KomiksKultura

“Daredevil: Nieustraszony. Tom 0” – 600-stronicowy suplement [RECENZJA]

Maurycy Janota
daredevil tom 0
Fragment okładki autorstwa Joe Quesady / fot. materiały prasowe

Ledwo dobiegła końca publikacja kompletnej polskiej edycji słynnej serii Franka Millera o Daredevilu, a już otrzymaliśmy od Egmontu kolejny, efektowny album poświęcony tej postaci. Nawiązuje on wyglądem grzbietu i… imponującymi rozmiarami do wydawanych wcześniej, ale chronologicznie późniejszych tomów autorstwa Briana Michaela Bendisa oraz Eda Brubakera.

Powrót do tej oprawy graficznej jest przy tym całkowicie uzasadniony – tom zerowy ma bowiem na celu wypełnić drobne luki i zebrać niewydane dotychczas pozostałe zeszyty ukazujące się w oryginale w ramach drugiego woluminu Daredevila, trwającego od 1998 do 2009 roku.

Przypisanie przez Egmont recenzowanemu tytułowi cyferki “0” może być jednocześnie dla niektórych czytelników trochę mylące, bo sugeruje, że mamy tu do czynienia wyłącznie z historiami, które działy się przed wydarzeniami z runów Bendisa i Brubakera, a tak jest tylko połowicznie. Znaczną część tego niemal omnibusa zajmują komiksy, wychodzące pomiędzy poszczególnymi rozdziałami sagi pierwszego z wymienionych scenarzystów. Zauważalny rozstrzał czasowy dzielący skumulowane tutaj numery, jak i udział sporej liczby pracujących nad nimi twórców pozwalają nazwać omawianą pozycję pewnego rodzaju “zlepkiem”. Dlatego też jej zawartość najczytelniej przedstawię, poświęcając każdej historii osobny akapit.

Diabeł Stróż

daredevil tom 0 recenzja
Przykładowa plansza z “Daredevil: Nieustraszony. Tom 0” / fot. materiały prasowe

Masywne tomiszcze otwiera zdecydowanie najpopularniejszy komiks z całego zbioru. Wśród rodzimych fanów dobrze znany m.in. z racji takiej, że jest to już jego trzeci przedruk w polskim języku. Po raz pierwszy ukazał się u nas w 2004 roku, także nakładem Egmontu, z tym, że wówczas w dwóch częściach. Diabeł Stróż, który zapoczątkował drugi wolumin przygód Daredevila, pomógł odzyskać tej postaci renomę po gorszym dla niej okresie, ale nie zestarzał się z taką klasą jak podobne metryką początkowe zeszyty pióra wspomnianego Bendisa.

Winę za to – prędzej niż na Joe Quesadę i jego specyficzną, niebędącą jeszcze całkiem wolną od anatomicznych szaleństw lat 90. kreskę – zrzuciłbym na scenariusz Kevina Smitha. Tak, tego samego, który jako reżyser miał już wtedy na koncie Sprzedawców czy W pogoni za Amy. Opowiadana tutaj przez niego historia opiera się na zagadce, a w zasadzie rozebraniu jej na czynniki pierwsze i dowiedzeniu, że to, co spotyka Matta Murdocka jest złożoną mistyfikacją. Otóż na protagonistę spada opieka nad dzieckiem, które według relacji matki i innych, licznych przesłanek… stanowi nowe wcielenie Mesjasza.

