Advertisement
FilmyKinoRecenzje

„Dobry chłopiec” – lepszy wolny czy związany? [RECENZJA]

Łukasz Al-Darawsheh
fotos z filmu dobry chłopiec
fot. „Dobry chłopiec” / mat. prasowe Kino świat

Kojarzycie może tę kampanię antynarkotykową, gdzie kreskówkowy ptaszek spija trochę magicznego płynu, ekran wypełnia feeria barw, dźwięków i radosnej nadaktywności po to tylko, żeby haj zaraz opadł, a nasz ptaszek wrócił do – teraz jeszcze bardziej szarej i okrutnej – rzeczywistości? Na bardzo podobnym schemacie, chociaż z dużo większym wyczuciem i bez dydaktycznej żenady, Jan Komasa buduje początek swojego najnowszego filmu.

Dobry chłopiec zaczyna się od bardzo efektownego (albo efekciarskiego) wyobrażenia imprezowej euforii. Mamy tu wszystko: jaskrawe światła, bit tak głośny, że aż bolesny, narkotyki, zdrady, przemoc i poszarpane poczucie czasu. Kiedy odurzenie ma dojść do zenitu, do pionu sprowadza nas porwanie. Tommy (Anson Boon) zostaje siłowo zgarnięty z ulicy. Następnym razem będziemy go już oglądać przypiętego na łańcuchu w chłodnej, szarej piwnicy.

Pierwsza połowa filmu może kojarzyć się z Mechaniczną pomarańczą. Głowa domu, Chris (Stephen Graham), próbuje reedukować porwanego chłopaka. Czasem miłym słowem i obietnicą, że da się żyć inaczej i bardziej kulturalnie. Czasem, kiedy już nie ma na nic innego siły, przemocą. Inspiracja staje się wręcz pastiszem w nawracających sekwencjach, gdzie Tommy zmuszony jest do oglądania nagrań z własnych przestępstw. Na szczęście na tym Komasa zrywa swój romans z Kubrickiem (albo Burgessem?). Kiedy technika Ludovika prowadzi do apatii i utraty siebie, technika Chrisa otwiera drzwi do tego, co Komasa lubi najbardziej – wyciągnięcia na wierzch wszystkiego, co nie do końca oczywiste czy nawet zrozumiałe w ludzkiej psychice.

fotos z filmu Dobry chłopiec
fot. „Dobry chłopiec” / mat. prasowe Kino świat

Dobry chłopiec zaczyna jako przypowieść. Wszystko zdaje się szyte grubą nicią, ustawione jako oczywista fikcja. Widać to i w postaciach-archetypach. Jest wspomniany Tommy, imprezowicz-rozrabiaka, którego interesują głównie seks i narkotyki. Jest pedantyczny Chris, zakochany w porządku i kulturze tak bardzo, że gotów jest posunąć się do przemocy, by je uzyskać. Jest jego żona, Kathryn (Andrea Riseborough). Absolutnie zamknięta w sobie po niewypowiedzianej traumie, zimna i niepokojąca, nawiedzająca korytarze brytyjskiej willi niczym wiktoriański duch. Jest i syn, Jonathan (Kit Rakusen) – zastraszone przez rodziców dziecko „od linijki”. Jest wreszcie Rina (Monika Frajczyk), małomówna wschodnioeuropejska sprzątaczka o niejasnej przeszłości. Bohaterowie najpierw grzecznie odgrywają role przypisane im przez reżysera, jednak wraz z biegiem filmu pojawiają się pęknięcia; zza stereotypowych masek zaczynają wyglądać ludzie. Tak jakby proces „tresury” Tommy’ego odbijał się na innych domownikach i z każdego z nich wyciągał człowieka.

Wir przemocy działa dwojako. Z jednej, nieco przewrotnie, faktycznie zdaje się przynosić efekty. Tommy odkrywa w sobie nową, łagodniejszą stronę. Z drugiej, traumatyczny jest on nie tylko dla ofiary, ale i oprawcy, który wiecznie musi konfrontować nowo odnalezioną agresję ze swoim wyobrażeniem siebie samego jako ostoi spokoju. Ta dwojakość traumatyczności sprzyja temu, co w imię popularnej ostatnio pop-psychologizacji języka można nazwać traumabondingiem. Domownicy zaczynają rozumieć się nawzajem, nawet sprzątaczka wrasta w rodzinną tkankę. Łańcuch stopniowo się wydłuża, nowe pomieszczenia w domu się otwierają. Zamiast narwanego szczenięcia, które trzeba uspokajać słowami „dobry chłopiec”, Tommy wyrasta na całkiem ułożonego i w pełni ludzkiego Dobrego Młodzieńca. Nagle, zamiast Mechanicznej pomarańczy zaczynamy oglądać jakiś dziwaczny film z gatunku found family; tak uroczy, że można zapomnieć o złowieszczych zdarzeniach na ekranie.

