KulturaMuzyka

Muzyczne rekomendacje: Marzec 2020

Kuba Małaszuk
Kolaż z materiałów prasowych

Zrozumiałym jest, że według wielu osób rok 2020 jest jednym z gorszych od dawna. Na szczęście na osłodę cały czas przychodzą kolejne wydawnictwa muzyczne. Marzec – podobnie jak poprzednie miesiące – obfitował w naprawdę przykuwające uwagę premiery. Oczywiście wybraliśmy kilka naszych ulubionych, a zaczniemy od tej najgłośniejszej.

The Weeknd – After Hours

Okładka płyty “After Hours” – The Weeknd

Nigdy nie należałem do grona szalikowców Abla. Do dziś pamiętam, jak w liceum naśmiewałem się z mojego przyjaciela, że wówczas bardzo lubił go słuchać. Od wspomnianych wydarzeń minęły, mniej więcej cztery lata; ja w tym czasie zacząłem pałać sympatią do Weeknda, a sam Abel wydał chyba najlepszy album w dotychczasowej karierze i choć nie sprawił, że zakupiłem szalik, to dobitnie utwierdził mnie w przekonaniu, że w liceum byłem bucowatym dupkiem. 

Największą zaletą After Hours jest produkcja, która stanowi o wyjątkowości atmosfery panującej na tym albumie. Dzięki rozwleczonym basom i rozciągniętym syntezatorom, większość utworów ma subtelny, ambientalny vibe, wspaniale współgrający z talentem Abla do nagrywania wybitnych pościelówek. Mocną kartą, zagraną podczas tworzenia tej płyty okazała się także różnorodność, ponieważ inspiracje rozciągają się tutaj od ambientu popu, przez garażową elektronikę i trap, aż do synthpopu, który, pomimo tego, że w 2020 jest już trochę pójściem na łatwiznę, działa tu wyjątkowo zadowalająco. Kończę już, bo mam wrażenie, że chwaląc produkcję rzucam oczywistościami, skoro za After Hours stoją m.in. takie tuzy jak Kevin Parker, Oneohtrix Point Never, czy Metro Boomin (turn this hoe into a moshpit). A Abel? Jak to Abel. Bardzo ładnie i wzruszająco jak (prawie) zawsze. (Kuba Małaszuk)

Porridge Radio – Every Bad

Okładka płyty “Every Bad” – Porridge Radio

Notką o The Weeknd skończyłem pisanie o albumach lekkich i spokojnych. Od teraz będzie się działo coraz więcej, i więcej, a na pierwszy mocniejszy przystanek wybrałem czwarty długograj wywodzącego się z Brighton kwartetu – Porridge Radio. Madison Bloom z Pitchforka określiła ich w następujący sposób: Porridge Radio make indie rock for the angsty antisocial in all of us i myślę, że jest to dobre wyjście dla mojego blurbika. 

Piosenka otwierająca album Every Bad nosi tytuł Born Confused, co całkiem nieźle opisuje ten zespół. Muzyka Porridge Radio jest nieco chaotyczna, ekspresyjna i pełna emocji. Miękki, lekko senny indie rock przeplatają punkowymi eksplozjami, pełnymi hałaśliwych gitar. Wokalistka – Dana Margolin gra tutaj bardzo ważną rolę, ponieważ potrafi bardzo sprawnie przerzucić się ze swojej charakterystycznej, zblazowanej maniery, na pasjonujący, maniakalny krzyk. Every Bad potrafi raz być uroczo chwytliwe, a zaraz wściekle kakofoniczne. Ten materiał faktycznie jest zdezorientowany, ale bynajmniej nie znaczy to, że jest niespójny. Wszystko (może oprócz dość osobliwej, zabarwionej elektroniką końcówki) jest tu na swoim miejscu i ma okazję wybrzmieć tak jak powinno. Mainstreamowa muzyka gitarowa umiera, ale co roku w podziemiu wychodzą płyty, które pokazują, że rock to wciąż angażujący środek wyrazu. To jest jedna z nich. (Kuba Małaszuk)

Lil Uzi Vert – Eternal Atake

Okładka płyty “Eternal Atake” – Lil Uzi Vert

Fani Uziego musieli w ostatnich kilkunastu miesiącach wykazać się naprawdę sporą cierpliwością. Jego drugi longplay miał wyjść już w 2018, ale ostatecznie ukazał się w zeszłym miesiącu. Biorąc pod uwagę, że mowa o artyście tak dużej skali, z tak zaangażowanym fanbejsem, trudno się nie zdziwić, że oczekiwania wobec Eternal Atake były ogromne. Sam do grona największych fanów Verta nie należę, ale również miałem nadzieję, że będzie to porządna płyta.