Znając kilka ważniejszych komiksowych prac Smitha, nie waham się przed nazwaniem go scenarzystą z kiepskim warsztatem, który stara się maskować swoje braki odważnymi pomysłami i przejawiającą się na każdym kroku miłością do medium. Nie wątpię w to, że całym sercem kocha uniwersum Marvela i możliwość stworzenia fabuły z Daredevilem w roli głównej była dla niego w jakimś stopniu spełnieniem marzeń. Pasja i przebojowość to jednak trochę za mało, by przymknąć oko na niedoróbki. Historię pochłania się wyłącznie dzięki sile pędu, wynikającej z dziwnego, abstrakcyjnego punktu wyjścia. Smith obiecuje coś wyjątkowego i zaciąga u czytelnika kredyt zaufania, ale spłaca go najgorzej, jak tylko się da – gdy trzeba skończyć zadawać pytania i przejść do odpowiedzi, dostajemy w nagrodę… toporne, najmniej kreatywne wyjaśnienia w formie ściany tekstu i monologu złoczyńcy. Można by próbować wytłumaczyć to zagonieniem się przez niedoświadczonego autora w ślepy zaułek, ale identyczna konstrukcja Kołczanu, który Smith popełnił dla konkurencyjnego DC, nie pozwala traktować takiej wpadki jako jednorazowego wybryku.

Przeczytaj również:  "Kot rabina" - sierściuch z charakterem [RECENZJA]

Dodajmy do tego bezduszne i instrumentalne – nawet jak na standardy komiksu superbohaterskiego – wykorzystanie motywu “kobiety w lodówce”, a wyjdzie na to, że odkopanie po latach Guardian Devil naprawdę okaże się zbędne.

Części całości

daredevil tom 0 recenzja
Przykładowa plansza z “Daredevil: Nieustraszony. Tom 0” / fot. materiały prasowe

Następna historia fabularnie wypada najlepiej w całym albumie, ale cierpi na tym, że jest bezpośrednią kontynuacją… Diabła Stróża. Rozpatrywana w tej kategorii mocno gryzie się bowiem z jego konsekwencjami. Następca Smitha, David Mack tak szybko przechodzi nad pewnymi sprawami do porządku dziennego, że – biorąc pod uwagę do jakich środków posunął się jego poprzednik – miejscami budzi to aż to lekki niesmak.

W Częściach całości Kingpin, największy wróg Daredevila, nasyła na Matta swoją podopieczną, niesłyszącą Mayę Lopez, która poprzez uważną obserwację ruchów i gestów potrafi np. odtwarzać najtrudniejsze układy taneczne, po mistrzowsku grać na pianinie i przyswajać dowolne sztuki walki. Jako osoba z niepełnosprawnością, która nie może odbierać świata wszystkimi zmysłami, ale te, które posiada, wykorzystuje do maksimum, Maya rozumie Murdocka lepiej niż ktokolwiek inny.

Mack stosuje dość już wyświechtany w komiksach o Śmiałku zabieg, polegający na tym, że wskutek nieporozumienia jedno alter ego ważnej dla głównego bohatera kobiecej postaci zakochuje się w Matcie, drugie zaś zaczyna pałać nienawiścią do Daredevila. Dzięki intrygującemu konceptowi stojącemu za Mayą/Echo oraz kreatywnemu przedstawieniu jej genezy przy użyciu kolaży, szkiców i akwareli (autorstwa samego Macka), udało się tchnąć w te zeszyty więcej emocji i świeżości.

Przed kamerami

daredevil tom 0 recenzja
Przykładowa plansza z “Daredevil: Nieustraszony. Tom 0” / fot. materiały prasowe

Trzeci segment zbioru pierwotnie ukazał się dopiero po Zbudź się, a zatem historii, którą Brian Michael Bendis zadebiutował w serii o Daredevilu i która otwierała pierwszy tom Nieustraszonego od Egmontu. Wiedząc o tym, że Przed kamerami Boba Gale’a i Phila Winslade’a jest komiksem późniejszym, można złapać się z niedowierzania za głowę. Tak przestarzały się wydaje. Do tego stopnia, że przypomina wręcz jakiś niezrealizowany nigdy dotąd scenariusz, czekający w szufladzie co najmniej od lat 70.

To infantylna fabułka, w której reaktywowana kancelaria Nelson & Murdock popada w konflikt z ambitnym nowojorskim prawnikiem, a następnie bierze na siebie sprawę wymierzoną w… Daredevila. Ceniony biznesmen pozywa zamaskowanego mściciela po tym, jak ten w trakcie jednej z walk zniszczył jego oranżerię i nie poniósł za to żadnych konsekwencji. Podczas gdy media toczą dyskusję na temat granic działalności samozwańczych superbohaterów, Matt próbuje ustalić co tak naprawdę wydarzyło się tamtej nocy.