Przeczytaj również:  „Alpha” – trauma w marmurze [RECENZJA]

Oczywiście to tylko zgrabna scenariuszowa zagrywka. Gatunkowe fikołki często potrafią zabić tempo filmu i zakopać jego zalety. Tutaj jednak organicznie wpisują się w narracyjną warstwę filmu, jednocześnie świadomie mieszając w ideowym zapleczu zbudowanym przez pierwsze kilkadziesiąt minut metrażu. Pojawianie się sielskich, rodzinnych sekwencji to też moment, w którym zmuszeni jesteśmy do ciągłej kontestacji świata przedstawionego; do wątpliwości na temat tego, kto naprawdę jest tresowany.

fotos z filmu dobry chłopiec
fot. „Dobry chłopiec” / mat. prasowe Kino świat

Jest jeszcze jeden cel. Chwila wytchnienia i uśmiechu pokazuje nam jak łatwo uśpić widzowską czujność, jak łatwo można zaakceptować tak wypaczoną rzeczywistość, zwłaszcza kiedy nie istnieje żadna alternatywa. Nawet nie licząc oczywistego obrazu łańcucha i cielesnych tortur, przemoc w Dobrym chłopcu to niemal stan bazowy świata. Zwykle jednak jest to przemoc chaotyczna i nieokiełznana – jak w przeszłości Riny czy nagłych rodzicielskich wybuchach. Może właśnie dlatego bohaterzy tak szybko ulegają jej bardziej „ugłaskanej” formie. Wciąż strasznej i odrażającej, ale obiecującej „dobry cel” i „jasny kierunek”. Do poprzedniego pytania na temat tego, kto jest tresowany, dochodzą nowe: czy w takiej konfiguracji poddanie się tresurze może być w ogóle szczerze i dobrowolne? Czy jest tylko grą; drogą przynoszącą najmniej szkody? I wreszcie, czy każda forma wychowania, czy rodzinnego, czy szkolnego, czy reedukacyjnego, nie jest taką tresurą?

Dobry chłopiec to jednak nie tylko zbiór filozoficznych pytań na temat wolności, człowieczeństwa i wspólnoty, ale też kawał solidnego, angażującego kina, które zadowoli nawet tych, którzy od filmów oczekują głównie napięcia i fabularnej wartkości. Duża w tym zasługa scenarzystów Bartka Bartosika i Naqqasha Khalida, którzy świetnie czują gatunkowe konwencje, a jeszcze lepiej swoich odbiorców. Wiedzą, kiedy zaspokoić ich oczekiwania, a kiedy wywrócić opowieść na drugą stronę i zejść w absolutnie nowatorskie rewiry. Na pochwałę zasługuje również obsada aktorska. Graham serwuje absolutną odwrotność ojcowskości od tej, którą znamy z jego roli w Dojrzewaniu, Riseborough potrafi jednym spojrzeniem widza albo zmrozić, albo absolutnie rozbroić, a Rakusen, mimo bycia aktorem dziecięcym, gra jak dorosły.

Przeczytaj również:  „Kokuho” – żegnaj moja onnagata [RECENZJA]

Dobry chłopiec na przemian warczy, szczeka i szczerzy zęby albo pokazuje brzuszek i merda ogonkiem. Niezależnie, czy groźbą, czy przymilaniem się, zmusza widza do przemyśleń nad tym, co oznacza kogoś wychowywać; nad tym, gdzie kończą się dobre chęci, a zaczyna despotyzm. Prowadzi też do pytania najbardziej przewrotnego i bodaj najstraszniejszego – czy nie lepiej byłoby mi na łańcuchu?

korekta: Anna Czerwińska

+ pozostałe teksty

Wierzy, że filmy muszą być albo długie i nudne albo absolutnie szalone i grożące przestymulowaniem. Nic pomiędzy. Pozafilmowo - absolutny świr lingwistyczny i prowokator głupich dyskusji.

Ocena

8 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Kieł, Mechaniczna Pomarańcza, Pianistka

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.