KulturaMuzykaRecenzjeZestawienia

Puls Filmawki 04/2021 – rekomendacje muzyczne

Kuba Małaszuk
Kolaż z materiałów prasowych

Początek miesiąca, a my wjeżdżamy z podsumowaniem. Całkiem nieźle nam to idzie, także mamy nadzieję, że faktycznie udaje wam się wyłuskać z tych naszych tekstów coś dobrego dla siebie, a jeśli tak, to trzymajcie kciuki, żebyśmy obecną formę utrzymali do końca roku. Zwłaszcza, że jest czego słuchać w 2021, także nie przedłużam, bo trochę tych płyt wyszło. Tradycyjna playlista z naszymi ulubionymi utworami dostępna jest tutaj. Miłej lektury, miłego słuchania!

Klasycznie zacznę od rapu, choć w ostatnim miesiącu słuchałem go mniej niż zwykle, możliwe, że dlatego, że spędziłem trochę więcej czasu z dwoma albumami, które recenzowałem. Pierwszym jest Czary Mary od Sentino, wokół którego powstał niemały szum, ze względu na sytuację ze Step Records i głośny film Mateusza Osiaka z Rap Matters, który skrytykował duże rapowe media za to, że praktycznie wcale nie piszą o muzyce Sentina, a ta jest… definitywnie warta opisywania. Czary Mary to chyba najbardziej spójny i konsekwentny materiał Sebka i choć poziomem nie dojeżdża do szczytu umiejętności rapera, pozostaje udanym, dobrze brzmiącym niuskulowym krążkiem. Bezsprzecznie topka polskiego rapu AD 2021. Drugim jest ROADRUNNER: NEW LIGHT, NEW MACHINE, czyli szósty studyjniak teksańskiego kolektywu Brockhampton. O ile trylogia Saturation z 2017 została przyjęta bardzo ciepło, o tyle ich kolejne albumy raczej polaryzują słuchaczy. Z Roadrunnerem jest podobnie – jedni uznali go za jeden z lepszych albumów Brockhampton, drudzy nieco się zawiedli, trzeci po prostu czerpią z niego dużo przyjemności. Ja jestem gdzieś pomiędzy drugimi, a trzecimi. Lubię tę płytę, ale nie zostanie mi na długo w pamięci, co nie znaczy jednak, że nie warto jej sprawdzić. Warto, zwłaszcza, jeśli lubi się mariaż popu z rapem. 

No i powoli kończę z rapem, ale zanim przejdę do popowo-gitarowej muzyki, polecę jeszcze Flu Game londyńskiego rapera AJ Tracey, który w Polsce nie jest chyba odpowiednio znany, a szkoda, bo to wykonawca wielkiej klasy, który na drugim albumie pokazał, że jest bardzo wszechstronny i odnajduje się na agresywnych bitach czerpiących z drillu, klubowych, hip house’owych, czy 2stepowych bengerach. Są tu też elementy latynoskie, popowe; generalnie do wyboru, do koloru, ale jedno jest pewne – poziom zawsze pozostaje wysoki. Podobnie w przypadku reprezentanta Waszyngtonu – WiFiGawda, który w zeszłym roku sprezentował nam dwa fantastyczne mikstejpy (Heatcheck vol. 2 i Hot as Hell), a teraz w kwietniu rzucił świetną EPkę Full Court Press, która ocieka charakterystycznym pluggowym swagiem, płynie, unosi się i wiruje jak dym ze spliffa. Jeśli siadły Wam inne pluggowe płyty, które polecałem w tej serii, WiFiGawd jest pozycją obowiązkową. 

