Stary, dobry Eastwood i jego stara, dobra Ameryka – Recenzja filmu “Przemytnik”

Czy to jako hardy młodzian z cynicznym uśmieszkiem w spaghetti westernach, czy bohater licznych b-klasowych filmów akcji z lat 80. i 90., a nawet reżyser bardziej artystycznych, licznie nagradzanych dramatów społecznych, Clint Eastwood przez te wszystkie dekady swojej obecności na ekranie wypracował swój indywidualny, sobie tylko właściwy sposób komunikacji z widzem. Jako dziecko podziwiałem jego charyzmę, bezkompromisowość i ostry humor. Nieważne, czy były to naprawdę dobre filmy jak Bez przebaczenia, czy najgorszy szrot jakim się parał w rodzaju Firefoxa, każde z jego wcieleń dokładało kolejną cegiełkę jego wizerunku, tworząc z Eastwooda prawdziwą ikonę amerykańskiego stylu życia i synonim ekranowego badassa. A jego klasycznie, bajkowo wręcz poruszające Gran Torino, obejrzane gdzieś na “zastępstwie” w gimnazjalnej świetlicy przyczyniło się mocno do narodzin mojej dorosłej fascynacji kinem. Dzisiaj  jako 88-latek powraca ze swoim być może ostatnim filmem. I jak zwykle robi wszystko po swojemu, w starym stylu.

Jakim obrazem jest Przemytnik? Ciepłym, humorystycznym portretem człowieka, który na stare lata znajduje się w nietypowej dla niego (i komicznej z wielu punktów widzenia) sytuacji. Filmem drogi, który z czułością pokazuje przepiękne pejzaże rozległych równin tak ukochanych przez Clinta Stanów Zjednoczonych. Komentarzem na temat współczesnych przemian społecznych i napięć rasowych w tejże Ameryce. Hołdem wobec odchodzącego powoli na karty historii pokolenia weteranów, którzy swoją uczciwością i zaradnością odbudowali kraj po wielkim kryzysie i nie dali się złamać w czasie zimnej wojny. Próbą pokazania perspektywy zagubionego niekiedy we współczesnym postępie technologicznym niemal 90-latka. Wreszcie rozprawą z burzliwym życiem rodzinnym samego reżysera, którego ostatnim przykrym epizodem był rozwód z dziennikarką Diną Ruiz w 2014 roku po niemal 20 latach małżeństwa. Choć wielu uzna, że podjęte przez Eastwooda motywy to banały, to jednak do spostrzeżeń osoby z takim doświadczeniem powinniśmy moim zdaniem podchodzić z szacunkiem. Zwłaszcza, że po osiągnięciu już w światowym kinie wszystkiego Clint mówi dużo, szczerze i od serca.

Kadr z filmu “Przemytnik”

Z pewnym podświadomym poczuciem ulgi, Eastwood zrzuca maskę małomownego, wycofanego twardziela, cynika patrzącego na wszystko z chłodnego dystansu, która była jego błogosławieństwem i przekleństwem od lat 60. Jest cieplejszy, więcej mówi, odzywa się sam z siebie niepytany, rzuca żartami i czerpie autentyczną radość z relacji z innymi, także obcymi ludźmi. Jadąc samochodem, śpiewa sobie pod nosem, zachwala smaczne kanapki z wołowiną w restauracji, z lubością wciela się w rolę podstarzałego bawidamka. Tym razem to on zabiega o względy rodziny, którą skrzywdził latami nieobecności w domu. Zachłystuje się chwilą dobrobytu, jednak w porę zdaje sobie sprawę, że to sprzeczne ze wszystkimi wartościami, jakie konsekwentnie całe życie wyznawał. I choć nie brak tu czasem grubo ciosanych scen wzruszenia czy przestrzelonych metafor, nie sposób tej odsłony amerykańskiego twardziela nie pokochać. Bo jest szczery i autentyczny, bo wiemy, że pewnie chciał tutaj zawrzeć coś w rodzaju swojego ostatniego przesłania.

Hodowca liliowców w podeszłym wieku nie potrafi dostosować do współczesnych warunków sprzedaży internetowej, przez co jego kiedyś piękna farma kwiatowa popada w ruinę. Grozi mu eksmisja i zajęcie nieruchomości. Żona i córka nie chce go znać, tylko wnuczka trzyma jego stronę, ale wypadałoby jakoś pomóc opłacić jej studia. I tak krok po kroku, zupełnym przypadkiem, weteran wojny koreańskiej zostaje przemytnikiem na usługach groźnego kartelu. Bo lubił jeździć po kraju, dobrze znał drogi i nie dostawał mandatów. To historia prawdziwej osoby, Leo Sharpa, który zmarł w 2016 roku  w wieku 92 lat. Oczywiście jest tutaj tylko pretekstem do eksplorowania szerokich połaci biografii samego Eastwooda. I aktem oskarżenia wobec czasów, które sprawiły, że tak zasłużone osoby musiały trudnić się przestępczym procederem, by godnie żyć.

Kadr z filmu “Przemytnik”

Ciekawym wątkiem jest pochwała Eastwooda dla tradycyjnie amerykańskich wartości i stylu życia, jak daleko jednak dojrzalsza od tego, co prezentuje agresywny tumult konserwatywnej kontrrewolucji ruchu alt-right pod przewodnictwem Donalda Trumpa. Jest to chwalebny powrót do wzorców wypracowanych w epoce Reagana, gdzie osoba przywiązana do tradycyjnych wartości nie musiała być rasistą, nie stosowała też metod wulgarnego poniżania swoich przeciwników światopoglądowych. Tacy Amerykanie starej daty byli otwarci na wszystkie mniejszości, wykazywali się chęcią niesienia pomocy, bo tak nakazywała po prostu ludzka przyzwoitość. Choć zdarzało im się nazwać Afroamerykanina mianem negro, to po prostu dlatego, że zostali wychowani w czasach, gdy było to coś normalnego, nienacechowanego pejoratywnie. Ci ludzie nie byli więźniami słów i przypisywanych im znaczeń, byli pokoleniem, dla którego działania i faktyczne intencje miały większą wartość. Choć daleko mi do takich poglądów, Eastwood jest tutaj bardzo przekonującym ich adwokatem.

Przemytnik to film, który będzie stanowił miły seans dla widzów niemal w każdym wieku, co zaobserwowałem na seansie – obecnym był na nim cały przekrój wiekowi od nasto- do “dziesięcio”- latków. Oglądanie tego dostarcza po prostu niezłej rozrywki i angażuje uwagę przez cały czas projekcji. Spora w tym zasługa naprawdę klasowego doboru aktorów drugoplanowych, wśród których znajdziemy takie nazwiska jak Dianne West, Bradley Cooper, Laurence Fishburne, Michael Peña czy Ignacio Serricchio. Choć u nas najnowsze dzieło Eastwooda jest niezbyt mocno promowane, ma szansę stać się stałym bywalcem kanałów telewizyjnych za kilka lat. I kto wie, czy nie zapozna z Eastwoodem kolejnego pokolenia widzów, którzy dzięki temu będą chcieli poznać jego dorobek z siedmiu dekad przebogatej kariery.

3.5/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.