Jest więcej niż porządna. I tak – kosmiczny koncept okazał się być wydmuszką, ograniczoną do okładki i kilku skitów, ale czy to ma większe znaczenie? Eternal Atake to wciąż cholernie satysfakcjonujący album, na którym Uzi łączy potężne, przesterowane bengery (Homecoming, You Better Move), z kolorowymi, melodyjnymi trackami jak Celebration Station, czy Venetia. Instrumentale są tu naprawdę świetne, ale najwięcej frajdy dają mi występy Verta, który leci po trackach jak USS Enterprise przez galaktykę. Chłopak wykazał się najlepszą nawijką w swojej karierze. Jest porywająco charyzmatyczny na Silly Watch, poruszająco chwytliwy na I’m Sorry. Odsłuch drugiej płyty Uzi’ego to piękna przejażdżka. Nie mam ochoty lądować. (Kuba Małaszuk)

Shakaba And The Ancestors – We Are Sent Here By History

Okładka płyty “We Are Sent Here By History” – Shakaba And The Ancestors

Jedną z moich życiowych misji jest odnalezienie dobrego, polskiego odpowiednika dla słowa grand. Niby są: wielki, efektowny, okazały, ale jakoś tak się zafiksowałem, że nic nie oddaje dla mnie rozmachu tak dobrze, jak ten angielski przymiotnik. Wspominam o tym, bo drugi album Shakaba And The Ancestors jest właśnie grand. Jest grand af.

Shakaba Hutchings – gwiazda brytyjskiej sceny jazzowej, znowu wybrał się do RPA i zebrał ten sam skład, z którym w 2016 wydał Wisdom of Elders – jeden z moich albumów jazzowych minionej dekady. We Are Sent Here By History to bezpośrednia kontynuacja tamtego projektu, jednak tym razem jest mocniej i dosadniej. Płycie towarzyszy głośny i wyraźny polityczny przekaz, przebijający się głównie przez poezję Siyabongi Mthembu, który śpiewa i recytuje. 

We are sent here by history/The lighter gave fire, and was present at the burning/The burning of the republic/Burnt the names, burnt the records, burnt the archive, burnt the bills, burnt the mortgage, burnt the student loans, burnt the life insurance/An act of destruction became creation

Zespół mówi wprost: niektóre rzeczy trzeba wyeliminować, żeby zbudować coś nowego. Wolność, którą niesie za sobą jazz sprawia, że jest to idealny środek wyrazu, dla tego typu treści. W zeszłym roku Yazz Ahmed mówiła o feminizmie, Matana Roberts o amerykańskiej historii, teraz Shakaba And The Ancestors mówią m.in. o mizoginii, toksycznej męskości (We Will Work (On Redefining Manhood)) i rewolucyjnym akcie palenia. Dzięki spiritual jazzowej oprawie wszystko to wybrzmiewa niesamowicie dosadnie. Saksofony Hutchingsa i Mvubu wprowadzają w trans, sekcja rytmiczna (Zomonsky, Mogorosi i Makhene) porywa ciało, sprawiając, że szczerze zaczyna się wierzyć we wszystko, co zespół chce przekazać. Album brzmi zjawiskowo i oferuje szeroką gamę doświadczeń, od wzruszających ballad (Teach Me How To Be Vulnerable) i energetycznych bengerów (The Coming Of The Strange Ones), po niepokojące, odjechane wykręty (Beasts Too Spoke Of Suffering). Fantastyczne wydawnictwo, które nie chce mi się znudzić. (Kuba Małaszuk)

Dogleg – Melee

Okładka płyty “Melee” – Dogleg

No, I’m not there, I’m not just anywhere but here/And did you see my face, was it good enough?/But still, I trod on, unflinching wrists/I can never tell, was I good enough?/I’m never good enough. 

Dogleg pochodzą z niedużego miasta Ann Arbor w stanie Michigan i robią muzykę, która z jakiegoś powodu bardzo pasuje mi do takiego settingu. W końcu, czy zbuntowane emo to nie trochę domena składów z małych i średnich amerykańskich miast? 

