Nowe Horyzonty 2019Recenzje

“Przynęta”, czyli w sieciach gentryfikacji [RECENZJA]

Michał Palowski
Bait

Kino festiwalowe rządzi się swoimi prawami. Twórcy w przedstawianych na pokazach dziełach starają się przekraczać granice i odkrywać nowe filmowe tereny, często jednak głównie w warstwie fabularnej – niskie budżety miast wizualnych fajerwerków skłaniają raczej do osobistych rozliczeń, poruszania tematów tabu itd. Bardzo ucieszyłem się więc, widząc w konkursie MFF Nowe Horyzonty brytyjską Przynętę, której zwiastun zapadł mi w pamięć początkiem roku z okazji Berlinale. Film ten bowiem z niskiego budżetu czyni swoją największą zaletę, wybierając archaiczny minimalizm formalny, aby przedstawić prostą i aktualną historię.

Wraz z rozpoczęciem filmu wizualnie przenosimy się do czasów wręcz przedwojennych. Grube ziarno taśmy 16-milimetrowej i surowe, morskie krajobrazy Kornwalii początkowo przynoszą na myśl stare, archiwalne nagrania, ale widok Fordów i Range Roverów szybko uświadamia nas, że ten pracowity rybak w porcie, zniszczone sieci i bujające się w porcie łajby osadzone są we współczesności. Bohaterem naszej opowieści będzie Martin (debiutujący na dużym ekranie świetny Edward Rowe), przedstawiony (dosłownie) jako twardo stąpający po ziemi człowiek z tradycjami.

Przynęta

Oś fabuły stanowi konflikt. I nie będzie to walka człowieka z morzem, choć Martina poznajemy w momencie uciążliwego łowienia ryb za pomocą sieci na lądzie. Będzie to raczej walka tradycji z nowoczesnością. Starszy brat Martina, Steven, posiada łódź, którą mógłby wypłynąć w morze na połów, jednak sytuacja rynkowa zmusza go do wykorzystywania jej jako obwoźnej atrakcji turystycznej. Widmo ubóstwa krąży nad małą wioską w Kornwalii i mieszkańcy starają się złapać trochę grosza wszystkimi metodami, łącznie ze sprzedażą rodzinnego domu rybackiego na wynajem bogatym miastowym.

I tu, w tej nieco westernowej scenerii miasteczka, pojawiają się źli obcy, czyli nowi właściciele budynku udostępniający wszystkie zakamarki dawnego domostwa Martina i Stevena turystom i szukającej rozrywki młodzieży. Londyńscy właściciele skłonni byli nawet przerobić schowek na sieci na sypialnię, a koszmarom gentryfikacji zdaje się nie być końca. Nasz poczciwy protagonista nie zawaha się skrytykować pokazowo wstawionego bulaja w części jadalnej, który ma dopełnić katalogowego marynistycznego wyglądu.

Historia przedstawiona w Przynęcie ma wydźwięk autentyczny głównie za sprawą twórcy, Marka Jenkinsa. Brytyjczyk pochodzi z podobnych okolic, więc dobrze zna problematykę “miejskiego pieniądza” wywracającego ustalony od pokoleń styl życia w małych, nadmorskich miejscowościach. Dodatkowo Jenkins oprócz reżyserii i scenariusza odpowiada także za zdjęcia, montaż i muzykę. Wykorzystuje ograniczenia wybranej przez siebie techniki dla budowania napięcia, a także specyficznego humoru produkcji. Analogowy sprzęt i taśma 16 mm nie pozwalają na budowanie długich ujęć czy planów ogólnych. Jenkins zamiast tego skupia się na detalach, pokazując np. kontrast między dłoniami rybaków, a przyjezdnych. Na planie nie nagrywano też dźwięku, stąd wszystko, co słyszymy w filmie ma specyficzny, staroszkolny klimat, łącznie z dubbingowanymi dialogami.

Gentryfikacja w filmie generuje wspomniane już konflikty, ale siłą Przynęty jest brak moralizatorstwa. Jenkins nie wchodzi na ambonę, potępiając tych, których Martin postrzega jako wrogów. Pokazuje raczej sprzeczne interesy lokalsów i przyjezdnych, a kiedy bohaterowie po fabularnych przejściach odnajdują wewnętrzny spokój, świat wcale nie jest zbawiony. Problem “przemysłu turystycznego”, na którym nie korzystają miejscowi będzie nadal istniał, ale szacunek dla tradycyjnych zawodów może pomóc mieszkańcom utrzymać względny poziom szczęścia.

Jak zdradził Jenkinks, na jednym ze spotkań pewien widz skomentował jego twórczą decyzję, że chciał “przedstawić przedpotopowy styl życia w przedpotopowy sposób”. I choć nie było to jego świadomą decyzją (reżyser stwierdził, że w 16 mm nakręciłby nawet science-fiction), zdaje się to idealnie podsumować wydźwięk filmu – nie każdy będzie się dał złapać na kapitalistyczną przynętę łatwego zarobku. Niektórzy, jak Martin, dumnie będą naprawiać po nocach zniszczone solą sieci, wyznając wartości inne niż pieniądz.

Ocena

8 / 10

Jedna odpowiedź do ““Córka boga”, czyli “The Other Lamb” [RECENZJA]”

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.