Okładka płyty “Flu Game” AJ Tracey

Przechodzę do popu, ale pozostaje stosunkowo blisko rapu, albowiem zajmę się teraz krótką, ale fascynującą EPką Lanceya Foux, którego album First Degree polecałem miesiąc temu. Lancey w kwietniu zaś, wrzucił trzy piosenki (niestety niedostępne na streamingach poza Soundcloudem), nagrane w zupełnie innej konwencji. Nie ma tu bengerów, są dream popowe, post-rockowe sample, morza reverbu i zatopiony w autotjunie głos Lanceya. Life in Boredom jest czymś naprawdę ciekawym, czymś co słyszy się stosunkowo rzadko. Osobiście uważam ten materiał za śliczny, ale przekonajcie się sami. Dla fanów auto-tune’a mam także drugi albumu Zacha Taylora, wydającego pod pseudonimem Dreamer Boy. All the Ways We Are Together to muzyka nostalgii do domówek w stylu amerykańskim, których nigdy się nie przeżyło, stania z drinkiem w kubku i rozkminia spraw miłosnych. To trochę takie Brockhampton, gdyby jego członkowie nie rapowali. Jest wiele uroku, sporo melancholii i młodocianego romantyzmu. Ja to kupuję. 

Teraz czas na pop o charakterystyce gitarowej. Spirit of the Beehive wydali wyśmienite ENTERTAINMENT, DEATH – album, który momentami brzmi jak twórczość Alexa Giannascoliego (kocham typa, także to u mnie spory komplement). Cholernie interesujący album, pełen niespodzianek, zwrotów akcji, przykuwających uwagę rozwiązań. Psychodeliczny, raz niepokojący, raz piękny, raz delikatny, gładki, raz wykręcony i szalony. Wspaniała zabawa, a skoro przy zabawie jesteśmy, to muszę wspomnieć o SKA DREAM Jeffa Rosenstocka. Ponowne nagranie jego NO DREAM z 2020 roku, wydane na 20 kwietnia (blaze it). Zamiast pop punku, dostaliśmy ska, ska punk, a momentami także dub (The Rudie of Breathing to jeden z tracków roku, przysięgam), a przede wszystkim kilogramy frajdy, setki uśmiechów, wybuchów śmiechu i euforii. Sam fakt powstania tego albumu jest cholernie śmieszny, a fakt, że brzmi on naprawdę dobrze, tylko potwierdza talent Jeffa. Typ samodzielnie sprawił, że ska stało się cool i to jest piękne.

Był pop NOWOCZESNY, był pop gitarowy, czas na pop progresywny. Nowe płyty wydali Ryley Walker i Bruno Pernadas. Pierwszy pochodzi ze Stanów i robi magiczny folk, flexuje się na umiejętność pisania harmonii i ślicznie śpiewa. Course In Fable na pewno spodoba się fanom Father John Misty, Nicka Drake’a albo Joni Mitchell. Drugi jest Portugalczykiem i na wspaniałym Those Who Throw Objects at the Crocodiles… z 2016 roku sporo jazzował, za co go pokochałem. Na tegorocznym Private Reasons więcej jest psychodelii, może mniej odkrywczości, ale jest to album miękki, znakomicie zagrany, dostarczający masę przyjemności i wybitnie dobrze dopasowany do wiosennej aury. Natura, słońce i Bruno w słuchawkach to gwarancja dobrego humoru.

Okładka płyty “Private Reasons” Bruno Pernadas

Skoro wspomniałem wcześniej o jazzie, to zrobię krótki przelot po premierach z tego gatunku. Fanom współczesnego jazzu spod szyldu wytwórni ECM polecam Uneasy, czyli nową płytę wspaniałego pianisty Vijaya Ivera. Jest smacznie skomponowana, czasem buja, czasem wprawia w zadumę, generalnie “porządny jazz w stylu ECMowym” powinien być tu wystarczającym deskryptorem. Ładne rzeczy. Mniej ładnie jest na Kwasach i Zasadach od chłopaków z Błota, których Erozje polecałem na Filmawce rok temu. To, że nie jest ładnie, bynajmniej nie znaczy, że jest źle. Po prostu w zakamarkach tej płyty czyha brud, agresywne groove’y, przestery, chryje i farmazony. Hip-hopowość Błota wystrzeliła, a ja siedzę, bujam się i robię durne miny, jak opętany. Nic poradzę, porywająca jest to muzyka – co track, to benger. Gdybyście chcieli po tym odetchnąć na jazzowo, to Two Roses Avishaia Cohena może okazać się sympatycznym wyborem, zwłaszcza jeśli lubicie wpływy Bliskiego Wschodu w muzyce. Cohen zaprosił Gotenburską Orkiestrę Symfoniczną i grają razem bardzo melodyjny, przyjemny jazz. 

