“After Life”, czyli żałoba według Gervaisa [RECENZJA]

W świecie komedii XXI wieku próżno szukać tak wpływowych nazwisk jak Ricky Gervais. Często bezczelny, eksplodujący ciętymi puentami, ale zawsze zachowujący zdrowy rozsądek i serce Brytyjczyk zaledwie kilkunastoma odcinkami jednego serialu odmienił oblicze telewizyjnej komedii, jaką znamy i na stałe zapisał się w historii przemysłu rozrywkowego. Było lato 2001 roku, a BBC emitowało rewolucyjny mockument “The Office”, którego echa usłyszeć można do dzisiaj. Minęło prawie dwadzieścia lat, podczas których Ricky piął się na szczyt, stale powiększając swoje portfolio o kolejne perły, często współtworzone w trio Gervais-Merchant-Pilkington. Nawet ludzie, którzy omijają brytyjskie produkcje komediowe (kim jesteście?) zapamiętali go jako czterokrotnego prowadzącego Złote Globy, nie zostawiającego suchej nitki na celebrytach zgromadzonych na sali. W swojej dziedzinie Gervais osiągnął już bez wątpienia wszystko – co więc chce nam pokazać swoim nowym serialem “After Life”, drugiej produkcji zrealizowanej dla Netfliksa?

Można powiedzieć, że najnowszy serial brytyjskiego weterana to jego najbardziej autobiograficzna, jak też najbardziej poważna praca. Gervais“After Life” dotyka tematów żałoby, depresji, samobójstwa i relacji z innymi, a takim rozliczeniom i refleksjom z pewnością sprzyja wiek, gdyż aktor o chłopięco brzmiącym imieniu Ricky zbliża się do sześćdziesiątki. Głównym bohaterem serialu (standardowo grany przez samego Gervaisa) jest Tony Johnson, redaktor lokalnej małomiasteczkowej gazety, którego miłość życia przegrała walkę z rakiem. Zdruzgotanego Tony’ego od samobójstwa powstrzymuje jedynie konieczność opieki nad ukochaną suką. Pozbawiony celu egzystencji postanawia się wyżyć na otaczającym go świecie i bez wyrzutów sumienia i zważania na konwenanse robić wyłącznie to, na co ma ochotę.

Zobacz również: Recenzję najnowszej antologii Netflixa – “Miłość, śmierć i roboty”

Taki setting jawnie wymusza czarną komedię, bo “After Life” mimo depresyjnego początku wypełnione jest gagami, rzucanymi od niechcenia one-linerami czy wręcz stand-upowymi wstawkami. Komedia Gervaisa zawsze stała na postaciach i nie inaczej jest w tym przypadku. Jako producent, scenarzysta, reżyser i odtwórca głównej roli Ricky bryluje w stworzonym przez siebie małym, angielskim miasteczku pełnym osobliwych, ale zawsze poczciwych osób. Pozycja redaktora gazety pozwala widzowi na obserwację relacji w biurze, ale także poza nim, kiedy Tony z współpracownikami niechętnie wychodzi w teren, aby opisywać kuriozalne historie mieszkańców Tambury – te rozmowy to często komediowy szczyt każdego odcinka, a z biegiem czasu pozwalają Tony’emu dostrzec nieco sensu w egzystencji. Sześć odcinków “After Life” w pewnym ujęciu ukazuje ewolucję bohatera na wzór etapów żałoby. Kontrowersyjne zachowanie Tony’ego zestawi go z konsekwencjami, które rzadko można obserwować w tego typu produkcjach (Co jeśli pogrożę dziecku w podstawówce młotkiem, aby przestał dręczyć dziecko szwagra? Co jeśli sfinansuję heroiniście złoty strzał, zgodnie z jego życzeniem?), a rozmowy z poznanymi, często zbłąkanymi ludźmi pokażą, że świat nie jest czarno-biały.

Przekaz, choć szczytny, przedstawiony jest niestety dosyć topornie. Mam wrażenie, że Gervais tym razem nieco zachłysnął się swoją kreacją, bo choć w swoich najlepszych dziełach zawsze grał pierwsze skrzypce, to pozwalał też zabłysnąć postaciom na drugim planie, które często były sercem produkcji. W “After Life” niewątpliwie tego zabrakło – kamera zbyt często pokazuje jedynie zniechęconego Tony’ego w pustawych otoczeniach wyrzucającego z siebie żale i złości o smutku i bezsensie istnienia. Czyżby Ricky zapomniał o starej zasadzie scenopisarstwa show don’t tell? Stand-upowe wstawki w rozmowach są zabawne, ale za którymś razem orientujemy się, że słuchamy dowcipu zamiast zobaczyć go na ekranie. Jako reżyser Gervais jest oszczędny, zresztą nikt nie spodziewał się po nim formalnych fajerwerków, ale brak konwencji mockumentu obecnej w “The Office” czy “Dereku” znacznie spowalnia serial.

Zobacz również: Recenzję “Przemytnika”, ostatniego filmu Clinta Eastwooda

Porównywanie “After Life” do wcześniejszych seriali Brytyjczyka może się wydawać krzywdzące, ale w przypadku twórcy o tak dużym przywiązaniu do każdego aspektu świata przedstawionego ciężko znaleźć inny punkt odniesienia. Zwłaszcza, że wśród aktorów widzimy znajome twarze z poprzednich seriali – Kerry Godliman“Dereka”, Ashley Jensen“Extras” oraz Davida Earla, również z “Dereka” (stanowczo zmarnowany potencjał, bo jego postać “lokalnego świrusa” łasego na zaistnienie w lokalnej prasie kradnie dwie sceny, w których się pojawia). Jasne, najnowsze dziecko jest też tym najbardziej dojrzałym tematycznie, jednak często, mimo kilku naprawdę wzruszających momentów, przy kolejnym leniwym ujęciu przechadzającego się Tony’ego miałem wrażenie że można to było zrobić ciekawiej lub po prostu mniej pospiesznie. Ricky nigdy nie wspinał się na wyżyny aktorstwa, ale w przypadku Tony’ego przez spory czas gra po prostu nieco bardziej zrezygnowaną wersję siebie znanego z występów telewizyjnych i scenicznych. Stąd też dziwi decyzja o takim zubożeniu drugiego planu.

Muzycznie za to Gervais próbuje nowych rzeczy. W przeszłości mieliśmy do czynienia z jednym, charakterystycznym utworem dla danego show (Rod Stewart w czołówce “The Office” czy Cat Stevens w napisach końcowych “Extras”), tym razem melancholijny wydźwięk serialu dopełniają ambientowe utwory amerykańskiej grupy Hammock przeplatane z hitami Nicka Cave’a czy Eltona Johna. Czy Ricky próbuje nam zrekompensować mniejsze bogactwo dialogów i uboższą galerię postaci? Być może. Tworzy to pewien refleksyjny mood serialu, do którego podświadomie wracamy, słuchając soundtracku.

Czas poświęcony “After Life” na pewno nie będzie stracony. Ale jeśli znacie twórczość Gervaisa, łącznie z jego zeszłorocznym stand-upem “Humanity”, nie wyważy żadnych nowych drzwi. Ricky nadal jednak potrafi pokazać historię niedoskonałych ludzi szukających swojego miejsca w tym dziwacznym świecie w sposób, który chwyta za serce. Być może komediowa strzała nie kłuje już tak mocno, ale w zasadzie nie to w tym serialu jest najważniejsze, a zapowiedziana kontynuacja może ostatecznie wynieść “After Life” poziom wyżej.

3.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.