KomiksKulturaRecenzje

“Resident Alien: Witamy na ziemi t.1”, albo kosmita na peryferiach [RECENZJA]

Michał Skrzyński
resident alien recenzja
Fragment, niespecjalnie pasującej do całości, ilustracji okładkowej / fot. materiały prasowe

W dzisiejszych czasach, jak nigdy wcześniej w historii kultura stała się dostępna. Rozwój technologiczny dostarczył do tego narzędzi, a walka o prawa pracownicze sprawiła, że mamy czas i środki na kontakt z tym wszystkim. Dzięki możliwościom i ogromnej liczbie dzieł kultury dostępnych z poziomu naszych telefonów możemy jednego dnia nadrabiać amerykańską klasykę, drugiego sprawdzać francuską nową falę, a trzeci dzień poświęcić na binge-watching kolejnego średniaka z Netflixa. Dlaczego piszę o tym wszystkim? Ponieważ chcę się pozachwycać jak dobrze, że te wszystkie możliwości mamy i pocieszyć się tym, że na naszym rynku pojawił się bardzo udany komiksowy średniak.

Resident Alien to taki ekwiwalent przywołanego średniaka z Netflixa. Z pewnością dostrzeżecie w nim sporo wad i głupotek, ale jego szczerość i otwartość w tym, co sobą reprezentuje, jest tak ujmująca, że wszystko mu wybaczycie. Teoretycznie mógłbym w tym miejscu skończyć recenzję i wiedzielibyście wszytko, co wiedzieć trzeba, ale chętnie rozpiszę się trochę bardziej.

Na pierwszym tom Resident Alient, wydany w połowie listopada przez Egmont, składają się trzy miniserie wydane w oryginale przez Dark Horse Comics. Wszystkie napisane przez Petera Hogana, a narysowane i pokolorowane przez Steve Parkhouse. Za serią stoi uroczo nieoryginalny pomysł, co by to było gdyby kosmita wylądował na Ziemi i musiał tu zostać; oczywiście z jednej strona ma się ukrywać, a z drugiej jakoś tak trzyma się całkiem blisko ludzi. Nasz fioletowy ufoludek przyjmuje miano Henry Vanderspeigle i podaje się za lekarza. Na swoje schronienie wybiera niewielkie miasteczko, gdzieś w Ameryce. Jego spokojna oczekiwanie na pomoc ze świata ufoludków zostaje przerwane, gdy w miasteczku dochodzi do morderstwa. Jako że ofiarą jest jedyny w mieście lekarz to burmistrz miasteczka, jest zmuszony poprosić “doktora Henry-ego” o chwilowe zajęcie się miejską kliniką.

Przeczytaj również:  "Isola" - tygrys, żołnierka i trochę Ghibli [RECENZJA]
resident alien recenzja
Nasz fioletowy kolega niestety nie może nacieszyć się spokojem / fot. materiały prasowe

Takie punkt wyjścia wymyślili sobie autorzy do prostej i niewymagającej historii o tym jak kosmita stara się połączyć rolę małomiasteczkowego lekarza i detektywa amatora. W tym ostatnim pomaga mu parapsychiczny talent do wyczuwania emocji i prawdomówności rozmówcy. Te same umiejętności pomagają mu zwodzić ludzi, co do jego prawdziwego wyglądu. To wyjątkowo uroczy motyw, który jednocześnie pozwala nam oglądać ufoludka i nie przejmować się wynikającymi z tego faktu fabularnymi trudnościami. Ogólnie ten przykład świetnie pokazuje, jak wyglądał cała narracja. To takie leniwe pisanie, ale zupełnie niekryjące się ze swoją leniwością. Henry wyczuwa fałsz, więc od początku wie, kto jest niewinny, a jego śledztwa polegają w sumie na czekanie na przypadkowy trop. W dwóch z trzech miniserii śledztwa rozwiązywane są przez zupełny przypadek.

Muszę przyznać, że gdyby nie jakiś trudny do uchwycenia urok to Resident Alien zostałby pewnie uznany przeze mnie za coś na granicy gniota. Jednak dyskretny czar małomiasteczkowej sielanki, wzbudzające masę sympatii postacie takie jak pielęgniarki, szeryf, czy burmistrz i wykorzystywane bez żadnej litości klisze sprawiają, że dawno nie czytałem czegoś równie odprężającego. Zwłaszcza że rysunki dają radę. Oko przykuwają zwłaszcza bardzo żywe i ładnie nałożone kolory, które czasami odciągają uwagę do trochę zbyt statycznych postaci. W ogólnym rozrachunku rysunki są równie kojące co fabuła i trudno mi zrozumieć, dlaczego na okładkę tego tomu wybrano, coś tak niereprezentatywnego dla jego wnętrza.

Przeczytaj również:  Puls Filmawki 02/2021 – rekomendacje muzyczne
resident alien komiks recenzja
Gdzieś tam w tle jest wątek ścigających przybysza służb, ale póki, co nie jest specjalnie istotny / fot. materiały prasowe

Resident Alien: Witamy na ziemi nie wzbudził raczej przesadnej ekscytacji przy polskiej zapowiedzi. Ot dało się usłyszeć, że to dobre czytadło. I to jest absolutna prawda! Komiks Hogana i Parkhousa to cudowne czytadło, które akceptuje się z całym bagażem wad i głupotek. To idealny ekwiwalent serialu, który odpalacie sobie po męczącym dniu nauki, czy pracy i pochłaniacie go, może bez przesadnej ekscytacji, ale z błogim uśmiechem na twarzy. Zresztą komiks ma się doczekać swojej serialowej adaptacji, o której nie wiem za wiele, bo jej 40-sekundowy zwiastun zupełnie mnie zniechęcił. Ja zostaje przy komiksie, który polecam Wam, jeśli wiecie, że macie ochotę na trochę rozrywki. Jeśli oczekujecie czegoś więcej, to niestety możecie się zawieść.

Ocena

7 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.