“In Fabric” czyli zabójcza sukienka, mordercza pralka i pożyczka na duży procent [RECENZJA]

Gdy w jednej z pierwszych scen najnowszego filmu mistrza sztuki audiowizualnej Petera Stricklanda pada zwrot “merkantylistyczna” w kontekście wyprzedaży, uświadamiamy sobie, że jedyny prawowity dziedzic kina b-klasowego i giallo nie wyszedł z formy. Gdy chwilę później zaczyna on katować swoich bohaterów bębnem od pralki, zaczynamy się zastanawiać, czy kiedykolwiek był w lepszej formie. Jego “In Fabric” to jedno wielkie cudo, podobnie jak zabójcza sukienka, która spokojnie mogłaby występować w “Deerskin” Quentina Dupieux. W skrócie – prawdziwy “killer style”.

Punkt wyjścia jest równie niezwykły, co w każdej innej produkcji reżysera, choć tym razem jest on iście surrealistyczny. Ot, na jednej z wielu wyprzedaży w miejscowym, neogotycko-punkowym brytyjskim sklepie odzieżowym można nabyć krwistoczerwoną sukienkę, której krój uwodzi od razu po przekroczeniu progu. Do jej zakupu nie zrazi nawet mówiąca najbardziej przeintelektualizowanym językiem Panna Luckmoore (w tej roli jak zawsze magnetyzująca Fatma Mohamed), której frazy i zwroty, pokroju wspomnianego wcześniej “merkantylistycznego”, od początku nastawiają nas na kierunek, jaki obiera Strickland w swojej najnowszej produkcji. Po chwili sukienka znajduje się już w szafie Scheili, rozpoczynającej tym samym nowy etap życia, związany z randkowaniem z anonsującymi się w gazetach osobami.

Oczywiście twórca “Berberian Sound Studio” nie byłby sobą, gdyby na samym zakupie sukienki zamknął cały rozwój historii. I tak po pierwszym bardzo nieudanym spotkaniu, gdy okazuje się, że jedyną rzeczą ponętną w Adonisie jest jego imię, protagonistka decyduje się oddać swoją suknię na pożarcie molom w garderobie. Dość powiedzieć, że strój (tak, strój) zrobi jednak wszystko, by Scheila o nim nie zapomniała, repetytywnie przypominając o sobie w bardzo… brutalny sposób.

Zobacz również: Camping o Doom Generation

Peter Strickland, który od zawsze próbował dekonstruować duszącą kreatywność formę filmową, i tym razem nie pozostaje wobec niej obojętny; choć po raz pierwszy nie tyle ją brutalnie rozbiera, co się po prostu z nią bawi. Zamiast rutynowej narracji wplata całkowicie oderwane od opowieści sceny (skądinąd wątek doradców kredytowych to komediowe opus magnum Brytyjczyka), wieńczy orgazmiczny seks oralny atakiem latających szwów i trawestuje znany, pornograficzny schemat ze skorym do seksu hydraulikiem, kreśląc jego skrajnie aseksualny rys charakterologiczny. Co jednak ważniejsze, jego styl i eksperymenty nie tylko nie zaburzają odbioru całości, a tylko wzmacniają porywającą narrację.

Absolutnym fenomenem jest tutaj jednak pieczołowicie dopracowany scenariusz, w którym każdy dialog jest komiczną perłą. Kwestie przepełnione są odniesieniami do popkultury, poprzednich filmów twórcy (vide montaż do montażu dźwięku z Berberian, czy też fetyszyzujące zabawy Luckmoore będące reminiscencją “Duke of Burgundy”), a także innych sfer życia będących inspiracjami reżysera. Potrafi on również znaleźć idealny balans w swoim intergalaktyzmie gatunkowym: b-klasowym horrorze, surrealistycznym mind-game filmie i eksploatacyjnej humoresce.

Swoją narracyjną brawurę idealnie zestawia z pięknymi, sakralizującymi modę kadrami. Oczywiście na pierwszy plan wybijają się kolory, na czele z diabelską czerwienią, bijącą zarówno z ust demonicznej sprzedawczyni, jak i sukienki. Ale i ten motyw przełamuje, gdy w opowieści o hydrauliku rezygnuje z quasineoniczności, stylizując obraz na świat everymana, malowany neutralną, chłodną paletą barw. Bowiem, mimo bodajże najsilniej rozpisanego scenariusza w karierze, po raz kolejny jego dzieło przyswaja się głównie wizualnie, zaspokajając swoje estetyczne żądze i pragnienia.

Zobacz również: Recenzję “Angelo

Wspomniana stylistyka everymana, odciska jednak swoje piętno na rozpędzonej narracji. O ile historia rodziny i perypetii Scheili, z gotycką femme fatale w postaci Gwendoline Christie jest absolutnie fenomenalna i porywająca niczym stylizowany na giallo pokaz McQueena, o tyle druga, krótsza historia oczekującego na ślub narzeczeństwa, mimo zrozumiałych zabiegów formalnych, zatraca to zabójcze tempo całej produkcji. Trudno nie odnieść wrażenia, że ten nijaki drugi akt opowieści, był całkowicie niepotrzebny – a w jego miejsce spokojnie można było postawić na nagłe ucięci historii i pozostawienie widza z milionem nurtujących pytań.

Nawet przy znakomitej formie i tempie narracji krytyka konsumpcjonizmu jest oczywista. Tym bardziej szkoda, że pod koniec Strickland niepotrzebnie upewnia się czy widzowie zrozumieli jego zacięcie ideologiczne. Całkowicie nie wpasowuje się to w b-klasową stylistykę filmu, który z zasady nie potrzebuje morału, a w szczególności nie tego podanego w sposób obdarty z subtelności. Choć starania reżysera są godne podziwu, nie było żadnych przesłanek do próbowania na opowiedzenie o czymś więcej, a diametralnie odbiegający od reszty szalony epilog rujnuje z lekka misternie utkaną nicią satyry produkcję.

Nie sposób jednak bardziej krytykować “In Fabric”, gdyż Peter Strickland po raz kolejny pozwala uwidocznić się swojej kinofilskiej chorobie, oddając hołd VHS-owym klasykom. Tym razem decyduje się przy tym nie tyle przerażać i zachwycać, co po prostu dać ludziom masę czystej radości. I udowodnić raz na zawsze, że w jego nocnym szaleństwie jest metoda.

4/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.