Advertisement
Klasyka z FilmawkaPublicystyka

Klasyka z Filmawką: „Siedmiu samurajów” (1954)

Kamil Dormanowski
Grafika autorstwa Marysi Posiadało

W grze Yakuza: Like a Dragon główny bohater Ichiban Kasuga w ramach aktywności pobocznych może wybrać się do studyjnego kina, gdzie obejrzeć można dziesięć filmów, które w mniej lub bardziej oczywisty sposób nawiązują do klasycznych pozycji japońskiej i światowej kinematografii. Wśród nich znajduje się obraz zatytułowany The Rugged 48, opowiadający o czterdziestu ośmiu wojownikach wynajętych, by obronić wioskę przed atakami rozbójników. Sam tytuł w oczywisty sposób nawiązuje do historii o czterdziestu siedmiu roninach, o których fikcjonalizowane opowieści znane są jako Chūshingura, fabuła zaś jest bezpośrednią (pomijając liczbę bohaterów) kalką Siedmiu samurajów Akiry Kurosawy.

 Humorystyczna minigra polega na tym, że naciskając odpowiednie przyciski, gracz musi uchronić protagonistę przed zaśnięciem w niezwykle wygodnym fotelu kinowym. Sennemu nastrojowi sprzyjają także pewne fabularne dłużyzny i techniczne mankamenty oglądanych filmów, które bohater w połowie rozgrywki będzie komentować. W przypadku The Rugged 48 w zakłopotanie wprowadza go ilość postaci o bardzo podobnych i trudnych do zapamiętania imionach, z czego usłyszeć można między innymi: Ichiro, Jiro, Saburo, Nijuuniro, Sanjuugoro, Shijuushichiro. Dodatkowo Ichiban zdaje się mieć problem z odróżnieniem poszczególnych postaci ze względu na monochromatyczny styl filmu.

Kadr z filmu „Siedmiu samurajów”
fot. „Siedmiu samurajów” / Toho

Segment ten oczywiście nawiązuje do konwencji rządzących sztukami i filmami „z epoki”, czyli jidaigeki. To, co tu stanowiło parodystyczne przerysowanie, dla wielu współczesnych widzów może być rzeczywistą obawą, powstrzymującą ich przed seansem japońskich klasyków kina. Będąc niezwykle popularnym i wpływowym dziełem, Siedmiu samurajów wciąż może odstraszać swoją długością (3 godziny i 27 minut), zaawansowanym wiekiem (w tym roku minęło 70 lat od premiery!), a także sporą kadrą postaci, na których trzeba się skupić. Pomimo tego obraz Kurosawy pozostaje jednym z najbardziej cenionych filmów wszech czasów i niezwykle angażującym widowiskiem. Co więc składa się na trwałość jego sukcesu?

*

O tym, że film Kurosawy zainspirował mnóstwo dzieł kultury wiadomo nie od dziś – wystarczy przywołać równie znany amerykański remake, Siedmiu wspaniałych. Odwołania do Siedmiu samurajów nie zawsze były jednak tak bezpośrednie, często dotyczyły wybranych schematów fabularnych lub wątków. Najbardziej wpływowy z perspektywy dzisiejszego widza zdaje się pierwszy akt – czyli zbieranie drużyny tytułowych bohaterów. Dynamika między postaciami, a także zręczne „rozłożenie” charakterów jest wzorem dla wielu opowieści, które za oś fabularną obierają współpracę jakiegoś większego kolektywu. Wśród samurajów znajdą się więc między innymi: postać mędrca bądź mentora, czyli Kambeia; Kikuchiyo – wybuchowego szaleńca; Katsushiro – idealistycznego, naiwnego młodzieńca; Kyuzo – stoickiego mistrza swego rzemiosła. Wystarczy wziąć zaledwie dwóch bohaterów, a ich osobowości pozwoliłby na napisanie ciekawego wątku bądź dialogu. Mając siedem takich pozornie archetypicznych, ale w tym przypadku pogłębionych protagonistów ma się już spore pole do manewru, co Kurosawa niewątpliwie mistrzowsko wykorzystuje.