Okładka płyty “Kwasy i Zasady” Błoto

Jeśli idzie o muzykę na wyluzowanie, to dobrze sprawdzić a softer focus amerykańskiej artystki Claire Rousay, która tworzy muzykę z pomocą dźwięków otoczenia, korzysta z nagrań terenowych, do tego dorzuca trochę instrumentów, a efekt powala, magnetyzuje, hipnotyzuje, wciąga, nie puszcza i wszystko inne co można napisać o dobrym ambiencie. Nieco gorszym ambientem jest nowy cykl płyt Sufjana Stevensa, napisany w żałobie po śmierci ojca. Meditations jest średnie, ale już Lamentations, Revelations i Celebrations prezentują wyższy poziom. Z całą serią na pewno warto się zapoznać, chociaż ja nigdy nie byłem i pewnie nie zostanę fanem ambientowego Sufjana.

Dobra, koniec odpoczynku i prawie koniec mojej części. Prezentuję ulubione płyty metalowe z kwietnia i oddaję mikrofon Wiktorowi. Rozpocznę z buta, agresywnie, wściekle, od metalcore’u i okolic. Zao wydali The Crimson Corridor, na którym randkują z post-metalem, sludgem i progiem. Są momenty gdzie brzmi to trochę jak wczesny Mastodon, są partie zaśpiewane na czysto, acz przeważa satysfakcjonująca nawalanka. Nie brakuje naparzania także na ULTRAPOP od The Armed, która jest płytą cholernie hałaśliwą, szybką, głośną. The Armed brzmią tu trochę jakby Dillinger Escape Plan spotkali się z Bring Me The Horizon z okresu Sempiternal. Innymi słowy: pośród hałasu i ogólnego rozpierdolu, kryje się cyfrowość i melodyjność. Może nawet trochę farmazon z tym kryciem, płyta nazywa się Ultrapop i tego popu jest tu bardzo dużo. Po prostu jest nasterydowany. Jeśli hałas i różne muzyczne dziwactwa to wasz przysłowiowy kawałek ciasta, koniecznie sprawdźcie nowy album Vivian Tylinskiej, tworzącej jako Victory Over the Sun. Tylinska, podobnie jak Jute Gyte (polecam również) wzięła się za robienie mikrotonalnego black metalu. Sama modyfikuje gitary, żeby komponować w nowatorskich strojeniach, a efekty są naprawdę zniewalające. Nowherer jest specyficzny, ale nie do przesady; ucho jest w stanie dość szybko przyzwyczaić się do tych nietypowych dźwięków i wtedy zaczyna się zabawa. Pełne pasji i świetne technicznie wokale, brudne riffy, delicje. Na koniec bardziej klasyczny black, czyli A Diabolic Thirst od Spectral Wound – album z okładką nawiązującą do norweskich klasyków, szybkimi, przestrzennymi riffy, wypełniony chłodną atmosfery i bardzo udanym darciem mordy; oraz dwie EPki od rodaków z Cultes Des Ghoules Deeds Without a Name i Eyes of Satan. Tutaj dostajemy smród, gnój, piekło, labirynty, diabły, goblinie skrzeki i odór zatęchłego lochu. Kvlt black metal na pełnej. –Kuba Małaszuk

Okładka płyty “Nowherer” Victory Over the Sun

W kwietniu na moich głośnikach & słuchawkach dominowała dynamiczna, optymistyczna i euforyczna muzyka, co niejako odzwierciedlało rozkwitającą nieśmiało za oknami wiosnę. Bliskim towarzyszem moich przejażdżek rowerowych stał się Miły ATZ i to nie tylko za sprawą ponownego odkrycia, jak świetnym materiałem jest jego ubiegłoroczny Czarny swing (o którym pisaliśmy rok temu), lecz również dzięki premierze self-titled projektu LOWPASS, czyli złożonej z pary producentów (Miroff, Wuja HZG (Wuja jest także członkiem Błota)) oraz duetu raperów (poza Miłym również Marceli Bober) rapowej ekipy. Materiał doskonale oddaje zajawkę ekipy brytyjskimi brzmieniami i choć nietrudno wskazać, który z raperów ma więcej skilla i charyzmy, to zazwyczaj panowie bardzo fajnie się uzupełniają. Poza tym, jest tu cała masa fantastycznych hooków – jak na singlowym Jesteś bydłem, czy wyczilowanym, eleganckim Jeden raz. Zresztą cała ta płyta to pokaz elegancji.

