Advertisement
HBO GORecenzjeSeriale

#ZostańWDomu | “Folklor” – Antologia sześciu azjatyckich horrorów na HBO

Redakcja Filmawki
fot. materiały prasowe / HBO

4. Pob (reż. Pen-Ek Ratanaruang, prod. Tajlandia) | Marcelina Kulig


Czwarty odcinek Folkloru pokazuje, że niełatwo być duchem w obliczu odmienności kulturowych. To wyjątkowe spojrzenie na życie po życiu, dlatego że skupia się na perspektywie tych, którzy zazwyczaj nie są skłonni do wypowiedzi i poprzestają na krzykach, jękach i skowytach.

W epizodzie Pob do głosu dochodzi krwiożerczy upiór opowiadający o trudach pośmiertnej egzystencji. Grozę równoważy humor, bazujący na stykających się odmiennościach, co dodaje całości niepowtarzalnego wdzięku. Miniaturowy horror prezentuje straszną opowieść rodem z Tajlandii.

Jego upiornym bohaterem jest tytułowy Pob, duch żywiący się ludzkim ciałem. Gdy w okolicy dochodzi do brutalnego morderstwa, dziennikarz postanawia zrobić kilka zdjęć na miejscu zbrodni. Na posesji spotyka ducha, który przyznaje się do zabicia Amerykanina, nowego właściciela domu. Upiór narzeka na trudności, jakie napotkał podczas polowania, takie jak bariera językowa czy przymusowa wizyta w szpitalu. W dodatku odmienności kulturowe sprawiły, że przyszła ofiara wzięła ducha za zwyczajnego człowieka, co zdecydowanie utrudniło nocną napaść. Pob nalega, by dziennikarz opublikował jego opowieść. Ten, mimo początkowej niechęci, zgadza się rozpowszechnić usłyszaną historię. W dodatku robi na tym zaskakująco dobry interes.

Tajlandzki odcinek wymyślił i wyreżyserował Pen-Ek Ratanaruang. Widać, że nad całością czuwała jedna osoba, dlatego że epizod okazuje się niezwykle spójny. W narracji nie ma luk, a trzy płaszczyzny czasowe sprawnie się przenikają. W dodatku format wywiadu z upiorem to interesujący eksperyment w dziedzinie opowieści o duchach. Wniósł do tej nieco zakurzonej dziedziny ożywczy powiew, szczególnie że poruszył jakże aktualny temat globalizacji i stykających się kultur. Warto docenić też znakomicie przemyślaną warstwę wizualną. Zdjęcia w czerni i bieli ukazywały egzystencję upiora, a te zrealizowane w kolorze jego życie przed tragiczną śmiercią. Pozwoliło to połączyć ze sobą dwie przeplatające się rzeczywistości. Ponadto dobitnie ukazało, że za każdym zawodzącym po nocach upiorem może stać okropne nieszczęście. Dzięki temu zabiegowi duch nie wydaje się już wyłącznie odstręczającym antagonistą. Zaczynamy mu współczuć, a miejscami nawet darzyć sympatią za polepszenie losu napotkanego dziennikarza. W końcu, doceniamy też jego sprytny sposób na obejście barier komunikacyjnych utrudniających straszenie przybysza ze Stanów.

Pob jest niecodzienną opowieścią o duchach, ale także uszczypliwą satyrą na migrantów nieprzejmujących się poznawaniem miejscowej kultury. Ekspaci przybywający do Azji Południowo-Wschodniej prawdopodobnie bardzo rzadko zagłębiają się w tradycje i legendy związane z miejscem, w którym przyszło im mieszkać i pracować. Jak pokazał Pob, to poważny błąd mogący kosztować nawet życie. Wystarczyło przecież wyposażyć się w posążek Buddy albo specjalny amulet, by uchronić się przed nieproszonym gościem… Złośliwości wobec migrantów zrównoważono obśmianiem groźnego demona. Pob ma problem z przestraszeniem ofiary, musi przechodzić przez drzwi, bo nie udaje mu się przeniknąć przez deski i w pewnym momencie zostaje poproszony o kierowanie samochodem. Na koniec ląduje na kozetce w szpitalu. Zamiast od razu pożywić się wnętrznościami Amerykanina, dostaje od niego piwo, ser i kanapkę.

Przeczytaj również:  Nolens volens TVP. Recenzja "Ziei" Glińskiego.

Momenty komediowe znakomicie rozładowują napięcie zbudowane w scenach grozy i sprawiają, że cały odcinek zyskuje niepospolitą lekkość. Pob to ujmująca opowieść o stykających się opozycjach żywe-nieżywe, Wschód-Zachód. Wspaniały humor i arthouse’owe zacięcie czynią go jednym z najlepszych epizodów całej serii. Trzeba mu jednak wybaczyć koślawe efekty specjalne. Jeżeli przymknie się na nie oko, całość prezentuje się bardzo dobrze. Epizod jest znakomitym punktem wyjścia do zapoznania się z kulturą Azji Południowo-Wschodniej i zabawnym dowodem na to, że nie warto bagatelizować folkloru.


