KulturaMuzykaTEMAT MIESIĄCA 05/20

Rozmawiamy o MUZYCE w filmach A24 [DWUGŁOS]

Kuba Małaszuk
Kolaż z materiałów prasowych

Kino cały czas udowadnia, jak potężnym narzędziem w kreowaniu atmosfery jest oprawa dźwiękowa na najwyższym poziomie. Co w tej kwestii do zaproponowania ma bohater naszego tematu miesiąca – studio A24? O tym rozmawiają dziś Kuba i Wiktor. Zapraszamy do lektury!

Kuba Małaszuk: Z czym Ci się kojarzy muzyka filmowa?

Wiktor Małolepszy: Kiedy słyszę ten termin, to od razu zaczynam myśleć – i chyba nie tylko ja – o wielkich, epickich motywach. W głowie lecą mi motywy Johna Williamsa, melodie, które niosą ze sobą obrazy i umieszczają nas w określonym miejscu i czasie. Ogólnie mam wrażenie, że muzyka tym się różni od obrazu, że mocniej oddziałuje na nasze wspomnienia – kiedy słucham płyt, kawałków, które kiedyś sporo dla mnie znaczyły, to przypominam sobie momenty, kiedy się w nich zasłuchiwałem. Podobnie myślę, że działa muzyka filmowa – słuchana osobno tworzy przed nami obrazy z danego filmu. Kiedy słucham synthów Lopatina,  przed oczyma staje mi spocony Pattinson, a kiedy słyszę charakterystyczne “tutututu”, widzę Harrisona Forda w kapeluszu.

Kuba: Zdecydowanie się zgadzam. Ten emocjonalny aspekt jest kluczowy, kiedy mówimy o soundtrackach filmowych. Myślę też, że to znamienne, że już na samym początku wspomniałeś o Williamsie. Jest coś w tym, że do terminu “muzyka filmowa”, w naszej zbiorowej świadomości przykleił się on, ale także Zimmer, czy Morricone. Przyznam szczerze, że choć faktycznie mają na koncie klasyczne motywy, to patrząc ogólnikowo – nie należę do fanów tego typu muzyki filmowej. Znacznie bardziej przemawiają do mnie subtelniejsze ścieżki dźwiękowe, tworzone często przez już wcześniej docenionych przeze mnie artystów. Mam tak na przykład z Jonnym Greenwoodem, dlatego też bardzo podoba mi się to z kim współpracują twórcy filmowi związani gdzieś ze studiem A24. To są naprawdę niebylejakie nazwiska – Stetson, Reznor, czy Lopatin.

Wiktor: Świetne jest to, że oni faktycznie wyławiają takich twórców, podobnie jak zresztą z reżyserami i reżyserkami. To w wielu przypadkach nie są soundtracki stworzone przez tuzów amerykańskiego showbiznesu lub uznanych, corocznych laureatów Oscarów – często są to osoby tworzące muzykę elektroniczną, wyspecjalizowane w swoich własnych niszach, jak Bobby Krlic, który odpowiadał za muzykę do Midsommar. Swoją drogą, jest to jeden z rzadkich przypadków, kiedy scenariusz był pisany pod muzykę osoby, która później odpowiadała za soundtrack w filmie – Ari Aster pisał Midsommar z albumami The Haxan Cloak w tle. Moim zdaniem to właśnie to podejście – inwestowanie w artystów, którzy nie są wyrobnikami z 5 soundtrackami rocznie i dużym nazwiskiem, lecz w prawdziwych muzycznych pasjonatów – wyróżnia studio A24 spośród wielu innych graczy na tym rynku.

Bobby Krlic oraz Ari Aster

Kuba: Tak, to jest bardzo ważne. Dzięki temu większość soundtracków działa naprawdę dobrze także w oderwaniu od dzieła filmowego, bo znacznie wyraźniej oddaje duszę kompozytora. Swoją drogą zaangażowanie Krlica do Midsommar szczerze mnie ucieszyło, ponieważ jak dziś pamiętam dzień, w którym byłem w kinie na Hereditary; oglądając ten film, nie mogłem oprzeć się wrażeniu, że za ścieżkę dźwiękową odpowiadał ktoś, kto brzmi jak mieszanka Colina Stetsona i właśnie The Haxan Cloak – co do drugiego się wtedy pomyliłem, ale kiedy okazało się, że będzie robił muzykę do kolejnego filmu Astera, poczułem się trochę proroczo. Tak, czy siak, to był bardzo dobry ruch, zwłaszcza, że muzyka The Haxan Cloak jest absolutnie przerażająca nawet kiedy nie funkcjonuje w obrębie filmu grozy. Mój pierwszy odsłuch Excavation, jeszcze w liceum, zmroził mnie do kości. Krlic to gość, który ma wielki talent do tajemniczej, strasznej muzyki i pokazał to komponując OST do Midsommar.

