„Mowgli: Legenda Dżungli” [czyli Serkisowi znów nie wyszło] – Recenzja

Grudzień to okres, który zazwyczaj zwiastuje jedynie pozytywne doświadczenia kinowe. W końcu rzpoczyna się sezon pierwszych oscarowych faworytów, ciepłych (acz niekoniecznie odkrywczych) komedii romantycznych, a także ukrytych, artystycznych pereł. Dlatego też wystygnięcie andrzejkowego wosku oznaczało zamknięcie mojej listy najgorszych filmów. Zazwyczaj też żadnemu twórcy (nawet Patrykowi Vedze!) nie udało się wejść na nią dwa razy w ciągu jednego roku kalendarzowego. Na moje nieszczęście, Andy Serkis zdecydował się przerwać tradycją – ale dla tak nieudanej produkcji jak „Mowgli: Legenda dżungli” jestem w stanie zrobić wyjątek.

Na początku zastanówmy się po co ten film powstał. Oczywistym aspektem jest niewątpliwie fakt fali remake’ów, mających na celu wskrzeszenie i unowocześnienie kultowych bajek Disneya. W ten sposób dostaliśmy Piękną i Bestię, a na nasze ekrany pewnym krokiem zmierzają Król lewAladyn. Problem w tym, że cały ten trend rozpoczął się od Księgi Dżungli, która opowiada prawie tę samą historię, bazując na tym samym założeniu – przełożeniu animacji na film live-action. Dlatego też nie wiem w jakim momencie ktokolwiek  – na czele z reżyserem – pomyślał iż warto się za historię Baloo i reszty wziąć jeszcze raz. Szczególnie, że już dwa lata temu publiczność -mimo zachwytu nad formą, -narzekała na powielenie i wynudzenie treścią.

Kadr z filmu „Mowgli: Legenda dżungli”
Zobacz także: Recenzję „Zwierząt”

Serkis zdecydował się na stworzenie bardziej poważnej historii. Odciął się od piosenek i rodzinnego ciepła na rzecz krwii, potu i cierpienia. Starał się ukazać wykluczenie społeczne, zamieniając miłego Baloo w surowego trenera, ludzi portretując jako krwiożerczych i brutalnych. Szkoda jednak, że tak ciekawy zamysł, został zatracony w scenariuszu, który nie ma w sobie nawet jednego dobrego elementu. Nie dość, że scenarzystka Callie Kloves zdaje się operować jedynie utartymi frazesami, to nie potrafi zbudować w tym filmie żadnego napięcia. Ba, nawet pozornie najbardziej dramatyczne momenty niweczone są przez drętwe dialogi i niezrozumiałe decyzje montażowe, przywodzące na myśl  amatorskie produkcje.

Brawura Serkisa polegała również na tym,  że przez rozmach produkcji, był on zmuszony obsadzić w roli głównej Rohana Chanda. I niestety – podobnie jak wielu przed nim – poległ na zawierzeniu całej dramaturgii produkcji dziecięcemu aktorowi. W przeciwieństwie do świetnego SethiegoKsięgi Dżungli, Chand, mimo swojego bardzo młodego wieku, jest całkowicie zmanierowany. Szokiem dla mnie było to, jak mało w tak młodym aktorze radości z grania przed kamerą, jak niewiele w nim młodzieńczej swobody. Oczywiście – jak w przypadku większości ról dziecięcych – wina leży nie po stronie młodego aktora, a castingu. Trudno bowiem zarzucać Rohanowi, że nikt nie powiedział mu jak ma grać, albo tego, że obecność kamery go stresowała.

Kadr z filmu „Mowgli: Legenda dżungli”
Zobacz także: Recenzję „Zabójczych Maszyn”

Powaga Mowgliego zabiła także potencjał większości postaci drugoplanowych. Od całkowicie nijakiego Baloo, który nic nie wnosi swoją obecnością do filmu (a Serkisowi nie wystarczyło sił by dodać mu trochę charakteru swoim wynudzonym głosem), przez całkowicie niewykorzystany potencjał aktorski Matthew Rhysa w roli łowcy, aż do zero-jedynkowej Kaa, która jest najbardziej typową, podręcznikową postacią matki. Jedynie Shere KhanBagheera zdają się mieć duszę. Ten pierwszy dzięki świetnej pracy głosem Benedicta Cumberbatcha, ten drugi dzięki bardzo emocjonalnej narracji Christiana Bale’a. 

Co jednak najbardziej frustrujące „Mowgli: Legenda Dżungli” jest po prostu brzydki. Większość animacji jest odpychająca, wszystko zdaje się być niepoprawnie niewykończone i robione na ostatnią chwilę, przez co te najważniejsze sekwencje – pojedynków, czy „przerażających” pościgów, bardziej odstraszają widza swoim wyglądem, niżeli umożliwiają immersję i zanurzenie w historii. Tak więc nawet w tej kwestii, Mowgli przegrywa z Księgą Dżungli Jona Faverau, która była techniczną perełką. Tu co najwyżej możemy zachwycać się świetnie dopracowanymi napisami końcowymi.

Nie jestem w stanie pojąć czemu Andy Serkis jest na tę chwilę tak złym reżyserem. Po pompatycznej i nudnej Pełni Życia, stworzył film całkowicie niedopracowany, niepotrzebny, bijący z ekranu swoją bylejakością. Nie rozumiem tego, jak osoba będąca ikoną CGI, mogła pokazać światu tak nieudaną animację, jak mógł sobie pozwolić by w projekcie sygnowanym jego nazwiskiem, każdy element komputerowy wyglądał jakby stracił połowę ze swoich tekstur? Wreszcie jak tak doświadczony i nowatorski twórca, może sobie pozwolić na dzieło tak wtórne, powtarzalne i nieprzemyślane?

Kadr z filmu „Mowgli: Legenda dżungli”
Zobacz także: Recenzję „Płomieni”

Mowgli: Legenda dżungli nie jest przeznaczony dla żadnej grupy wiekowej. Dla dzieci będzie za straszny, a dla starszych zbyt nielogiczny, powtarzalny i schematyczny. Boli mnie, że ten film ujrzał światło dzienne, boli mnie fakt że ten film ma tak dobrą obsadę, boli mnie że ktokolwiek stwierdził, że potrzebna jest nam kolejna „Księga Dżungli”. Liczę, że animacje live-action nie zaszły w ślepą uliczkę z adresem „wieczny remake”, bo może już nie być z niej ucieczki.

1/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.