“Parasite”, czyli najbardziej polski film z Azji [RECENZJA]

W momencie gdy piszę ten tekst, we Wrocławiu trwa właśnie największy festiwal filmowy w Polsce – Nowe Horyzonty. Od pierwszego pokazu filmu zwycięzcy tegorocznego festiwalu w Cannes minęło już kilka dni, a film Bonga to w dalszym ciągu najgorętszy temat dyskusji uczestników. W kolejkach na kolejne seanse, w kawiarniach, w klubie festiwalowym czy na skąpanych w słońcu ulicach wrocławskiego Starego Miasta przeważają zachwyty nad najnowszą produkcją Koreańczyka. Samo to, a także wiele innych czynników, powinno wystarczyć, żeby skłonić Cię, czytelniku, jeśli jeszcze tego nie zrobiłeś, do wpisania Parasite na obowiązkową listę tegorocznych filmów – zwłaszcza, że już wkrótce postaram się przekonać Cię, że Korea Południowa Bonga jest jedynie z pozoru daleka Polakom.

Przeczytaj również: “Ból i blask”, czyli testament twórczy Almodóvara [RECENZJA]

Joon-ho Bong już w pierwszych minutach produkcji zarysowuje kontury rozgrywki, której świadkami będą widzowie. Niczym w partii szachów, mamy tutaj dwie drużyny. Pierwsi to ambitna i biedna rodzina, której mieszkanie mieści się w piwnicy z niewielkim oknem wystającym na róg slumsów, który lokalnym pijakom służy jako miejsce do oddawania moczu. Drudzy to ich bogaci odpowiednicy, zamieszkujący stylową rezydencję zaprojektowaną przez jednego z najlepszych architektów świata. W odróżnieniu od szachów, w których obie strony od początku dążą do konfrontacji i pokonania oponenta, relacja jednych i drugich zacznie wkrótce przypominać układ żywiciel-pasożyt, co doskonale odzwierciedli intrygujący tytuł produkcji.

Parasite

Rodzina Ki-taek wkrótce “wrośnie” w zamożnych Parków. Upatrzą w bogaczach łatwe źródło zysku i doskonale zagrają na ich potrzebach. Czy zafascynowana Stanami Zjednoczonymi matka byłaby w stanie odmówić lekcji języka dla swojej nastoletniej córki? Czy matczyna troska wobec małego synka, podsycona sugestią, że chłopak przeżył traumę, która wyraża się w jego rysunkach pozwoliłaby poskąpić pieniędzy na terapeutkę, deklarującą, że rozwinie przy okazji artystyczny talent młodzieńca?

Kilkoma prostymi ruchami dwie rodziny wkrótce zespalają się w jedność. W tym samym czasie widoczny staje się talent reżyserski Bonga. Rozpoczyna on swoje dzieło jako rasową komedię, spełniając ku uciesze widza kolejne założenia gatunku, jednocześnie bawiąc i sprawiając ogromną satysfakcję z wydarzeń rozgrywanych na ekranie. Koreańczyk nie ogranicza się jedynie do tej formy. Na warsztat bierze z czasem również thriller, czarną komedię, groteskę czy horror. Poszczególne gatunki zostają bezbłędnie zmieszane, mimo pozornie odmiennych tonów, które je charakteryzują. Sprawia to, że trwający ponad dwie godziny seans ani przez chwilę nie nudzi – to doskonała rozrywka dla każdego kinomana; tego który na co dzień ogląda jedynie amerykańskie produkcje z Netfliksa oraz tego, który zjadł zęby na azjatyckich arcydziełach.

Przeczytaj również: “Angelo” – Nawet anioły upadają [RECENZJA]

Rzecz jasna, ambicje reżysera sięgają dalej; Parasite to w równym stopniu kino rozrywkowe co komentarz społeczny na temat różnic klasowych w Korei. Bogaci i biedni w filmie Bonga z pozoru nie różnią się istotnie między sobą. Mówią tym samym językiem, mieszkają w jednym mieście, a jednak już wkrótce widoczne stanie się, że ich światy odgraniczone są grubym i niewidocznym murem. Polski widz znajdzie dużo więcej podobieństw między strukturą społeczną Korei i Polski w tej produkcji niż w traktujących o podobnych problemach produkcjach realizowanych w USA lub zachodniej Europie. W naszym kraju, podobnie jak w kraju reżysera, praktycznie nie istnieje kontekst rasowo-ekonomiczny; biedni i bogaci nie różnią się kolorem skóry, ale cechami nabytymi w trakcie życia.

Brak różnic w kolorze skóry nie oznacza bynajmniej, że awans międzyklasowy jest łatwy. Pomiędzy obydwoma rodzinami istnieje cała gama różnic i choć wkrótce część z nich zostaje wyrównana i bohaterowie staną się nie do odróżnienia pod względem wyglądu, pozostanie przynajmniej jedna subtelna różnica: zapach.