Przeczytaj również:  Evangelion: 3.0+1.0 Thrice Upon a Time - Odmawiając bólu | Recenzja

Po pierwszym zeszycie można jeszcze łudzić się, że Przed kamerami odniesie się jakoś do problematycznych kwestii towarzyszących gatunkowi superhero od samego początku jego istnienia i postara się rzucić na nie nowe światło, ale ostatecznie za dużo w scenariuszu Gale’a naiwności, by dostrzec tu coś ponad kolejną banalną opowiastkę z pstrokatymi przebierańcami.

Echo

daredevil tom 0 recenzja
Przykładowa plansza z “Daredevil: Nieustraszony. Tom 0” / fot. materiały prasowe

Od finału Części całości musiało minąć aż trzydzieści sześć numerów serii Daredevil, by David Mack powrócił do stworzonej przez siebie Mayi Lopez i zgłębił jej charakter. Echo to najprawdziwsza podróż w głąb umysłu wychowanki Kingpina. Pomysłem autora na tę postać było to, aby widziała więcej niż inni. Cały jej świat skupiał się w końcu wokół tego, co odbiera oczami. Otwierało to interesujące możliwości, które Mack jako niezwykle uzdolniony artysta skrzętnie wykorzystał.

O ile w poprzedniej historii z Mayą dzielił się obowiązkami rysownika z Joe Quesadą i Davidem Rossem, którzy ilustrowali jej lwią część, o tyle tutaj rozwija skrzydła. W efekcie Echo wizualnie zachwyca. Mack ponownie miesza farbę z wyklejankami i niedokończonymi, niekiedy dziecięcymi szkicami kreślonymi ołówkiem, tworząc kompozycyjne, zapierające dech w piersi arcydzieła. Fabularnie Echo nie robi aż takiego wrażenia, ale nie zmienia to faktu, że jest jednym wielkim popisem kreatywności Macka.

***

Oprócz wyżej wypunktowanych dłuższych fabuł, w zbiorze znalazły się również dwa krótkie dodatki: Daredevil #1/2 oraz Stróż brata mego. Pierwszy jest niczym więcej jak urozmaiconą o ilustracje notką biograficzną Matta Murdocka, napisaną przez Smitha. Drugi zaś – błahą nowelką o spotkaniu Śmiałka ze Spider-Manem, wartą uwagi wyłącznie ze względu na nazwisko scenarzysty – Stana Lee, a więc oryginalnego twórcy postaci.

Jako że finalnie żadna z zawartych w albumie historii nie dorasta do poziomu wyznaczonego przez Bendisa, Brubakera oraz Millera, werdykt nie może być inny – zerowy tom Daredevila jest najsłabszym (obok pierwszego tomu runu Millera z archaicznymi scenariuszami Rogera McKenzie’ego) ze wszystkich jedenastu wydanych jak dotąd przez Egmont. W przeciwieństwie do tamtych – graficznie spójnych, scenariuszowo rozbudowanych i wciągających jak najlepsze seriale kryminalne – ten oferuje rwane, nie zawsze współgrające ze sobą fabuły. Czy zatem zasługuje na to, by nazwać go niepotrzebnym? Nie. Dość nierozsądnym byłoby wszak krytykowanie wydawnictwa za to, że zgodnie z oczekiwaniami czytelników przenosi na polski rynek długą, popularną amerykańską serię w całości. Takie pozycje dają nadzieję sądzić, że minęły już czasy poznawania klasyków Marvela w zaledwie fragmentarycznej formie.

Reasumując, nie jest to więc komiks niepotrzebny, a po prostu skierowany do fanów i kolekcjonerów. Im polecam go w pierwszej kolejności, w końcu ponad 600 stron umiarkowanie solidnej superbohaterskiej rozrywki w jednym tomie nie zdarza się u nas często.

Ocena

5 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.