“Eighth Grade”, czyli szatan z ósmej klasy [RECENZJA]

Wśród amerykańskich filmów o nastolatkach okres uczęszczania do Middle School (pokrywającym się mniej więcej z naszymi wygasającymi już gimnazjami) nie należy do najczęściej pokazywanych na ekranie. Kamera filmowa chętniej zdaje się podglądać niewinne lata podstawówki lub pierwsze kroki w dorosłość stawiane przez licealistów. Ale co z tym przedziwnym, choć kluczowym okresem przejściowym? Przewodnikiem po tych nowych filmowych szlakach będzie Bo Burnham i młoda bohaterka jego reżyserskiego debiutu, czternastoletnia Kayla. W Eighth Grade przyjdzie zmierzyć się z ostatnim tygodniem szkoły, zerową widownią swojego vloga na YouTube, oraz oczekiwaniami stawianymi jej przez środowisko jak i nią samą. Oof. 😶

Zobacz również: Recenzję “Trafikanta”

Pierwsze zderzenie z “Eighth Grade” dla ludzi zaczynających już zapominać lata przymusowej edukacji czasów niepełnoletności może być nieco bolesne. Cierpieć mogą nawet widzowie w wieku bohaterów obrazu lub nieco starsi – trafność diagnozy życia gimnazjalistów końcówki drugiej dekady XX wieku w USA zapewniła obrazowi Bo Burnhama, poza świetnymi recenzjami, także kategorię R – młodzież poniżej 17 roku życia winna oglądać produkcję w towarzystwie dorosłych. Poza kilkoma fuck film nie boi się wsadzić w usta bohaterów tematyki samoakceptacji, inicjacji i zgody seksualnej, czy kluczowego tutaj lęku społecznego (social anxiety) i ataków paniki. Mimo komediowych korzeni, Burnham nie wykorzystuje tych okazji do taniego śmiechu. Z biegiem fabuły widz zaczyna dostrzegać ogromne serce, jakie twórca wsadził w tę historię, po części przez jej autobiograficzny dla niego samego wydźwięk.

Owa bolesność seansu to jednak nie ból fizyczny lub jakaś odraza (vide niedawny Plac zabaw z naszego podwórka), a to dziwne uczucie, kiedy fikcja na ekranie zaczyna zacierać się z rzeczywistością. Trzeba przyznać debiutującemu Bo Burnhamowi, że mimo braku wykształcenia stricte filmowego (głównym źródłem wiedzy miała być dla niego książka Praca nad filmem samego Sidneya Lumeta) doskonale potrafi uchwycić na ekranie emocje, nawet te nieoczywiste i subtelne. Oczywiście pomocna przydała się ponad dekada doświadczenia Burnhama jako muzyka i stand-upera, która daje “Eighth Grade” również komediowy i świadomie operujący krindżem sznyt. Nie sposób nie czuć się zażenowanym razem z filmową młodzieżą szkolną, kiedy wchodzący do klasy nauczyciel po pięćdziesiątce nieironicznie dabuje, a pani podczas zajęć z WDŻ mówi, że poznawanie ich zmieniających się ciał is gonna be lit. 🔥

Zobacz również: Recenzję “Schyłku dnia”

Choć nagłówek recenzji może brzmieć demonicznie, sam Internet nie jest w “Eighth Grade” ukazany w złym świetle. Największą siłą obrazu jest zrozumienie tematyki, jaką porusza i ludzkie podejście do kreowanych w filmie postaci. Burnham nie przedstawia “fenomenu” ani “zjawiska” – Internet to po prostu część życia młodych bohaterów pokolenia Z, pierwszego w historii, które autentycznie nie zna życia offline. Słodko-gorzkie próby zaistnienia Kayli w sieci za sprawą coachingowego vloga z niemal zerową oglądalnością nie są przedstawione jako złe sensu stricto, a sama bohaterka nie rozpacza z powodu braku zainteresowania frazesami o wychodzeniu ze strefy komfortu wygłaszanymi przez jej internetową personę, tak inną od prawdziwej, introwertycznej ósmoklasistki. Kayla zdaje się rozumieć, że tak po prostu jest – nie każdy musi być sieciowym celebrytą. Na pełną afirmację życia pozainternetowego przyjdzie nam jednak poczekać do końca seansu.