Wcześniej zapowiadałem, że będę opisywał coraz ostrzejsze albumy i oto doszliśmy do momentu, gdzie na tapet biorę płytę, która od początku do końca nie daje nawet chwili wytchnienia. Melee to 35 minut przejmujących, powodujących ciarki, krzyczanych wokali Alexa Stoitsiadisa, głośnych gitar, szarżującej sekcji rytmicznej i absolutnie gorzkich tekstów. Dogleg nie bawią się w półśrodki i hartują wkurwienie, niczym Zkibwoy u Dinali, co jest przepisem na świetny post-hardcore. Ich debiutancki materiał jest wybitnie energetyczny, wzruszający i porywający do tego stopnia, że bardzo chciałbym usłyszeć ten materiał na żywo, bo każdy kawałek tutaj, to hit. (Kuba Małaszuk)

Serpent Column – Endless Detainment

Okładka płyty “Endless Detainment” – Serpent Column

Ciągłe przebywanie w domu, z którym większość z nas musi się teraz mierzyć, czasem wiąże się z pewnym niedoborem bodźców. Otóż, ja mam na to magiczny lek i jest to nowa EPka Serpent Column, która dostarcza ich aż w nadmiarze. Jeszcze w 2019 Amerykanie nagrali album, który głównie czerpał z black metalu i dodawał do niego core’owe elementy, ale w tej chwili core’ów jest już chyba więcej niż czerni.

Endless Detainment, to trochę taki ekwiwalent włożenia głowy do pralki, betoniarki, czy jakiejkolwiek innej maszyny pracującej na wysokich obrotach. Serpenci wrzucili najwyższy bieg i nagrali płytę, która trwa 22 minuty, ale dostarcza tyle wrażeń, że nie śmiem prosić o więcej. Album otwiera wokalny rzyg, a w tle dostajemy mathcore’owe, dysonansowe gitary i blastującą perkusję. Zabójczo brutalny opener niesie za sobą równie intensywne rozwinięcie i zakończenie. Bandcamp zespołu opisuje to jako sonic embodiment of scorn and antipathy deployed as a belligerent assault upon the senses i mam wrażenie, że do tego opisu już nie muszę nic dodawać. Endless Detainment to czysta agresja, która fanom ekstremalnego metalu sprawi na pewno dużo przyjemności. (Kuba Małaszuk)

Dua Lipa – Future Nostalgia

Future nostalgai
Okładka płyty “Future Nostalgia” – Dua Lipa

Na samym początku albumu – w tytułowym Future Nostalgia – Dua Lipa zapewnia, że w planach nie ma stworzenia kolejnego, wypełnionego fillerami, zestawu piosenek, lecz czegoś, co wywoła przetasowanie na rynku muzycznym. Brytyjka od jakiegoś czasu przyzwyczaiła nas do dobrze brzmiącego popu, lecz należy przyznać, że ta płyta stanowi nowe rozdanie w jej karierze. Future Nostalgia jest przejażdżką po przebojowych trendach ostatnich 20 lat. Dua Lipa czerpie z wielu wzorców – pojawia się tu groove w klimacie Kylie Minogue, urocze Cool, którego basowe partie brzmią jak outtake z Emotion Carly Rae Jepsen, zadziorne, Lizzo-podobne rnb no i, rzecz jasna, pełno tu FUNKU na wzór byłego współpracownika Lipy – Calvina Harrisa. Chociaż można zarzucić dwóm ostatnim nutom, że nie trzymają poziomu przebojowej reszty albumu – szczególnie wybija się dość karykaturalne w swoim społecznym przekazie Boys Will Be Boys – to większość Future Nostalgii wypełniona jest przyjemnymi – a nawet uzależniającymi, vide Physical (czy tylko mi przypomina to trochę Glorię Gaynor?) – refrenami, które zapraszają do tańca. Z kimś takim za kółkiem nie trzeba bać się o drogę. (Wiktor Małolepszy)  

Rosalie. – IDeal

Rosalie "IDeal" - zamów album na defjam.pl
Okładka płyty “IDeal” – Rosalie.