Nieco inaczej było w przypadku wspomnianego Stetsona, którego kariera solowa przebiegała inną ścieżką. Colin to prywatnie jeden z moich ulubionych współczesnych twórców post-minimalizmu, utalentowany kompozytor i wybitny saksofonista. Miło było mi usłyszeć, że tak rewelacyjnie poradził sobie ze ścieżką dźwiękową do horroru – charakterystyczne dla jego stylu pulsujące frazy kreują wyjątkową atmosferę. OST Hereditary jest jedyny w swoim rodzaju.

Wiktor: Pamiętam, że po seansie Hereditary kompletnie mnie zatkało, czego sporym sprawcą był właśnie Colin Stetson i jego dronowa muzyka. Fantastyczna scena na końcu i jego mistyczna, monumentalna muzyka są do dziś wbite w moją pamięć, a sam kawałek Reborn z soundtracku do tegoż filmu uważam za jeden z najlepszych muzycznych momentów poprzedniej dekady w kinie. Wcześniej nie znałem twórczości tego saksofonisty i postanowiłem zapoznać się z New History Warfare Vol. 2: Judges – po kilkunastu minutach wyłączyłem, bo kompletnie mnie przerósł apokaliptyczny nastrój całego albumu – no i te potworne dźwięki saksofonu…

Przeczytaj również:  Muzyczne rekomendacje: Maj 2020

Faktem jest jednak, że wśród tych soundtracków pojawiają się nie tylko przerażające, horrorowe nuty. Osobiście za topkę soundtracków z tego studia uważam przepiękny, przepełniony melancholią Moonlight Nicholasa Britella – twórcy muzy do jednego z moich ukochanych seriali, czyli Sukcesji. Są to bardzo spokojne, emocjonalne kompozycje, w doskonały sposób komplementujące medytacyjny nastrój całego Moonlight. Bardzo podoba mi się też zastosowanie kontrastu, z którego słynie Britell i co pokazał zestawiając muzykę klasyczną z hip-hopowym bitem we wspomnianej przed chwilą Sukcesji. W Moonlight opiera się to na wykorzystaniu rapowych klasyków, sensualnych przebojów soulu lub – co ciekawe – spowolnionych bangerów w filmie, którego większość scen skąpanych jest w owych subtelnych, delikatnych smyczkach lub muśnięciach pianina. Wielkie i podniosłe vs ulica – tak jak cały ten film.

Nicholas Britell

Kuba: Britell w Moonlight popisał się naprawdę świetnym modern classical i przyznam szczerze, że takim brzmieniem bardzo łatwo jest mnie kupić. Tym bardziej, że momentami uderzał w podobne tony co Max Richter na ukochanym przeze mnie albumie The Blue Notebooks. Piękne rzeczy.

Odkąd wspomniałeś o hip-hopie, nie mogę przestać myśleć o tym co z muzyką zrobił Schults w Waves. Chyba zgodzisz się, że jeśli chodzi o soundtrack – jest to wielki film. Raz, że cudownie oddał jego nastoletni charakter, korzystając z muzyki takich twórców jak Frank Ocean, Kanye West, Animal Collective, czy Kendrick Lamar. Dwa, że do skomponowania oryginalnej ścieżki zaprosił Trenta Reznora i Atticusa Rossa z Nine Inch Nails. Ci panowie komponują razem muzykę filmową już od 10 lat i wciąż robią to wspaniale, co udowodnili w zeszłym roku w serialu Watchmen i właśnie w Waves. To ile niepokoju udało im się wpleść w ambientową tkankę na Waves (Original Score), jest zachwycające. Bezdyskusyjnie jedna z moich ulubionych okołoelektronicznych ścieżek dźwiękowych. Oczywiście obok dokonań Lopatina.

Wiktor: I tu również pojawia się ciekawe zestawienie – z jednej strony chłodne ambienty Reznora i Rossa, a z drugiej mamy przegląd muzyki popularnej ostatnich kilkunastu lat, ze szczególnym wskazaniem na końcówkę ostatniej dekady. Choć muszę przyznać, że czasami wybór piosenek w Waves wydawał mi się trochę on the nose – jak użycie, cóż, Waves Kanye – to i tak jestem wdzięczny Schultsowi za to, że ktoś w końcu przygarnął niezwykle kinową muzykę Franka Oceana – podobne rzeczy zresztą pojawiły się w Euforii, która była wypełniona mniejszymi i większymi hitami.

Skoro już wspomniałeś o Lopatinie to z chęcią pociągnę temat jego soundtracków, bo ma na swoim koncie dwa bardzo charakterystyczne – do Nieoszlifowanych diamentów oraz Good time. Spotkałem się z opiniami, że jego energetyczne pasaże nie pasują do tych filmów, że wybijają się z tła, zalewają i utrudniają odbiór, odwracając uwagę widza. Moim zdaniem można to uznać za celowe działanie – w najnowszej produkcji braci Safdie to właśnie muzyka Lopatina działa jako kolejny element konstrukcji tego stresującego, nieprzyjemnego klimatu. Oglądając szaleństwo Howarda szukamy jakiegoś ratunku, którego nie oferuje nam soundtrack – wręcz przeciwnie, wyprowadza nas ze strefy komfortu tak, jak chociażby muzyka Stetsona w Hereditary. Który z tych dwóch wspominasz lepiej – Diamenty czy Good time? Czy może uważasz, że są nieporównywalne?