Przeczytaj również:  POWTÓRKA Z MUNKA #7: "Zezowate szczęście" (1960) GOŚĆ: Robert Siwczyk
Okładka płyty “Lowpass” Lowpass

Innym kwietniowym rapowym materiałem, który muszę wam wszystkim polecić jest Street Sermons pochodzącego z Północnej Karoliny Morraya. Koleś już od pierwszego singla (rewelacyjne Quicksand) pokazał, że ma potencjał na stanie się gigantyczną gwiazdą pop-trapu i od razu zebrał propsy od takich tuz mainstreamowej muzy jak J. Cole, czy Marshmello. Teraz wypuścił debiutancki album i wszystkie znaki na niebie i ziemi zwiastują, że Morray już niedługo stanie się gigantyczną gwiazdą – nie dość, że jego tracki okupują najpopularniejsze plejki na Spotify, to gość trafił do Freshmanów XXL – a sam materiał jest przekozacki. Co kawałek to earworm, Morray ma przepiękny głos (tytuł albumu nieprzypadkowy) i niezwykłą umiejętność pisania refrenów. Zapamiętajcie tę ksywę.

Wracając do wiosennych przejażdżek rowerem, kiedy dziś wybrałem się na podróż po pobliskich wsiach, towarzyszył mi Porter Robinson, którego single wrzucałem już do plejek w poprzednich miesiącach, wyczekując albumu. No i Nurture w końcu wyszło i mogę powiedzieć, że patrząc na okładkę tej płyty mniej więcej możecie zgadnąć, o co w tej muzyce chodzi. Porter robi bowiem EDM – lecz o wiele wyższej próby, niż Robin Schulz, czy Martin Garrix. Sięga on bowiem po synthpop, wysadza swoją muzykę glitchami i jego utwory mają o wiele większą wartość piosenkową. Gdzieś przeczytałem dwa porównania, które moim zdaniem dobrze oddają, czym jest Nurture. To muzyka dla osób, które mają na swoich plejkach openingi z anime oraz słuchają kawałków, lecących w tle maincraftowych gameplay’ów. Jednocześnie, piosenki Portera, przy całej swojej kiczowatości i slodkości, są starannie skonstruowane, a sam artysta niejednokrotnie eksperymentuje zarówno z ramami gatunkowymi, jak i swoim głosem. Na piedestale pozostaje jednak przebojowość – i naiwna, choć dziwnie ujmująca, afirmacja życia.

Przeczytaj również:  Nowe komiksy "Star Wars" od Egmontu - Najgorsza trylogia [RECENZJA]

Podobnie euforyczną płytą jest Actual Life (April 14 – December 17 2020) brytyjskiego producenta Fred Again... Kilka słów o jego muzyce napisałem równo rok temu, gdy podsumowywałem z Kubą kwiecień 2020. Wówczas ukazał się materiał, gdzie towarzyszył jako producent raperowi Headiemu One. Actual Life to jednak inna para kaloszy – Fred sampluje na nim rozmowy ze swoimi przyjaciółmi i innymi bliskimi osobami, poświęcając każdą piosenkę innemu istotnemu dla niego człowiekowi. Całość tonie w melancholijnej deep houseowej i bassowej aranżacji, dzięki czemu ta płyta sprawia się zarówno na parkiecie, jak i do czilowania ze znajomymi. Album ma zresztą momenty, gdy staje się absolutnie wybitnym materiałem – jak na rozdzierającym dyptyku poświęconym Angie, gdzie początkowo słyszymy I’m so tired of being strong, by później z ciszy wyłonił się kobiecy głos, wyśpiewujący łamiącym się głosem frazę I’ve been lost for a while / but I’m really tryin’. Zresztą – nieprzypadkowo przez cały album, jak motto, przewija się fraza We gon’ make it through. Naprawdę poruszająca rzecz, a zamykające projekt Marea (We’ve Lost Dancing) to jedna z najlepszych piosenek tego roku.