W dwóch pierwszych miesiącach nieco zaniedbałem polskie poletko płytowe, więc w marcu koncentruję się na nim ze wzmożoną siłą. Miłym zaskoczeniem był dla mnie fakt, że nie musiałem dokonywać specjalnej selekcji, lub poświęcać miejsca należnego zagranicznym artystom – Polacy w marcu zdominowali moją plejlistę i to właśnie rodzimych wydawnictw słuchałem najchętniej. Może to przez tęsknotę za rodakami, spowodowaną niechcianą kwarantanną?

Przeczytaj również:  "Koniec Świata w Makowicach" [RECENZJA]

Anyway, jako pierwszą z polskich płyt wydanych w marcu pragnę gorąco zarekomendować IDeal niezwykle utalentowanej Rosalie. Dziewczyna od kilku lat konsekwentnie buduje swoją pozycję największego talentu naszego popu z potężnym potencjałem komercyjnym, który, ku mojemu ciągłemu zdziwieniu, nie został jeszcze zbyt dobrze zagospodarowany przez eskarocki (ejsap rocky). Ma świetne warunki wokalne, jej rozmarzony i subtelny głos dobrze odnajduje się zarówno na Arianowych balladach (Moment) jak i potężnych hitach rnb (Chodź, chodź, chodź). Na IDeal natomiast zaprezentowała najlepszy zestaw piosenek w swojej karierze i praktycznie każdy kawałek ma singlowy potencjał. Najbardziej wybijają się te wyprodukowane przez Chloe Martini – moim skromnym zdaniem najlepszą polską producentkę, która ma na swoim koncie współpracę z Miguelem i Janelle Monae! Jej umiejętności i doskonałą synergię z Rosalie. widać chociażby na Najbliżej, czyli kopii Kaytranady, która brzmi lepiej niż jakikolwiek numer z jego ostatniej płyty. Oczywiście, nie jest to album IDealny, ale na polskiej scenie popu długo nie było czegoś tak bliskiego perfekcji, jak najnowsza płyta Rosalie. (Wiktor Małolepszy)  

TUZZA – Giardino

TUZZA – GIARDINO Lyrics | Genius Lyrics
Okładka płyty “Giardino” – TUZZA

Najlepszy polski duet raperów powraca z kolejnym albumem. TUZZA przyzwyczaiła słuchaczy do, rzadko spotykanej na polskiej scenie hiphopowej, konsekwentności w wydawaniu rzeczy na poziomie. Co roku rzucają EPki, single, zdarzy się również jakiś longplay – i każde z tych wydawnictw nie tylko dopracowane jest do ostatniego dźwięku, ale świadczy o wielkiej świadomości muzycznej autorów. Benito i Ricci słyną przede wszystkim z łączenia polskich blokowisk z włoskim wybrzeżem, mafii pruszkowskiej z Camorrą, Wojtka Szczęsnego z Buffonem i również na Giardino odnaleźć można masę nawiązań do kultury potomków Juliusza Cezara, których odcyfrowywanie nierzadko sprawia sporą frajdę. Raperzy bowiem posługują się językiem z luzem i wyczuleniem na brzmienie, dzięki czemu w mig zasadzają w uszach słuchacza całą masę earwormów i fraz – jak chociażby: przede mną szmat drogi / nie potrzeba szmat drogich, lub: mam swoją drogę, dziękuje Sinatrze / jak lecę do słońca czasem w dół patrzę.

Oczywiście nie brakuje na tym materiale niesamowicie chwytliwych refrenów, bo chłopaki nie boją się śpiewania, a ich głosy wyjątkowo dobrze współdziałają z autotunem. Takie melodie, jak refren Haute Couture albo Portofino to klasa światowa – ich “światowości” sprzyja oczywiście również wplatanie włoskich fraz, które zaskakująco naturalnie brzmią w polskiej strukturze zdań. Featów nie ma tu zbyt wiele – chłopaki doskonale radzą sobie we dwóch, wzajemnie uzupełniając się na zwrotach i ścigając w ilości gier słownych niczym boli Ferrari. Giardino to przepiękna płyta i polecam ją  każdemu – nie tylko fanom rapu.  (Wiktor Małolepszy)

Nirlazc – My Universe Is Falling Down but It Will Never Hit the Ground

Okładka płyty “My Universe Is Falling Down but It Will Never Hit the Ground” – Nirlazc

