„SICK” – Babcia musi odejść | Recenzja | 51. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni
W swoim debiucie Agata Trzebuchowska balansuje między naturalistycznymi przedstawianiem pokwitania i przekwitania a osuwaniem się w cielesny horror transgresji. I robi to tak zręcznie i autentycznie, że dopiero długo po zakończeniu seansu zorientowałam się, że mimo eksploracji seksualnego tabu, obejrzałam dość prostą i oczywistą freudowską powiastkę.
Motyw powrotów po latach do rodzinnego domu w polskiej kulturze ostatnio wiąże się raczej z konfrontacjami i rozliczeniami niż z ponownymi odwiedzinami w arkadii lat dziecinnych. Wbrew trendom Agata Trzebuchowska w SICK wydaje się korzystać z tego drugiego motywu, ale zadaje pytanie, czy do jakiegokolwiek dzieciństwa, nawet najszczęśliwszego i najbardziej beztroskiego, warto jest wracać. Odpowiedzi zdaje się udzielać już wyborem gatunkowym, którym jest horror i to horror cielesny. Wszak wspominamy naprawdę wtedy, gdy minione czasy przywołujemy nie tylko w swoim umyśle, ale właśnie przede wszystkim w ciele.

Fabuła SICK idzie dwoma torami: torem obumierania i torem dorastania głównego bohatera. Choroba (zdaje się, że terminalna demencja) babci Maksa pokazana jest z naturalistycznie, miejscami wręcz turpistycznie. Babcia ma odleżyny, przepaca koszulę nocną tak, że trzeba zmieniać także pościel, nie chce jeść, a gdy już pozwala się nakarmić, to wszystko wypluwa, rozbiera się do naga bez powodu. Wszystko to jest codziennością osób zmagających się z obłożną chorobą i ich opiekunów. Kamera Edelmana niby pokazuje postępującą przemianę babci (w trupa? może w coś innego?) jak w filmie obyczajowym, ale wystarczy zmienić kąt i oświetlenie, żeby współczucie zmieszane z lekkim obrzydzeniem przerodziło się w potęgujący się niepokój, który przenosi nas z dramatu rodzinnego do horroru. Bo faktycznie, ekstremalne sytuacje, z którymi przychodzi nam się mierzyć w codziennym życiu w przypadku ciężkiej choroby, zmuszają do przerażających transgresji, nawet jeśli uczestniczy się w nich jako obserwator. Trzebuchowska wyzyskuje perfekcyjnie środki kina grozy, żeby ten stan oddać.

Dorastanie Maksa jest przede wszystkim dorastaniem cielesnym, abiektalnym. Trzebuchowska już w pierwszej scenie strzela w nas ropą z pryszcza, która rozbryzguje się na ekranie, przysłaniając zażenowanego bohatera. Płyny różnych proweniencji będą opuszczać ciała mniej lub bardziej mimowolnie i zawsze będą się wiązać ze wstydem, chęcią ukrycia i lękiem. Tak, jak w pierwszej scenie, tak i w toku narracji Maks jako osoba trochę ginie za lepką zasłoną z wydzielin. Prawda, lubi komiksy, czyta „Mechaniczną pomarańczę”, ale nie składa nam się to na zbyt skomplikowaną osobowość. Maks jako postać roztapia się w swojej spermie, ropie z pryszczy, wymiocinach i pocie. Większy potencjał na główną bohaterkę ma Emma. Nastolatka zmaga się z ograniczeniami fizycznymi w profesjonalnym tenisie – jest sportowczynią wyraźnie ze średniej półki, zbyt wolną, za mało precyzyjną, za słabą – co przypłaca depresją. Próbuje sobie z tym radzić, wykorzystując inne aspekty swojego ciała: wprowadzając je w odmienne stany za pomocą używek, inicjując romans z wiejskim nauczycielem, wreszcie prowokując seksualnie swojego skonfundowanego brata. Każdy z tych wątków mógłby zostać ciekawie rozwinięty w ramach konwencji, ale obserwujemy Emmę oczami Maksa, uprzedmiotowioną jako zakazany obiekt seksualny. Jest to trochę rozczarowująca perspektywa. W buty dorastającego chłopaka wchodziliśmy wiele razy, w buty dorastającej dziewczyny, która jedne niedostatki fizyczne próbuje kompensować naddatkami innych, sięgając przy tym po kazirodztwo już nie.

Jest jednak w tych przedstawieniach pewien autentyzm i empatia, która pozwala na bycie bezradnym w tym, że kochana babcia nas brzydzi, a cycki głupiej siostry podniecają. Ujęcia, jak na horror, potrafią być zaskakująco długie, niemal impresyjne, przyglądają się swoim bohaterom z uwagą i zainteresowaniem godnymi bardziej kina obyczajowego. Podobnie jak granice między czystym i akceptowalnym a brudnym i wypartym, zacierają się granice między horrorem, naturalizmem i kinem psychologicznym. Dzieje się to za pomocą tak delikatnych środków, że niemal niezauważalnie, płynnie, jakby inaczej słońce odbiło się na chwilę w lustrze i przez kilka sekund zniekształcało obraz.
Te wszystkie zręczne, piękne i miejscami ekstremalne środki składają się jednak na dość prostą przypowiastkę freudowską o powrotach do dzieciństwa, które nie są w stanie pewnych procesów zatrzymać, a tylko wykręcają ich bieg w podkówkę. Trudno mi doszukać się wartości w przełamywaniu właśnie tego rodzaju tabu, nie wiem komu i czemu mogłoby się to przysłużyć (być może to przywilej jedynactwa). Trzebuchowska daje się jednak poznać jako zręczna reżyserka, umiejąca odnaleźć nie tylko te wilgotne, ale i miękkie miejsca i jeszcze ubrać je w niebanalną gatunkową oprawę. I choć niejasny i rozmyty przekaz ginie pod ekstremalnymi środkami, to SICK broni się jako doświadczenie kinowe, doświadczenie przeżyte w ciele.
Korekta: Łukasz Al-Darawsheh
Tekst powstał w ramach współpracy partnerskiej z Festiwalem Polskich Filmów Fabularnych.
Fanka kina zarówno arthousowego, jak i śmieciowego, wielbicielka Campion, Żuławskiego, Vardy, Eggersa, blogerka facebookowa (@blurbyzceluloidu), opiekunka dwóch laboratoryjnych świnek morskich.