Wcześniej zobaczymy naszą bohaterkę pochłaniającą sieciowe treści z ekranu telefonu, szczęśliwie odciętą od lęku społecznego, który uwidacznia się nawet w kontakcie z ciepłą, pozytywną postacią ojca samotnie wychowującego Kaylę. Przewijaniu nigdy niemożliwego do konsumpcji w całości instagramowego feedu towarzyszy Enya z legendarnym “Orinoco Flow” – kolejny internetowy plus dla Burnhama. Podział na obserwujących i obserwowanych, kontrast między tożsamością realną a internetową czy nawet sposób formułowania zdań (“umm, like”) – wszystko uchwycone jest tu po prostu w punkt. Jeden z młodych aktorów nie rozumiejąc opisu swojej postaci w scenariuszu zagrał po prostu siebie – to część uroku “Eighth Grade”.

Zobacz również: Recenzję “Powrotu” Magdaleny Łazarkiewicz

Oprócz lęku społecznego i internetowego życia gimnazjalistów ważnym motywem w “Eighth Grade” są też zmiany pokoleniowe. Pomijając już oczywisty dla tego wieku konflikt z autorytetem rodzica, wyraźne różnice są też widoczne w skali mikro. Kiedy podekscytowana Kayla w ramach szkolnego programu wymiany spędza trochę czasu z zaledwie kilka lat starszymi licealistami, jako widzowie dostrzegamy jak ważnym dla dzisiejszej młodzieży jest coraz niższy wiek wejścia w social media. Dla starszej młodzieży szokiem jest, że Kayla używała Snapchata już w piątej klasie, podobnie jak oni sami używali Twittera dużo wcześniej niż ich jeszcze starsi koledzy. Sieciowe życie dzieci to kwestia, nad którą widz nieraz pochyli się podczas seansu, ale ponownie – Burhnam nie wciska nam morałów na siłę i pozwala sam wyciągnąć wnioski.

Wszystkie internetowo-memiczne nawiązania i mrugnięcia okiem pojawiają się tu nienachalnie i nieco mimochodem – w dobie produkcji żerujących na nostalgii i odniesieniach (vide “Ralph Demolka” czy nawet nieszczęsne “Emotki. Film”) to powiew świeżości i ogromna zasługa Burnhama, który jako młody twórca (rocznik 1990) dobrze rozumie podejmowaną przez siebie tematykę i wie, że minął już czas, gdy metaodniesienia są wartością samą w sobie. Jako reżyser Bo stawia na naturalizm, pieczołowicie odtwarzając autentyczne zachowania nastolatków, co dla starszego widza może być źródłem irytacji wspomnianej na początku tekstu. Ten quasi-dokumentalny styl odpłaca się w zupełności w trzecim akcie, gdy na wierzch wychodzą tłumione przez bohaterkę lęki i emocje. Jedna z bardziej dotkliwych i zostających w pamięci scen będzie jednak konieczna, aby swoiste wyjście z kokonu, choć bolesne, mogło zajść w całości.

Zobacz również: Marcin Czarnik: „Bliskie mi są postacie rewolucjonistów” [WYWIAD]

Morał jest prosty, ale wybrzmiewa z ogromną siłą. Kayla nauczy się żyć ze swoim social anxiety, który opisuje jako stałe uczucie niepokoju przed wejściem na karuzelę, bez ulgi i radości związanej z przejażdżką. Ale radość wydaje być tuż za rogiem, w nowej szkole i świeżym środowisku, a nawet jeśli nie wszystko pójdzie zgodnie z planem, szacunek do samego siebie i prawdziwe relacje pomogą przetrwać ciężkie czasy.

Nagrody i nominacje, jakimi w USA obsypywana jest Elsie Fisher za rolę Kayli są zupełnie uzasadnione – to jeden z tych występów, które w 90 minut umieszczają cię na mapie młodych i oryginalnych talentów. “Eighth Grade” zaistniał za Oceanem jako jedna z kluczowych produkcji 2018 roku, ale biorąc pod uwagę globalizację jego waga i przekaz powinny przebić się poza Amerykę – stąd żal, że polski dystrybutor nie zdecydował się wprowadzić produkcji do kin. Cytując vlog Kayli, musimy wyjść do ludzi i sami sięgnąć po tę filmową perełkę!

Film obejrzycie na CHILI VODhttp://bit.ly/2IaULMr


4/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.