Relacje między bohaterami Siedmiu samurajów rozwijają się głównie poprzez wspólną naukę współpracy – każdy z wojowników walczy inaczej, preferuje różne strategie i ma odmienne motywacje. Długi czas trwania pozwala na poświęcenie uwagi praktycznie każdemu z nich, a ostatecznie zsyntetyzować ich preferencje i doświadczenia w batalistycznym widowisku. Geniusz ostatecznej walki opiera się nie tylko na wspaniałej choreografii i zdjęciach (chociaż im też trzeba oddać sprawiedliwość), ale przede wszystkim na połączeniu wszystkiego, co widz miał okazję oglądać wcześniej – planowania pozycji oddziałów, treningów, rekonesansów i rozmów o potencjalnym przebiegu potyczki. To nie tyle film o walczeniu, a bardziej o tworzonych metodą prób i błędów strategiach, dlatego też Kurosawa wynagradza cierpliwość i spostrzegawczość odbiorców – zapewnia bowiem, że żadna z wcześniejszych scen nie była zbędna i wpływ praktycznie każdej z nich można dostrzec w tym jak rozgrywany jest punkt kulminacyjny. Kunsztowna praca reżysera przy rozładowywaniu napięcia jest nie do odzwierciedlenia – nawet wśród licznych zastępów naśladowców Siedmiu samurajów trudno znaleźć fabułę, która była przeprowadzona tak bezbłędnie i z perspektywy widza ostatecznie satysfakcjonująco.

Przeczytaj również:  „Kokuho” – żegnaj moja onnagata [RECENZJA]
Kadr z filmu „Siedmiu samurajów”
fot. „Siedmiu samurajów” / Toho

Na uwagę zasługuje również muzyka skomponowana do filmu. Odpowiadał za nią Fumio Hayasaka, którego artystyczna współpraca z Kurosawą rozpoczęła się od nieco zapomnianego (ale skądinąd bardzo dobrego) Pijanego anioła i trwała aż do śmierci Hayasaki w 1956 roku. Ścieżka dźwiękowa do Siedmiu samurajów przyciąga uwagę już od napisów początkowych: monumentalna, inspirowana orkiestrą zachodnią, ale wciąż zachowująca kulturową tożsamość – dobrze oddaje zarówno uniwersalny fabularny schemat, jak i typowo japońskie, historycznie tło. Na dowód tego, jak dobre utwory skomponował Hayasaka wystarczy powiedzieć, że muzyka grająca podczas pięciominutowego interludium przeznaczonego dla widzów kinowych jest na tyle chwytliwa, iż nawet nie chce się przewijać tego dziś już pozornie niepotrzebnego antraktu.

*

Powszechnie traktuje się Siedmiu Samurajów przede wszystkim jako przygodowy film akcji, eksponując takie wątki jak wyżej omówione zbieranie drużyny, przygotowywanie strategii obronnej i kulminacyjna bitwa. Byłoby jednak niesprawiedliwością zredukować treść filmu wyłącznie do tych – oczywiście wybitnych – momentów, ponieważ Kurosawa kreuje też zgrabny dramat społeczny. Ta odsłona może zdać się na pierwszy rzut oka nieco zawoalowana bądź subtelna, ale na swój sposób działa to bardzo dobrze – scenariusz mógłby ucierpieć jakościowo, gdyby stał się rezonerskim traktatem o moralności i nierówności. W swojej ostatecznej formie zachowuje odpowiednie, wyważone proporcje.

Kikuchiyo, grany przez Toshiro Mifune, jest człowiekiem środka. Syn rolnika, który próbuje udowodnić swoją wartość jako wojownik o fałszywym rodowodzie, swoją traumę maskuje wyreżyserowanym szaleństwem. Jest rubaszny, krzykliwy, agresywny i porywa się na wyzwania zazwyczaj go przerastające. Dlatego też tym silniej wybrzmiewa jego monolog do towarzyszy broni – być może najlepsza scena filmu. Uderza on, niemal ze łzami w oczach, w hipokryzję roninów, gdy ci z obrzydzeniem myślą o wieśniakach dobijających wojowników, aby ukraść im rynsztunek. Kikuchiyo wie przecież z własnego doświadczenia, że ta desperacja rolników jest przede wszystkim skutkiem przemocowej polityki wyższych warstw społecznych, w tym samurajów. Scenę można potraktować jako swoistą cezurę, moment w którym stanowe spięcia zostają werbalnie zaadresowane – od tego czasu dynamika pomiędzy poszczególnymi postaciami zacznie się zmieniać, w rozmowach rozbrzmiewa więcej zrozumienia i –  co z perspektywy widza niezwykle satysfakcjonujące –  koleżeństwa.

Kadr z filmu „Siedmiu samurajów”
fot. „Siedmiu samurajów” / Toho

Nie jest to oczywiście jedyny fragment, w którym Kurosawa rozważa nad narodowym mitem samurajskim. Równie pamiętna jest jedna z początkowych scen filmu, gdzie wprowadzony zostaje najstarszy i najbardziej doświadczony z siódemki – wspomniany już wcześniej Kambei. Grany przez Takashiego Shimurę wojownik, aby uratować dziecko przed bandytą, ucina swój kok, symbol statusu. W ten sposób upodabnia się do mnicha i jest w stanie zmylić porywacza. Postać ma pełnić w grupie rolę mędrca i jego pierwsza decyzja wystarczająco to sygnalizuje – poprzez odrzucenie powierzchownych atrybutów samurajskich, a co za tym idzie także dumy, jest w stanie pomóc innym. Zdaje się, że Kurosawa stara się szukać tu przede wszystkim wzorców pozytywnych, w odróżnieniu do swojego młodszego kolegi, Masakiego Kobayashiego, który – wystarczy przywołać wybitne Harakiri bądź Bunt – w obyczajowości wojowników doszukiwał się przede wszystkim pychy, obłudy i chciwości.

