FilmyKinoRecenzje

„Cztery córki” – ocalić tożsamość, odzyskać głos [RECENZJA]

Kamil Dormanowski
„Cztery córki” / mat. prasowe Nowe Horyzonty

Film zaczyna się nieobecnością. Choć polski tytuł – podobnie jak angielski – informuje widza o czterech córkach, widać i słychać tylko dwie. Ich siostry, odkąd dołączyły do Państwa Islamskiego, stały się dla reszty rodziny bolesnym widmem. By zrekonstruować i jak najdokładniej opowiedzieć historię kobiet, reżyserka – Kaouther Ben Hania – wynajmuje dwie aktorki (Nour Karoui i Ichrak Matar), które mają wcielić się w nieobecne kobiety. Olfie, matce tytułowych córek, niewyobrażalnie trudno jest wrócić myślami do wydarzeń, które na zawsze podzieliły jej rodzinę. Do najtrudniejszych emocjonalnie scen zatrudniono więc aktorkę, Hend Sabri, której udział miał pomóc kobietom zmierzyć się ze swoją biografią niejako „od zewnątrz”. W efekcie powstała produkcja będąca jednocześnie dokumentem, fabularną biografią i swego rodzaju materiałem „making of” – zapisem pracy nad samym filmem, który zostaje jednak włączony do produktu końcowego.

Synkretyczny, formalnie nieoczywisty charakter Czterech córek już od początku seansu okazuje się jak najbardziej trafnym pomysłem. Swoim stylem przykuwa uwagę widzów, nie zaburzając jednak wymowy samej opowieści. Wręcz przeciwnie, historia córek Olfy, ujęta z wielu perspektyw i za pomocą zróżnicowanych środków (wywiad, rekonstrukcja czy uchwycona na planie rozmowa na tematy wszelakie), jest przedstawiona wyczerpująco, chociaż film trwa zaledwie 110 minut, a w centrum znajduje się temat-rzeka, czyli szeroko rozumiana represja kobiet w społeczeństwie patriarchalnym. Reżyserka w doświadczeniu bohaterek nie doszukuje się jednak odpowiedzi na to, jak kształtują się i działają mechanizmy kontroli i seksizmu, zamiast tego skupiając się na strategiach oporu wobec zastanego porządku.

kadr z filmu Cztery córki
„Cztery córki” / mat. prasowe Nowe Horyzonty

Takie ujęcie tematu pozwala występującym w filmie osobom w pełni zaprezentować swoją historię i indywidualność. Zamiast ryzykownego uogólnienia doświadczenia kobiecego i religijnego, każda z bohaterek zostaje potraktowana jako pełnoprawna jednostka. Nietrudno zauważyć, że reżyserce bardzo zależało na tym, żeby nie pominąć żadnej opinii, głosu ani wspomnienia, które opowieść rozwiną i pozwolą jej się rozgałęzić. Nie boi się więc zestawiania ze sobą często sprzecznych poglądów na różne tematy (zwłaszcza dotyczące seksualności i sposobów autoprezentacji), które wypowiadają Olfa, jej córki, a także wspomniane wcześniej aktorki. Nie unika (oczywiście za zgodą swoich bohaterek) także scen, które mogłyby być dla zgromadzonych trudne, wywoływać płacz. W pamięci pozostaje sekwencja, w której Majd Mastoura (praktycznie jedyny męski aktor w Czterech córkach) przytłoczony odgrywaną rolą, musi wyjść i odetchnąć. Jedna z dziewczyn, która ze względu na biograficzny i osobisty charakter sceny również mogłaby odmówić udziału w niej, prosi jednak, by kontynuować nagranie. Reżyserka, mając świadomość terapeutycznego charakteru tego fragmentu, umieszcza go w końcowej wersji montażowej.

Przeczytaj również:  Wybieramy najlepsze role Kirsten Dunst [ZESTAWIENIE]

W filmie Ben Hani, co komuś przed seansem może wydać się dziwne bądź niespodziewane, ważną rolę odgrywa też humor. Śmieją się wspominające swoje przeżycia bohaterki, a także, dopytujące o szczegóły i integrujące się z rodziną, aktorki. Spora część bolesnych wspomnień, z racji swojego dystansu czasowego, wywołuje wśród kobiet uśmiech, który często jest terapeutyczny, wyzwalający. Prowokuje je też do refleksji nad tym, co z perspektywy lat miało w ich biografii wymiar pozytywny. Oglądając te sceny, widz sam ma szansę poczuć ulgę i zaczyna się uśmiechać, obserwując piękny akt wzmacniania się rodzinnych i koleżeńskich więzi, które są w stanie przetrwać najbardziej traumatyczne przeżycia i urazy.