5. Toyol (reż. Yuhang Ho, prod. Malezja) | Andrzej Badek


Przez większość czasu trwania, Toyol zdaje się realizować dość klasyczne opowiadanie o złej kobiecie, która sprowadza na manowce dobrych ludzi. Oto otrzymujemy niejasny wstęp, w którym poznajemy historię matki i dziecka, którzy spłonęli w wyniku wybuchu gazu w jednym z malezyjskich bloków. Następnie, nad zwłokami wspomnianej dwójki odbywa się enigmatyczny rytuał przekazania mocy na bohaterkę filmu.

Dalej przenosimy się do niewielkiego miasteczka, w którym nastąpiło kilka nieszczęść, w tym masowe śnięcie ryb. Lokalny biznesmen z pomocą tajemniczej szamanki rozprawia się z problemem, a kobieta na stałe gości w jego życiu, wpływając na niego w kolejnych, coraz istotniejszych decyzjach.

Pozostając na tej ścieżce narracyjnej, Yuhang Ho nakręciłby bardzo konserwatywną historię na podobnym szkielecie co europejskie przypowieści średniowieczne, które zainspirowały do polowań na czarownice. Reżyser z tej ścieżki ostatecznie schodzi i ukazuje nam ambicje, żeby opowiedzieć historię o zemście i nierównościach.

Oto bowiem w świecie Toyola wina za krzywdy jest dziedziczna, podobnie jak majątek. Tym samym, korzystając z miejscowej mitologii, Yuhang Ho dokonuje tego, co niedługo po nim Bong w Parasite – tworzy gatunkowe kino poruszające zagadnienie międzyklasowych tarć i zawiści.

Piękne wnętrze i nasycenie kolorystyczne kadrów sprawiają, że o ile to Pob jest spośród całej antologii moim faworytem, to gdybym miał wskazać jeden z filmów, które chciałbym ujrzeć w pełnym metrażu, bez wątpienia wskazałbym na Toyola – choć może to i lepiej, że dostaliśmy opowieść, której fabularne preludium i kontynuację możemy sobie dopowiedzieć sami?

Przeczytaj również:  "Formuła 1: Jazda o życie", czyli jak nadążyć za bolidami F1 [RECENZJA]

6. Mongdal (reż. Sang-woo Lee, prod. Korea Południowa) | Wiktor Małolepszy


W ostatnim odcinku antologii HBO widz staje się świadkiem horroru zbudowanego na rodzinnej dynamice. Mongdal wyraźnie podzielony jest na dwie połowy – pierwszą, w której akcja koncentruje się na Dong-Joo, zakochanym w nowej dziewczynie w klasie nastolatku o socjopatycznych tendencjach i drugą, opowiadającą historię jego matki.

Ok-Bin nie ma łatwo – musi łączyć zawód dyrektorki szkoły z samotnym wychowywaniem syna, co staje się udręką po rozpoczęciu okresu dojrzewania i buntu. Chłopak jest agresywny we wszystkim co robi – kroi mięso na talerzu tak, jakby właśnie przecinał rękę wroga, fantazjuje o wyłupieniu oczu klasowemu przystojniakowi, któremu wpadła w oko wybranka jego serca, wyładowuje swoją nastoletnią frustrację na skołowanej matce. Gdy jednak tę dwuosobową rodzinę spotyka tragedia, reżyser pokazuje, że niedaleko pada jabłko od jabłoni, a opanowanie Ok-Bin okazuje się być jedynie fasadą.

Twórca Mongdala – Lee Sang-Woo – na eksplorowaniu toksycznej natury rodzinnych relacji zbudował sobie w Korei imię i porównania z mistrzem Kim Ki-Dukiem. W tym odcinku koncentruje się na temacie matczynej miłości. Poddając pod dyskusję temat czynów, które matka jest w stanie zrobić dla swojego dziecka, jednocześnie żongluje horrorowymi tropami, sprawnie przeskakując z gore i jumpscare’ów do horroru psychologicznego lub ludowego. Dong-Joo ma cechy przyszłego seryjnego mordercy i chociaż uproszczenia w tej kreacji mogą śmieszyć, to warto zwrócić uwagę na fakt, że film nie traktuje się w stu procentach poważnie i otwarcie, chociażby poprzez okropnie przerysowaną grę aktorską, podkreśla groteskowość tej postaci, jak i całej historii. Jednakże, podczas gdy wątek młodego socjopaty raczej wzbudza uniesione brwi i uśmiechy, to historia jego matki jest materiałem na naprawdę interesujący portret psychologiczny. Głównie za sprawą świetnej Lee Chae-Yeon, z której twarzy nietrudno jest wyczytać napędzaną wyrzutami sumienia desperację samotnej matki.

Nie wszystko tu jednak gra tak dobrze, jak aktorka wcielająca się w protagonistkę. Epizod zdecydowanie zbyt wiele próbuje upchnąć na przestrzeni 50 minut, jednocześnie niepotrzebnie skupiając się na niektórych wątkach, a po seansie nietrudno dojść do wniosku, że tak naprawdę jedynie Lee Chae-Yeon oraz pojawiający się przez kilka minut odtwórca roli egzorcysty to jedyni wykwalifikowani aktorzy. Odcinek sprawia wrażenie niskobudżetowego, co oczywiście nie rzutuje zbyt mocno na przedstawioną w nim historię. Mam jednak wrażenie, że oba tematy – matczynej desperacji w Mamie oraz egzorcyzmów w Lamencie – zostały w koreańskim kinie przerobione o wiele lepiej.

Strony: 1 2

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

"Lament", eksperymentalne horrory, azjatyckie kino

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.