Okładka płyty “Actual Life (April 15 – December 17 2020)” Fred again..

Zostając przy przebojowym brzmieniu, pragnę zwrócić waszą uwagę na dwie bardzo udane epki. Pierwsza to Civilisation II znanego wam pewnie Kero Kero Bonito. Brytyjskie trio rozwija na nim swoje popowe brzmienie, tym razem odrzucając gitarowe i hałaśliwe wpływy na rzecz progresywnej elektroniki, house’u, nawet IDM. Bardzo ładny zestaw utworów, jak zresztą wszystko, co dotychczas wypuścił ten wspaniały zespół. Kolejna epką jest natomiast najnowszy materiał japonki grającej k-pop – Yukiki. O niej również wspominałem niedawno, kiedy zachwalałem wypełniony wpływami city popu debiutancki album artystki. timeabout, to o wiele lepszy materiał, głownie ze względu na umiejętną selekcję utworów i skondensowanie bombastycznego brzmienia japonki w zaledwie 5 utworach. Szczególnie polecam wspaniale zaaranżowane TIME TRAVEL, które jest chyba najlepszą piosenką w karierze Yukiki i zarazem doskonałym przykładem, na to, jak umiejętnie łączy klasyczne miejskie brzmienie japońskiego popu z k-popową dynamiką.

Wypada też trochę wyjść poza pop i dodać kilka słów o wydawnictwach spoza tego gatunku. Wszystkim fanom ASMR polecę króciutki album Élévation warszawskiego producenta Zaumne, który dla mnie jest jednym z największych talentów jeśli chodzi o krajowy niezal i nieustannie trzymam kciuki za jego sukces. Podobnie jak jego inny album z tego roku – Dreams of Teeth Falling Out, Elevation jest hipnotyzującym albumem, którego odsłuch to fizyczne, sensualne doświadczenie. Pozwólcie Zaumne dotknąć was swoją muzyką, a być może uzależnicie się, tak jak ja. Podobne odruchy wywołuje we mnie najnowszy album Leona Vynehalla, który na Rare, Forever eksploruje kolejne gatunki, jednocześnie dalej imponując swym talentem do tworzenia unikalnych palet brzmieniowych. Po wybitnych próbach house’owych i ambientowych, tym razem artysta zapuszcza się w rejony kwaśnego techno z fantastycznymi rezultatami. Minęło zaledwie kilka dni od premiery tego materiału, więc jeszcze się z nim nie oswoiłem (a ciężka to do oswojenia bestia), ale już teraz mogę wam powiedzieć, że mamy do czynienia z kolejnym wartościowym dodatkiem do dyskografii Vynehalla i jedną z najciekawszych techniaw w tym roku.

Okładka płyty “Rare, Forever” Leon Vynehall

Na koniec pragnę wspomnieć o moim wczorajszym odkryciu, czyli Arooj Aftab. To mieszkająca w Nowym Jorku Pakistanka, która na Vulture Prince tworzy wzruszający, ambientualny, a miejscami nawet jazzujący chamber pop – niemalże w całości po arabsku. Nie mam pojęcia co ona wyśpiewuje, ale znając kontekst (płytą postanowiła uczcić zmarłego niedawno brata) mogę z pewnością powiedzieć, że to niesamowicie poruszające doświadczenie. Głęboki, mocny wokal Arooj wchodzi głęboko pod skórę, czemu sprzyja oszczędna, elegancka aranżacja. Chcę szczególnie waszą uwagę zwrócić na Saans Lo, które, gdy usłyszałem pierwszy raz, odebrało mi mowę i zawładnęło moją uwagą. Wtedy wiedziałem, że mam do czynienia z wyśmienitą artystką – a Vulture Prince jest tego dobitnym potwierdzeniem. –Wiktor Małolepszy

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.