„Cztery córki” / mat. prasowe Nowe Horyzonty

Z drugiej strony pojawia się tu pewien dysonans – zwłaszcza podczas oglądania śmiejącej się Olfy, która opowiada o surowym karaniu i biciu swych córek. W trakcie większości tych opowieści nie towarzyszy jej reszta rodziny. Skonfrontować punkty widzenia można więc dopiero przy okazji innych scen. Tutaj śmiech wydaje się bardziej zasłoną niż terapią – eskapistyczną próbą tłumaczenia się z matczynych błędów. W tych właśnie chwilach, gdy Olfa jest sama przed kamerą, ujawnia się skomplikowana i targana sprzecznościami natura jej osoby. Z jednej strony głęboko kocha swoje córki, z drugiej zaś ta miłość i strach przed represjami patriarchalnego systemu (którego absurdów sama boleśnie przez całe życie doświadczała) popycha ją w stronę restrykcyjnego, tłumiącego indywidualność jej dzieci porządku wychowawczego. Sama reżyserka bezbłędnie uchwyciła niełatwe położenie Olfy, mówiąc o niej w wywiadzie, że jest „tak żywiołowa, niejednoznaczna i złożona, że nie sposób pokazać jej tylko z jednej strony”. Tylko prawdziwie wrażliwa na społeczne nierówności artystka byłaby w stanie przedstawić postać matki tak, by oddać jej motywacjom i uczuciom należytą sprawiedliwość, jednocześnie pozwalając sobie na krytyczną polemikę, która nie popada jednak ani razu w nadmiernie krytyczny, oskarżycielski ton. Kaouther Ben Hania bez wątpienia udowadnia, że do takich właśnie artystek należy.

Przeczytaj również:  „Zarządca Sansho” – pułapki przeszłości [Timeless Film Festival Warsaw 2024]
„Cztery córki” / mat. prasowe Nowe Horyzonty

To właśnie polemiczny charakter filmu jest jedną z jego największych zalet. Każda z osób ma okazję wypowiedzieć się w sposób swobodny, podczas spontanicznych rozmów na temat: modeli wychowawczych, miejsca religii w społeczeństwie i represji wobec kobiet. Narracja nie narzuca banalnych formułek bądź komunałów, które miałyby posłużyć za rozwiązanie palących problemów społecznych, oddając głos uczestniczkom. Dominują tu sceny rozmów aktorek z rodziną Olfy, w czasie których dopytują się one (na potrzeby wcielenia się w rolę) o realia dorastania i panujące w domu obyczaje. Te proste pytania przeradzają się często w nieskrępowane scenariuszem debaty o społecznych postawach wobec kobiecości i islamu, do których zajmująca konstrukcja filmu zaprasza także odbiorców. Zajmując się tematem represji i ograniczeń, Cztery córki proponują, niejako w ramach protestu, formę nadzwyczaj otwartą, a co za tym idzie dynamiczną i angażującą.

Banalne może wydawać się podsumowanie wypowiedzi stwierdzeniem „to film, który każdy powinien zobaczyć”, ale jestem przekonany, że tak właśnie jest. Cztery córki to nie tylko świadectwo przezwyciężania traumy i ciekawy formalnie obraz tworzenia filmów, ale także ważny społeczny portret, który burzy wiele utrwalonych w światowej (a zwłaszcza europejskiej) kulturze mitów na temat kobiecości w krajach arabskich. Kaouther Ben Hania, świadoma jak bardzo nieprzystająca do tematu może być narracja dziennikarska, postawiła na opowiedzenie obecnej już wcześniej w mediach historii na nowo – tym razem mieszając fikcję z dokumentem, pozwalając rodzinie Olfy na niejednoznaczne, wielopłaszczyznowe ujęcie jej historii. Cztery córki przez cały czas swego trwania przypominały mi co najbardziej cenię w kinie – utrwalenie jednostkowego ludzkiego doświadczenia w taki sposób, że zyskuje ono cechy opowieści uniwersalnej.

 

Korekta: Adrian Jankowski

Ocena

8.5 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.