Advertisement
FilmyKinoRecenzje

„Resident Evil” – Zmartwychwstanie [RECENZJA]

Daniel Łojko
Kadr ze zwiastuna filmu „Resident Evil”

Fani Resident Evil z pewnością wielokrotnie łapali się za głowę, kiedy przez lata Paul W.S. Anderson oraz inni twórcy próbowali przenosić gry Capcomu na kinowe ekrany. Gwoździem do trumny filmowej serii była siódma odsłona – Witajcie w Raccoon City. Pomimo wielu prób, także na gruncie animowanym, żadna produkcja nie zbliżyła się do chociażby przyzwoitego poziomu. Być może dlatego (i jeszcze przed sukcesem Zniknięć) za reżyserskimi sterami postawiono Zacha Creggera, który swoją wizją Resident Evil plasuje się wśród najciekawszych, współczesnych horrorowych twórców.

Cregger do spółki ze współscenarzystą Shayem Hattenem porzucili wszelką mitologię i kanon gier – za co zresztą zdążyło im się oberwać od internetowych „fanów” Resident Evil, którzy dodatkowo zaczęli już rewizjonim potworków z Millą Jovovich. Jeśli zatem macie chrapkę na kolejną, tak dobrą adaptację gry wideo, to już wiecie, przez kogo jej nie dostaniecie. Nowy film to niezależna historia bez znanych bohaterów, ale z wieloma charakterystycznymi elementami. W centrum swojej fabuły panowie osadzili Bryana – borykającego się z kłopotami w związku kuriera medycznego, który otrzymuje zlecenie kursu do Raccoon City. Grana przez fenomenalnego Austina Abramsa postać napotyka na trasie problemy, które prędko zamieniają się w rozpaczliwą walkę o przetrwanie. Twórcy startują zatem z czystą kartą i za sprawą przypadkowego, niedoświadczonego bohatera, zgrabnie i sprytnie przenoszą „growość” Resident Evil na ekran. Bryan nie jest kompletną pierdołą, ale podstawowa obsługa pistoletu czy samo celowanie przychodzą mu z dużym trudem. To z kolei mocno usprawiedliwia absurdalny, slapstickowy humor filmu, którego w 90 minutach metrażu jest całkiem sporo.

Fot. „Resident Evil” / materiały promocyjne Sony Pictures

Nie jest to bynajmniej komedia, a wpisany w ducha gier survival horror. Główny bohater napotyka na swojej drodze najróżniejsze maszkary, których jedynym celem jest rozprzestrzenienie zarazy. Cregger mocno skłonił się ku body horrorowi, więc jeżeli ta odnoga grozy to Wasza bajka, z pewnością się tutaj odnajdziecie. Monstra powstały z połączenia klasycznych efektów specjalnych z tymi komputerowymi, i raz czy dwa można przyczepić się do jakości tychże (zwłaszcza w scenie z psem na farmie), ale w ogólnym rozrachunku jest pomysłowo, brutalnie, krwawo i mokro. Twórcy często korzystają z mroku oraz braku światła, aby podbudować atmosferę lub czymś zaskoczyć, ale podejrzewam, że była to też sprytna sztuczka, by czasem ukryć designowe niedoskonałości stworzeń, z którymi będzie mierzył się Bryan.

Film niejednokrotnie hołduje nie tyle fabułom gier, co ich popularnym czy irytującym mechanikom. Ot, przetrząsanie szuflad w poszukiwaniu amunicji lub wszechobecne kłódki będą dla zwykłego widza jedynie krótką, zabawną, ale i naturalną wstawką. Fanowi Residenta tłumaczyć niczego nie trzeba. Dodatkowo easter eggi są tutaj nie tylko mrugnięciem oka, lecz mają także swoje małe, scenariuszowe funkcje, minimalnie pogłębiając dosyć płytki scenariusz. Pewnie, kadr z maszyną do pisania (która w niektórych grach służyła do zapisu stanu gry) może jest aż za głośny i przydługi, ale jednocześnie daje nieznanym postaciom małe backstory. Okazjonalne użycie perspektywy quasi-pierwszej osoby w małych pomieszczeniach świetnie zamyka widza w butach Bryana, budując niepokojącą klaustrofobię. Resident Evil może i jest filmem w 100% rozrywkowym, ale mało tu bezcelowego efekciarstwa. Ba, przez dosyć sporą część metrażu Cregger bardziej skupia się na oszałamiającej niepewności i klimatycznym niepokoju. Wszak tym w dużej mierze od 30 lat jest cała seria.