Cecha, która unika prostej definicji; nienamacalna, niewidoczna, ale uderzająca do wyobraźni odbiorcy. Zapewne większość z nas doskonale zdaje sobie sprawę, jak pachnie bezdomny, jaka woń unosi się w domu starych ludzi, w szpitalnych korytarzach albo co poczujemy, gdy pochylimy się nad kołyską niemowlaka. Zmysł węchu towarzyszy nam na każdym kroku, choć nie zawsze zwracamy na niego uwagę. Dla Bonga stał się metodą uchwycenia różnic klasowych – tych symbolicznych i niezbywalnych.

Przeczytaj również: “In Fabric” czyli zabójcza sukienka, mordercza pralka i pożyczka na duży procent [RECENZJA]

Kino jest najwspanialsze, gdy rozmawia ze sobą. Zaskakujące, jak dobrze Parasite współgra z tegorocznym filmem Jordana Peele’a – To my. Produkcje powstały niemal równolegle, na odległych krańcach świata i wykorzystują bardzo konkretne narzędzia gatunkowe, żeby zaakcentować problematykę nierówności społecznych końca drugiej dekady XXI wieku. Niestety, odnoszę wrażenie, że o ile amerykański komik sprawnie wykorzystuje mechanikę horroru dla swoich potrzeb, Koreańczyk miejscami staje się niewolnikiem obranej konwencji.

Parasite

Twórca sięga po komedię obyczajową i wikła się w pewne uproszczenia z nią związane; szczególnie widać to w przypadku sposobu sportretowania rodziny Parków. Nakreśleni grubą kreską bogacze zostają na etapie pierwszego aktu zinfantylizowani i przedstawieni w bardzo stereotypowy sposób. Z jednej strony jest to wskazane i zapewnia satysfakcję odbiorcy, który z łatwością rozpozna w nich cechy znanych mu z życia prywatnego lub telewizji oderwanych od świata ludzi żyjących w luksusie. Z drugiej, konwencja ta podkopuje wagę tematu, z którym mierzy się twórca.

W zeszłorocznym filmie Oni Paolo Sorrentino pada kwaśna konkluzja jednego z bohaterów, który orientuje się, że przegrał z włoską elitą finansowo-polityczną w momencie, gdy uznał się za sprytniejszego od nich. To zdanie idealnie obrazuje główny zarzut, który stawiam Parasite. Choć reżyser piętnuje wady obu klas społecznych występujących w utworze, niebezpiecznie zbliża się do wniosku, że bogacze to w rzeczywistości głęboko nieświadomi otaczającego ich świata ludzie, których jedynym atutem jest posiadany pieniądz.

Przeczytaj również: “Make Me Up”, pytania bez przeintelektualizowania [FRONT WIZUALNY]

Taka teza sprawdziłaby się (i sprawdza w wielu filmach), gdyby rozgrywka miała miejsce na neutralnym gruncie; w mieście lub slumsach, w których Parkowie zostaliby pozbawieni większości swych atutów. W momencie jednak, gdy twórca na szachownicę międzyklasowej rozgrywki wybiera rezydencję bohaterów, infantylne sprowadzenie bogaczy do roli wyrośniętych dzieci kłuje w oczy. Czy naprawdę aktywny zawodowo biznesmen skorzysta z usług rzekomo elitarnej firmy, o której pierwszy raz słyszy od swojego szofera? Czy matka, która zdaje się mieć obsesję na punkcie swoich dzieci, ich bezpieczeństwa i edukacji nie poświęci więcej czasu, żeby sprawdzić, komu daje klucze do domu i opiekę nad swoimi pociechami? Nie sądzę, a to tylko jedne z wielu przykładów, w których mam wrażenie, że scenariusz jest szyty grubymi nićmi, które pozostawiają luki na wątpliwości.

Parasite to prawdopodobnie najbardziej przystępny laureat canneńskiej Złotej Palmy od wielu lat. Produkcja ma potencjał stać się jednym z najbardziej znanych zachodnim widzom filmów z Azji, a liczne zachwyty publiki i wysokie oceny świadczą, że produkcja może na stałe zapisać się w filmowym kanonie. Zwłaszcza, że paradoksalnie film Bonga pozbawiony jest egzotyczności; wizualnie przypomina swoją estetyką minimalizm europejskich twórców takich jak Haneke czy Östlund. Choć nie jestem tak oczarowany, jak większość moich przyjaciół, trzymam kciuki, żeby Koreańczyk przedarł się do szerszej świadomości i otworzył oczy polskich widzów na kino azjatyckie.


3.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.