Nirazc to młody sypialniany songwriter z Pomorza, którego jeszcze nikt nie zna, a ja oferuję wam możliwość bycia snobem i chwalenia się znajomością jego muzyki już teraz. Koleś już dwa lata temu, na debiutanckim Polar Night zaprezentował masę wrażliwości i pięknych, powolnych melodii – lo-fi slowcore jak się patrzy. W marcu powrócił z My Universe Is Falling Down but It Will Never Hit the Ground, które, jak wskazuje tytuł, jest jeszcze dłuższe i większe w skali. Muzyka młodego artysty przywołuje mocne skojarzenia z pierwszymi płytami The Antlers, gdzieś przewija się tu dream pop wymieszany z shoegazem, przesterowane, wycofane wokale zlewają się z instrumentalami, a cała płyta od razu tworzy specyficzny, apokaliptyczny nastrój. Zaskakująco dobrze komplementuje więc obrazy za oknami – ludzi w maseczkach, pustki na ulicach i kwietniową szarość. Jednocześnie pojawiają się tu również przytulne indeksy – takie Wind to urocza ballada, na której Nirlazc prezentuje swoje wyczulenie na melodię. Polecam szczególnie odpalić sobie wieńczący album kawałek tytułowy w jakiś deszczowy wieczór i popatrzeć na ścigające się na szybie krople, zastanawiając się, która pierwsza rozpryśnie się o ramę okna. (Wiktor Małolepszy) 

Biały Tunel – Biały Tunel

Okładka płyty “Biały Tunel” – Biały Tunel

Biały Tunel to projekt, którego w Polsce się nie spodziewałem. Współpraca między Tym Typem Mesem, Bartoszem Tkaczem i Szogunem. Zdaniem tego pierwszego – powiew świeżości na naszej scenie muzycznej i najlepsze wykorzystanie autotune’a w polskim rapie. Panowie nieźle nakręcili hype na płytę, a projekt końcowy… raczej nie podbił świadomości naszych słuchaczy. Mam wrażenie, że niewiele osób interesuje już, co Ten Typ Mes ma do powiedzenia, a odbiorców rapu w tym kraju zawsze bardziej interesowała warstwa liryczna niż muzyczne innowacje. Dlatego też Biały Tunel mógł okazać się zbyt wymagający dla przeciętnego słuchacza. Ten Typ Mes bowiem oddycha autotunem, garściami biorąc z twórczości Kanye Westa (oczywiste nawiązania do 808s jest oczywiste), pojawia się tu melorecytacja, kompletny bełkot, ale też politycznie zaangażowane liryki – jak zaskakujący featuring Pauliny Przybysz. Ogólnie ta płyta mocno odstaje od tego, do czego przyzwyczaili nas raperzy w tym kraju. Prawie nie ma tu braggi, a jak się pojawia – bliższa jest celowo żałosnym przechwałkom, skontrastowanym z jękami i rykami żalu. Mes nie sięga też blokowych tematów, częściej podróżuje w stronę jakichś abstrakcyjnych zbitek wyrazowych, z których wyczytujemy ogólny NASTRÓJ.

Przeczytaj również:  10 filmów studia A24, które powinny zostać grami [ZESTAWIENIE]

Myślę, że właśnie to słowo – N A S T R Ó J – jest kluczowe do opisania zamysłu panów z Białego Tunelu. Płyta brzmi naprawdę niezwykle, trapowe bity potraktowane są tu wykrzywiającym je przesterem, dominuje hip-house, apokaliptyczne trzaski, a czasami słuchacz potraktowany jest wręcz hałasem. Jestem pełen podziwu dla ambicji artystów, tym bardziej, że kawałki nie tracą na swojej melodyjności. Refreny Cierpa, Giury lub DooM# zostają w głowie, chociaż często złożone są z nielogicznych fraz, których rozpracowywanie uzależnia i zachęca do kolejnych odsłuchów. Chciałbym, żeby Biały Tunel wywarł jakiś wpływ na naszą scenę, lecz pewnie skończy tak, jak W lesie dziś nie zaśnie nikt – zostanie fajną ciekawostką, którą jarać się będą nieliczni. (Wiktor Małolepszy) 

Zobacz również: Muzyczne rekomendacje: Luty 2020

Jedna odpowiedź do ““Córka boga”, czyli “The Other Lamb” [RECENZJA]”

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.