“Czarnobyl” – poziom napromieniowania po trzech odcinkach

Należy zacząć pisać o Czarnobylu mocną nutą, tak jak rozpoczyna się serial, czyli samobójstwem głównego bohatera: miniserial będący koprodukcją amerykańskiego HBO i i brytyjskiego Sky to najbardziej emocjonująca rzecz, jaką zobaczycie w tym roku w telewizji. I piszę te słowa na dwa tygodnie przed finałem bijącej rekordy Gry o tron.

Zaraz po wisielczym otwarciu przechodzimy do faktycznego sedna serialu, czyli samej katastrofy, ukazanej w Czarnobylu z kilku perspektyw, początkowo z okna młodego małżeństwa żyjącego w pobliskiej Prypeci. Strażak Wasilij Ignatenko ochoczo odpowiada na wezwanie z jednostki, zostawia żonę przy nadziei w mieszkaniu i rusza, jak mu się wydaje, gasić pożar dachu w elektrowni. Motyw nieświadomości katastrofy będzie powracał podczas produkcji w różnych formach. Na plus wychodzi HBO współpraca z Europejczykami, dzięki czemu Czarnobyl wydaje nam się wyjątkowo bliski. Wizualnie serial nie mógł być bardziej osadzony w 1986 r.

 

Kamera pokazuje też wnętrze elektrowni chwilę po wybuchu. Panika, popłoch, nerwowe pytania i komendy. Czarnobyl nie używa taniej narracji z offu czy przesadnie wielu informacji dodatkowych na ekranie, a historię poznajemy razem z postaciami na ekranie, z których znaczna większość nie była początkowo świadoma ryzyka, jakie niosło ze sobą promieniowanie radioaktywne. To siła serialu, w którym zarówno znawcy tematu odnajdą mnóstwo smaczków i dbałość o detale, ale też laicy w temacie fizyki jądrowej oglądać będą odcinki z wypiekami na twarzy.

Pomaga w tym fakt, że nie jest to serial jedynie o wybuchu reaktora jądrowego. Takich dokumentalizowanych produkcji powstało już kilka i choć to łatwy temat na odcięcie kuponów, twórcy nie robią z produkcji taniej sensacji o zagrożeniach energii atomowej. Widzowie zobaczą kilka brutalnych scen, ale największą uwagę Czarnobyl zdaje się przykładać do analizy sowieckiej mentalności w przyczynach i późniejszym zarządzaniu kryzysowym po katastrofie. Aż trudno uwierzyć, że spod pióra twórcy serialu, Craiga Mazina (do niedawna znanego głównie jako scenarzysta drugiego i trzeciego Kac Vegas oraz trzeciego i czwartego Strasznego filmu) wyszedł scenariusz tak oszczędnie i trafnie, a jednocześnie bez nadmiernego moralizowania punktujący przywary komunistycznego myślenia i zarządzania.

 

Pierwsza godzina serialu to niemal samodzielne arcydzieło dokumentujące pierwsze godziny katastrofy, aż gęste od radioaktywnej atmosfery zagrożenia. Poznamy tu głównych winowajców wybuchu i zaniedbań związanych ze zlekceważeniem zagrożenia, czyli towarzyszy Briuchanowa (dyrektor elektrowni), Diatłowa i Fomina (inżynierowie), ukazanych jako idących w zaparte i przeżartych wyparciem homo sovieticus. Tak negatywnie serial nie rysuje nawet najwyżej postawionych głów KGB, ale dość szybko rozstajemy się z nimi, a od drugiego odcinka fabułę poznajemy głównie oczami duetu Walerija LegasowaBorisa Szczerbinii wysłanych do Czarnobyla w charakterze komisji śledczej. W tych rolach rewelacyjni Jared HarrisStellan Skarsgård, który po charakteryzacji wygląda bardziej radziecko niż sam Gorbaczow, też zresztą odegrany w serialu.

