów. Oto, co nasi redaktorzy sądzą o poszczególnych produkcjach!


1.  A Mother’s Love (reż. Joko Anwar, prod. Indonezja) | Andrzej Badek


Rozpoczynająca antologię produkcja to utwór bardzo klasyczny, który bardzo świadomie korzysta z elementów gatunkowych spopularyzowanych w kulturze. Produkcja skupia się na relacji matki z kilkuletnim synem.

Matka, rozwódka, ukrywa swojego syna przed byłym mężem, zmieniając swoje miejsce zamieszkania oraz chowając go przed zewnętrznym światem. Powoduje to liczne spięcia na linii matka – syn; dziecko chce iść do szkoły, odebrać standardową edukację, obracać się w towarzystwie rówieśników. Matka, zlękniona i zestresowana stara się zastąpić chłopakowi cały zewnętrzny świat.

Pech chce, że w wyniku utraty mieszkania i nielegalnego noclegu w pewnym domu, kobieta ratuje grupkę dzieci z rąk potężnej demonicy Wewe, która porywa dzieci matkom. Niezbędnym warunkiem porwania pozostaje jednak… zgoda dziecka. Tym samym Wewe musi wpłynąć na relacje rodzica z dzieckiem i doprowadzić młodego człowieka do stanu, w którym uzna, że jest niekochane.

Jak na azjatyckie kino przystało, jak na metraż produkcji, odgrywa jedzenie. To ono jest przyczyną jednej z najpoważniejszych kłótni między bohaterką a synem i to również ono jest jednym z kilku elementów nadających utworowi orientalny charakter, co zdecydowanie stanowi najmocniejszą stronę A Mother’s Love.

Ciasne i ciemne uliczki Indonezji są tu pokazane w sugestywny sposób, dający widzowi wrażenie klaustrofobii, połączonej z odbiorem tysięcy zapachów lokalnej kuchni i przypraw. Aż żal, że reżyser nie zdecydował się przenieść więcej akcji na zewnątrz pomieszczeń, bo ta w środku traci przez dość banalną scenografię.

Joko Anwar robi wiele, żeby nas zaskoczyć. Doświadczony widz bardzo szybko przejrzy kartę, która postanowi zagrać twórca, ten jednak ma asa w rękawie w postaci finałowego zwrotu akcji. I choć całość nie broni się jako samodzielna angażująca produkcja, zostanie w mojej pamięci jako udany eksperyment, który z sukcesem opowiedział mi o nieznanej szerzej w kinematografii Indonezji.


2. Tatami (reż. Takumi Saitoh, prod. Japonia) | Tomasz Małecki


Od najdawniejszych czasów Japończycy jadają i sypiają na tatami. Przeżycia i emocje domowników zostają zachowane w matach. Z upływem czasu przenikają wszystkie warstwy tatami – chowa się tam każda waśń. Pamięć jest jednym z najistotniejszych składników tożsamości kulturowej Japonii, który zyskuje swą fizyczną reprezentację w lokalnym myśleniu, piśmie, mowie, a nawet przedmiotach codziennego użytku. Jednym z tych ostatnich jest tatami – tradycyjna mata spleciona ze słomy ryżowej, służąca z jednej strony jako miejsce wypoczynku, ale i ważne ogniwo relacji międzyludzkich z drugiej.

Przeczytaj również:  "Pinokio", czyli ekonomiczna opowieść o kukiełce, która chciała zostać chłopcem [RECENZJA]

To właśnie ona – jak wyjaśnia powyższy cytat z prologu japońskiego segmentu Folkloru – towarzyszy mieszkańcom Wyspy w ich socjalnych oraz absolutnie intymnych momentach życia, dostrzegając i absorbując ich radość i szczęście, smutek i rozpacz, żal i grozę. W zgodzie z konwencją serii na tapet reżysera Takumiego Saitoh trafia rzecz jasna ten ostatni zestaw emocji. Główny bohater jest łowcą sensacji, który aktualnie bada historię okrutnego mordu popełnionego w jednym z wielu średniozamożnych kompleksów mieszkalnych współczesnej Japonii. W toku akcji dowiadujemy się jednak, że z ów mordem nie łączy naszego protagonisty wyłącznie chęć rozwikłania zagadki. Kulisy zbrodni odsłaniają bowiem głęboko zakorzenione w jego psychice traumy, których przetrawienia w swoim czasie zaniechał, skazując się na życie z fizycznym pokłosiem oniemienia…

Co widać po realizacji niniejszego odcinka, doświadczenie reżysera w branży telewizyjnej (i to nie byle jakie – prawie 140 ról aktorskich oraz 5 epizodów reżyserskich) uniemożliwia mu wykroczenie poza pewne naiwne i sterylne rozumienie filmowanej rzeczywistości. Motyw pamięci i ściślej – traumy opracowywany jest w protekcjonalny i stereotypowy sposób, wykorzystujący proste analogie, archetypy i schematy zawiązania akcji. Z jednej strony cóż ujmuje ludycznego ducha w sposób pełniejszy od uproszczonej narracji popkulturowej, ale z drugiej, w przypadku tak wyczulonej na niewysłowione niuanse emocjonalnej wrażliwości kultury, z urzędu oczekuje się większej dozy finezji. Zaistnieniu tejże nie sprzyja również dość niespodziewany element gore, wkradający się do Tatami dosłownie na kilkanaście sekund, które jednak zamiast wzbudzać zamierzony (jak myślę) efekt katharsis, wzniecają jedynie salwy śmiechu i nieironicznego zażenowania.