Przeczytaj również:  Klasyka z Filmawką: „Bionicle: Maska Światła” (2003)

Łyżką dziegciu niewątpliwie jest tempo filmu, zaś ścisła końcówka to chyba jego najsłabszy element. Mam wrażenie, że Cregger jeszcze nie do końca rozpracował ten fragment w swoim scenopisarstwie, bo problem ten występował zarówno w jego debiutanckich Barbarzyńcach, jak i w Zniknięciach. W RE twórca irytująco podkręca tempo w ostatnich 10-15 minutach, kiedy musi nadrabiać dystans, który przeznaczył wcześniej na powolny rozwój historii w pierwszym akcie. Powierzchowna fabuła niby ma jakiś punkt kulminacyjny oraz rozwiązanie, ale następują one po prostu zbyt gwałtownie. W pewnym momencie da się również zauważyć powtarzalną strukturę scenariusza, tj. „walka z potworem-chwila spokoju/komediowy przerywnik-jumpscare-nowy potwór”. W teorii jest to bardzo growe, w praktyce ten sposób przeniesienia produkcji Capcomu na film wypadł chyba najsłabiej. W oczy kłuje czasem także zbyt częsty brak powagi i irytująca bezrefleksyjność oraz obojętność Bryana wobec wydarzeń mających miejsce wokół niego. Występ Austina Abramsa skutecznie zamazuje jednak te wady, a postawienie na perspektywę zwykłego gościa, zamiast doświadczonego agenta-zabijaki, to strzał w dziesiątkę. Resident Evil to teatr jednego aktora i nie dziwię się, że po występie w Zniknięciach Abrams otrzymał tu główną rolę. Ten gość jest po prostu niezwykle poczciwy i ekspresyjny, a jego komediowy timing nie tylko rozbraja panujące napięcie, ale także je buduje.

Kadr ze zwiastuna filmu „Resident Evil”

Dla kogo w ogóle jest Resident Evil? Zwykły widz pójdzie na to, jak na zwykłego popcorniaka i otrzyma dobry, rozrywkowy produkt. Pytanie, co z fanami serii? Ciężko stwierdzić, czy będą ukontentowani, bo gracze to jedna z najbardziej niezadowolonych grup fanów w całym Internecie. Brak Leona Kennedy’ego czy Jill Valentine wyszedł filmowi tylko na dobre, bo pozwoliło uniknąć to powtarzalności oraz narzekań na to, że Leon ma włosy w złym odcieniu blondu. Cregger postawił zaś bardzo wyraźny stempel jakości przy swoim nazwisku. Jasne, wciąż ma przed sobą jeszcze długą drogę ku doskonaleniu się jako twórca, jednak jego postęp jest zauważalny z filmu na film.

korekta: Krzysztof Kurdziej

+ pozostałe teksty

Dziennikarz, maruda, fan „Gwiezdnych wojen”, „Władcy Pierścieni” filmów superbohaterskich oraz muzyki wszelakiej. Chociaż jego gust ukształtowało „GTA: San Andreas”, to nie znajdziecie większego fanatyka utworu „Na jednej z dzikich plaż” grupy Rotary.

Ocena

7 / 10

Warto zobaczyć, jeśli polubiłeś:

Barbarzyńcy, Zniknięcia

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.