Oś konfliktu między Legasowem, ekspertem naukowym Instytutu Energii Atomowej i Szczerbinią, wysoko postawionym działaczem partyjnym koresponduje z motywem przewodnim Czarnobyla, czyli konfliktu prawdy i kłamstwa. W obliczu tak ogromnego zagrożenia pojęcia te tracą swoje uniwersalne znaczenie, a dodatkowa centralizacja władzy stawia priorytety na głowie. W jednej ze scen zarząd elektrowni przyklaskuje monologowi starego partyjniaka proponującego jak najszybsze odcięcie Czarnobyla od świata zewnętrznego. Sam Gorbaczow zauważa później, że katastrofa jest przede wszystkim wielką plamą wizerunkową dla Związku Radzieckiego, bo “jesteśmy tak silni na jakich się kreujemy”. Kiedy jednak zachodnie państwa wykrywają zwiększone odczyty promieniowania, a przeklęci Amerykanie fotografują elektrownię z satelitów, Komitet Centralny musi przełknąć gorzką pigułkę. Choć naprawa sytuacji wiąże się z ogromnymi kosztami, także w ludziach, słyszymy, że “zrobicie to, bo musi to być zrobione”.

Wielka zaleta projektu to również budowanie wciąż narastającego poczucia zagrożenia. W następnych odcinkach dowiadujemy się z ust Legasowa, że sam wybuch był jedynie początkiem katastrofalnej sekwencji zdarzeń, które nadejdą, jeśli cały Związek nie podejmie się karkołomnych działań w celu zabezpieczenia miejsca wypadku. Sceny, w których naukowiec kreśli możliwe scenariusze ku przerażeniu Szczerbinii czy innych członków władz to obok szpitalnych obrazów choroby popromiennej najmocniejsze elementy serialu. Tragiczną atmosferę podkręca ambientowa muzyka islandzkiej wiolonczelistki Hildur Gudnadóttir, znanej choćby ze współpracy z Jóhannssonem czy Sunn O))). Ikoniczna stanie się z pewnością wyciszona scena ewakuacji Prypeci, okraszona jedynie muzyką i komunikatem alarmowym w języku rosyjskim.

Kontrowersje wzbudzą na pewno dwie rzeczy. Pierwszą jest już krytykowany przez niektórych w sieci język produkcji. Aktorzy grają po angielsku, a na ekranie tylko w kilku wstawkach słyszymy rosyjski (nagrania pierwszych telefonów do straży pożarnej czy wiadomość o katastrofie w państwowej telewizji), ale tak naprawdę wcale nie psuje to immersji. Realizacyjnie Czarnobyl stoi na takim poziomie odwzorowania lokacji, scenografii czy kostiumów, że angielskie dialogi szybko przestają przeszkadzać. Aktorzy wspinają się na wyżyny, jak wspomniany już Skarsgård, jednym warknięciem przekazujący frustrację i ciężar odpowiedzialności władz czy Harris, spojrzeniem czy tonem głosu oddający cały emocjonalny ciężar stania między prawdą a bezpieczeństwem. Do tego brygadzista górników kopiących tunele pod elektrownią wygląda jak żywcem wyjęty z filmów Kazimierza Kutza. Barwne kreacje zaszkodziłyby sobie udawaniem rosyjskich akcentów i serial wyraźnie unika tego podejścia.

W jedną z głównych ról wciela się także Emily Watson jako Ulana Chomiuk, fizyczka jądrowa z Mińska, śledząca katastrofę początkowo na własną rękę. I tu pojawia się drugi problem. Chomiuk jest bowiem postacią fikcyjną, swoistym amalgamatem wielu naukowców pracujących nad wybuchem, co może zgrzytać w serialu wypełnionym pieczołowicie odrestaurowanymi postaciami historycznymi, prawdziwymi spotkaniami i dialogami. Rola Watson wydaje się jak na razie spajać fabularnie naukowe i polityczne skrzydło, ale z całkowitą jej oceną przyjdzie poczekać do końca emisji produkcji.

Jeśli jeszcze nie zanurzyliście się w telewizyjnej historii Czarnobyla, serdecznie polecam dołączenie do grona fanów już od drugiego odcinka, aby przyjemność trwała jak najdłużej. Czas pokaże, jaką nutą zakończy się finał, ale nic nie zapowiada, żeby twórcy mieli zejść z poziomu. Rzadko spotyka się na małym ekranie tak głębokie i przemyślane, a jednocześnie szalenie interesujące historie.

Premiera w Polsce co wtorek na HBO GO. Odcinek drugi dostępny już jutro, 14 maja. Zapraszamy! 


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.