Na obronę produkcji trzeba jednak przyznać, że mimo nieszczególnie zgłębionego oglądu wykorzystanych motywów, te się jakkolwiek objawiają, co w porównaniu z analogicznymi realizacjami z Zachodu wznoszą ją zdecydowanie ponad przeciętną. Czy to natomiast wystarcza, by wypełnić poznawczą formułę serii o dość znaczącym tytule Folklor? W odniesieniu do widzów, do których jest kierowana, czyli widzów raczej niezaznajomionych z kulturą Wschodu – jak najbardziej.


3. Nobody (reż. Eric Khoo, prod. Singapur) | Paweł Gościniak


Kiedy podczas rozmowy z redakcją krzyczałem: “Ja biorę odcinek o Singapurze!”, miałem nadzieję, że skosztuję wschodniego folkloru w pełnym wydaniu, chciałem dać się zaskoczyć czymś nietuzinkowym. Tymczasem odcinek Nobody rzeczywiście sprawił mi niespodziankę, ale ze względu na pokazanie czegoś, co na Zachodzie już bardzo dobrze znamy.

Czułem się, jakby reżyser zawiesił mnie gdzieś między pierwszym sezonem Supernatural (czyli tym najlepszym), a Klątwą czy Ringiem, gdzie dziewczynka z przyklapniętymi, czarnymi włosami terroryzuje zwykłych ludzi. Od początku do końca czułem atmosferę serialu Nie z tego świata – szczególnie ze względu na konstrukcję fabuły, ujawniającej kroczek po kroczku, o co tak naprawdę chodzi w historii, gdzie główną rolę grają dziecko, groźny gwóźdź czy motyw zemsty.

Przeczytaj również:  "Gniazdo" – Solidny fundament i ściany z kartonu [RECENZJA]

Brakowało w tej przygodzie tylko braci Winchesterów, bo znalazło się zarówno palenie zwłok, jak i korzystanie z usług szamana-znachora. Trzeci odcinek Folkloru opowiada o pontianaku, duchu kobiety zmarłej w trakcie ciąży. W pełni księżyca wraca ona zza światów, aby przy dziecięcym płaczu zajadać się organami swoich ofiar, przy czym w przypadku tej produkcji obserwujemy zazwyczaj gumowe serce. Znajduje ona nieszczęśników po zapachu suszących się na zewnątrz ubrań, dlatego w malezyjskiej kulturze, skąd wywodzi się monstrum, część osób wierzących w istnienie pontianaka nie wywiesza w nocy prania przed domem.

W Supernatural zazwyczaj duchy zazwyczaj atakowało się żelaznym prętem lub solą. W przypadku Folkloru, widmo unieszkodliwić trzeba przy pomocy gwoździa. Szczerze mówiąc, bardziej chciało mi się śmiać niż wejść pod kocyk, kiedy oglądałem epizod Nobody. Groźna, aż za groźna muzyka, która wręcz krzyczała w moich głośnikach, groźnie stopniowała się w obliczu zagrożenia, a także groźnie cichła na długie sekundy, aby zaraz zaskoczyć mnie jumpscarem, tylko mnie zirytowała. Coraz bardziej utrzymuje mnie to w przekonaniu, że jest ogromnie trudno zrobić dobry horror, który nie zażenuje widza swoją “powagą”.

O ile głośność straszyła w Psychozie Hitchcocka 60 lat temu, o tyle dziś można sobie ją darować, jeśli nie ma się na jej wykorzystanie innowacyjnego pomysłu. W tle przewija się także kilka innych wątków. Bohater, który znajduje ciało pontianaka, ciężko pracuje za granicą, aby zarobić pieniądze dla swojej córki. Wyłapałem, że poza łamanym angielskim posługuje się on językiem mandaryńskim, więc wcale nie zdziwiłbym się, gdyby był to emigrant zarobkowy z Chin. Od stuleci wyruszanie z Państwa Środka za pieniądzem, który da rodzinie szansę na przetrwanie, jest na porządku dziennym. Wystarczy sięgnąć do mojego felietonu na temat emigracji z Chin do Stanów Zjednoczonych

Ciekawy jest też sposób pokazania działania budowy, wokół której kręci się cała fabuła. Zły szef, wyzyskiwacz-kapitalista, nie dba o pracowników i zależy mu jedynie na pieniądzach, a nie ich bezpieczeństwie. Oskarowy zwycięzca, Amerykańska fabryka, świetnie pokazał różnice w warunkach pracy między Wschodem i Zachodem, choć to temat rzeka na cały felieton. Gdyby epizod Nobody, czy nawet sam Folklor nie był pod banderą HBO i powstałby 5 lub 10 lat temu, byłby bardzo słabą produkcją, a tak ze względu na poprawny montaż i w miarę spójną fabułę, jest po prostu średniakiem. Słabym średniakiem.

Strony: 1 2

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Lament", eksperymentalne horrory, azjatyckie kino

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.