Klasyka w dniu premiery – “Borat”

Klasyka kina to nie tylko filmy sprzed pięćdziesięciu lat! Postanowiliśmy nieco odświeżyć formułę naszej serii, i od czasu do czasu będziemy pisali również o nowszych, 10-15 letnich filmach, które naszym zdaniem już zasłużyły sobie na taką renomę. I które w krótkiej perspektywie czasowej będą już klasyką pełną gębą. 


Brytyjskiego komika Sachy Barona Cohena nikomu przedstawiać nie trzeba, gdyż on sam i jego liczne inkarnacje stały się już ikonami popkultury. Mało jednak kto spodziewałby się po nim, że pochodzi z raczej wyższych sfer: jako dziecko chodził do prestiżowych prywatnych szkół, później ukończył historię na Uniwersytecie Cambridge. Rodzice Cohena to Żydzi i on sam do dziś jest wierny wyznaniu, w którym został wychowany, a antysemityzm doczekał się w jego twórczości licznych odniesień i prowokacyjnych komentarzy.

Przygodę z aktorstwem rozpoczynał w studenckim teatrze, a jego pierwszą sławną inkarnacją stał się Ali G – swego rodzaju „biały murzyn”, przesiąknięty łączącą rap z reggae subkulturą początkujący gangster z angielskich przedmieść. Ta postać wystąpiła w filmie Ali G Indahouse z 2002 roku, a także prowadziła swój własny program rozrywkowy Da Ali G Show na antenach brytyjskich telewizji. To w tam emitowanych skeczach swój początek miały dwie kolejne inkarnacje Cohena, które później otrzymają własne produkcje kinowe – austriacki homoseksualny dziennikarz Bruno Gehard, oraz nasz dzisiejszy bohater Borat.

Borat

Kim jest Borat Sagdijew? Charakteryzuje go niezwykle ikoniczny wygląd: kręcone, kruczoczarne włosy i takiż, niezwykle gęsty sumiasty wąs, do tego nieodzowny szary garnitur, brązowe buty i bardzo wysoko podciągnięte skarpety. Borat należy do elity swojej społeczności, jest wykształconym reporterem telewizji, który jeździ po świecie nagrywając materiały przybliżające swoim rodakom życie w owianych legendami krajach bogatego Zachodu. A jego własna ojczyzna? Oczywiście Kazachstan, choć symbolizuje on kulturę tych wszystkich krajów, których mieszkaniec Anglii czy Ameryki nie bardzo w stanie jest konkretnie zlokalizować ani wymówić ich nazw.

Te postradzieckie, azjatycko – europejskie białe plamy, gdzie muszą żyć zapomniani ludzie trzeciej kategorii. Bohater uderza też w tony słowiańskie, a nawet polskie – swoje materiały często zaczyna od w osobliwy sposób wymawianego słowa na kształt naszego jak się masz , a kończy równie egzotycznie brzmiącą wersją dziękuję. Tak więc mimo nieodzownego powiązania z Borata z tym krajem, tutaj Kazachstan jest tylko symbolem. Dużej od wagi od Cohena wymagało posłużenie się autentycznym państwem, równie dobrze mógł użyć jakiegoś wymyślonego tworu (jak np. Sokovia w uniwersum Marvela, czy ZubrovkaGrand Budapest Hotel) a i tak większość jego rozmówców nie zorientowałaby się, że ma do czynienia z fejkiem.

Borat

W filmie z 2006 roku o cudownie brzmiącym tytule Borat: Podpatrzone w Ameryce, aby Kazachstan rósł w siłę, a ludzie żyli dostatniej nasz reporter dostaje od kazachskiego rządu zlecenie nakręcić film dokumentalny o „najwspanialszym kraju świata”, czyli oczywiście US i A. Razem z producentem filmowym Azamatem Bagatovem (klasycznie sparowany z wysokim i szczupłym Cohenem groteskowo malutki Ken Davitian) , wyruszają w podróż przez kraj kupioną wcześniej w komisie ciężarówką do rozwożenia lodów (panowie boją się latać samolotem z uwagi na zamachy z 11 września, za którymi, jak wierzą, stali Żydzi). Spotkania z mieszkańcami USA są dla Borata polem do miażdżącego wręcz napiętnowania ograniczenia, ksenofobii, ignorancji, arogancji i czego tam jeszcze Amerykanów w starciu z tak odrębnym od nich kulturowo osobnikiem.

Komik nie oszczędza nikogo – dostaje się zarówno feministkom z Nowego Jorku, które nie są w stanie nawiązać żadnego dialogu z przybyszem, jak i fanom rodeo gdzieś z Teksasu, którzy po faux pas Kazacha przy śpiewaniu hymnu chcą go niemal zlinczować. Ośmieszani są zarówno prości ludzie jak i elity, chociażby w słynnej scenie uroczystej kolacji (podczas której Borat myli słowo retiredretarded), na którą sprowadza czarnoskórą prostytutkę. Widzimy ekstatyczne stadionowe spotkanie religijne, wizytę reportera w sklepie z konfederackimi antykami, czy podróż przyczepą kempingową z członkami bractwa studenckiego, patologicznymi seksistami. Osią filmu jest miłość Borata do Pameli Anderson, którą zobaczył w lecącej na hotelowym telewizorze czołówce Słonecznego Patrolu i którą zamierza uprowadzić i poślubić.

Obraz, który ogląda się jak dość osobliwą, ale jednak typowo głupią komedię omyłek zyskuje bardzo mocno w odbiorze, gdy przeczyta się o tym, jak został nakręcony. Otóż nikt  z osób na ekranie poza Cohenem, Davitianem, czarnoskórą prostytutką Luenell oraz Pamelą Anderson nie wiedział, w czym bierze udział! Borat naprawdę wkręcił się na autentyczne rodeo by zaśpiewać hymn, naprawdę udawał nawrócenie na autentycznej stadionowej uroczystości religijnej, naprawdę pojechał do wioski w Rumunii gdzie prezentował jej niczego nieświadomych mieszkańców jako członków swojej rodziny.

Metoda była prosta – członkowie ekipy Cohena i reżysera Larry’ego Charlesa dawali prankowanym osobom do podpisania zgody na udział w filmie dokumentalnym. Nikt nie spodziewał się, w czym naprawdę wystąpi, a po premierze ukończonego dzieła do jego twórców zaczęły spływać pozwy. Chociażby od faceta, który tak panicznie uciekał przed chcącym się do niego przytulić na ulicy Nowego Jorku Boratem. Oglądając film ze świadomością, że to wszystko dzieje się naprawdę jestem w stanie wręcz na własnej skórze odczuć zakłopotanie rozmówców kazachskiego reportera.

Borat

Zobacz również: Klasyka z Filmawką – “Andriej Rublow” Tarkowskiego

Jest jeszcze drugie dno tego filmu – to niezwykle wzruszający momentami film drogi, pokazujący samotność i problemy egzotycznego przybysza z nawiązaniem relacji z Amerykanami, do których mimo szczerych intencji nie jest w stanie dotrzeć. Nietuzinkowość Borata, jego brak obycia i nieprzystosowanie do zachodnich obyczajów (nie wynikające przecież z jego winy) doprowadzają historię w komiczny sposób do smutnej puenty, której konsekwencje będą już na poważnie. To bogactwo treści dzieła, które można odbierać zarówno jako głupiutką komedyjkę, niezwykle inteligentną satyrę na społeczeństwo oraz uderzający w poważniejsze tony dramat sprawia, że Borat: Podpatrzone… z całym przekonaniem może już być nazywany klasyką kina.


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.