Rozważając o tym, warto zwrócić jeszcze uwagę na symboliczną rolę proporca zaprojektowanego przez Heihachiego, jednego z wojowników. Na fladze znajduje się sześć okręgów, oznaczających samurajów, jeden trójkąt, czyli już wspomniany wyżej, pochodzący z rodziny rolniczej Kikuchiyo, a także znak た (czyt. ta), mający symbolizować mieszkańców wioski. W pewnym kluczowym momencie filmu chorągiew zostaje wbita w ziemię i stanowi źródło inspiracji dla wszystkich biorących udział w obronie. Niezależnie od społecznych różnic, każdy z nich jest reprezentowany przez proporzec, który staje się pieczęcią potwierdzającą ich nową tożsamość zbiorową – nie tylko jako wojowników i rolników, ale przede wszystkim obrońców wioski – przestrzeni, która tymczasowo staje się łącznikiem między tymi grupami.

Przeczytaj również:  „Peaky Blinders: Nieśmiertelny” – Rozbrojony [RECENZJA]
Kadr z filmu „Siedmiu samurajów”
fot. „Siedmiu samurajów” / Toho

Zostając w tym temacie, Kurosawa ciekawie operuje przestrzenią na zasadzie konfliktu wnętrze-zewnętrze. Dla wieśniaków wnętrzem jest oczywiście zamieszkana przez nich osada, z otaczających ją pól i lasów przychodzi zaś zagrożenie – rozbójnicy. Od tego czasu równowaga zostaje zachwiana.  Mieszkańcy wsi są w ciągłym niebezpieczeństwie, bo gdy przyjdzie pora żniw z każdej strony może nastąpić atak. Takim sposobem wnętrze przestaje być „bezpieczną przystanią”, cały świat staje się właściwie locus horridus. Nie jest to wina wyłącznie bandytów – wystarczy przyjrzeć się scenie, w której delegaci z osady wyruszają do miasta, by szukać chętnych do pomocy samurajów. Szybko zostają wyszydzeni i poniżeni, jednocześnie martwiąc się głodem i uciekającym czasem. Kolejne partie filmu polegają już na odbudowywaniu „wnętrza”, po części nawet dosłowne, bo obrona wioski w dużej mierze zależy od strategii topograficznej – odpowiednim rozmieszczeniu barykad i oddziałów, przy uwzględnieniu ukształtowania terenu i warunków pogodowych.

Sytuacja bohaterów tytułowych zdaje się być nieco inna – będąc roninami, nie mają stałego miejsca służby ani żadnego konkretnego celu. Do nich nie przystają więc kategorie wnętrze–zewnętrze, cały czas walczą w imię kogoś innego. Kurosawie niewątpliwie podoba się tak romantyzowana, nieco melancholijna wizja wojownika-tułacza, czego dowodem może być także świetny dyptyk składający się z Straży przybocznej i Sanjuro: samuraja znikąd. Postać grana w tych filmach bez wątpienia świetnie odnalazłaby się obsadzie Siedmiu samurajów. 

*

Siedmiu samurajów to film, który oferuje znacznie więcej niż mogłoby się wydawać. Zawsze będzie niezapomnianą i angażującą rozrywką, ale jego geniusz nie kończy się wyłącznie na walorach przygodowych. To wdzięczny materiał do analizy charakterologicznej i socjologicznej, a także cały zbiór świetnych narracyjnych technik, które nie bez powodu od siedemdziesięciu lat inspirują światowych twórców. Trzy i pół godziny to wystarczająco dużo czasu, by przywiązać się i w pełni przeżywać wszystkie tragedie i sukcesy tych bohaterów, nie odstraszają też przed ponownymi seansami. Nigdy nie da się zaś wyczerpująco o filmie Kurosawy napisać, bo by objąć szereg wszystkich możliwych tematów i propozycji interpretacyjnych potrzeba solidnej monografii. Nie znaczy to, że nie warto – bo o Siedmiu samurajach myśli i pisze się z prawie taką samą przyjemnością, jak ogląda.



korekta: Daniel Łojko
+ pozostałe teksty

Student filologii polskiej i pasjonat historii literatury, nie tylko rodzimej. Chciałby wydać choć jedną powieść, ale najpierw trzeba napisać. W kinie fan melancholii, sentymentalnych wątków miłosnych i zabawy konwencją gatunkową. Może za 15 lat będzie na bieżąco z One Piece.

Ocena

9.5 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.