Daniel Lopatin

Kuba: Odpowiedź na to pytanie chciałbym poprzedzić krótkim propagandowym wstępem, otóż – Daniel Lopatin wielkim artystą jest. Uważam, że z tym stwierdzeniem nie ma co dyskutować. Jako Chuck Person wydał kluczowy album dla vaporwave’u (Chuck Person’s Eccojams Vol. 1), gatunku w pewnym stopniu charakteryzującego ostatnią dekadę, a jako Oneohtrix Point Never – takie albumy jak Replica, czy R Plus Seven – teraz już klasyczne pozycje we współczesnej muzyce elektronicznej. Teraz płynnie mogę przejść do Twojego pytania i uznać, że faktycznie ciężko jest mi wybrać ten bardziej ulubiony soundtrack. Zauważmy w ogóle, że Good Time nagrany został właśnie pod aliasem OPN, a Uncut Gems pod jego nazwiskiem. Ten pierwszy lepiej wpisuje się w charakterystykę OPNa – więcej agresywnej elektroniki, która budzi skojarzenia np. z Garden of Delete. Filmowo – Good Time jest neonowym, kwasowym bad tripem, podczas którego nie czujemy nadziei na koniec. Soundtrack świetnie to oddaje, natomiast OST Uncut Gems to po prostu odlot. Przypominam, że ten film zaczyna się ujęciem zbliżenia na drogocenny kamień, które płynnie przechodzi w materiał z kolonoskopii Howiego i wszystkiemu towarzyszy idealna muzyka Lopatina. Ta ścieżka jest inna, bardziej organiczna – pojawiają się saksofony, wokalizy, ale przede wszystkim momentami jest po prostu cholernie dziwna i ekscentryczna (podobnie jak sam Howard Ratner), czego flagowym przykładem jest utwór Fuck You Howard. Przy okazji tego tracku chciałbym wrócić do tego co wspomniałeś o wybijaniu się z tła. To jest prawda. Muzyka Lopatina u Safdiech jest często gęsto bardzo głośno zmontowana, ale uwielbiam to – wspaniale podkreśla chaos, który widzimy na ekranie.

Przeczytaj również:  Uroki i mroki dojrzewania – 5 filmów coming-of-age od A24

Wiktor: W temacie chaosu – na pewno pamiętasz scenę wieńczącą fantastyczne Lighthouse Roberta Eggersa. Myślę, że to jest sztandarowy przykład dobrze działającego, nietuzinkowego soundtracku. Filmy – a szczególnie horrory – to często jedyny sposób, żeby wystawić widza na bardziej eksperymentalne, hałaśliwe brzmienia. Mark Korven nigdy nie wyprzeda ERGO Areny jak Hans Zimmer, czy Williams – dlatego takie filmy są nam potrzebne. Te soundtracki mogą serio otworzyć na inne gatunki muzyczne.

Wracając do zakończenia Lighthouse, bo trochę odjechałem. Ten cały buildup, na końcu którego zostajemy poczęstowani POTĘŻNĄ, CHROPOWATĄ ŚCIANĄ HAŁASU – moim zdaniem majstersztyk, a w kinie wręcz fizyczne doświadczenie. Co ciekawe, podobnie czułem się oglądając zakończenie obu pełnych metraży Astera, który również zdecydował się na psychodeliczne rozwiązanie akcji, napędzane przez donośny, podkręcony na 200% nightmare fuel. Zabawnie wypada przy tym komentarz Lopatina – w podcascie A24, podczas rozmowy z Micą Levi przyznał, że ilekroć słyszy głośne motywy w filmach to czuje wewnętrzny wstyd – preferuje produkcje pozbawione muzyki, na co przytknęła mu Levi. Warto dodać, że jej soundtrack do Pod skórą to również dzieło sztuki – i warto podkreślić jej wkład w ostateczny, piorunujący efekt.

Daniel Lopatin oraz Mica Levi

Kuba: Rzeczywiście, Korven nie wyprzedałby dużej sali koncertowej, zwłaszcza, że muzykę do Lighthouse komponował na bardzo osobliwym, customowym instrumencie (można się z nim zapoznać tutaj). Zakończenie tego filmu faktycznie uderza widza prosto w twarz i zgadzam się z tym, że eksponowanie ludzi niewkręconych w alternatywną muzykę na takie gatunki noise, jest świetnym zabiegiem – w końcu końcówka Lighthouse budzi bardzo wyraźne skojarzenia z ostatnim albumem Pedestrian Deposit. Masz rację, że filmowcy związani z A24 otwierają ludziom wrota do nieznanych zakątków muzycznych. Tak było też z First Reformed, które ma muzykę Lustmorda – pioniera dark ambientu, z Ghost Story i stojącym za jego soundtrackiem Danielem Hartem – skrzypkiem zaangażowanym w takie albumy Swans jak To Be Kind i The Glowing Man, no i w końcu z Micą Levi, o której wspomniałeś. Ona też jest częścią tego świata muzyki nie tylko stricte filmowej -gra indie pop w zespole Micachu, a w ramach ciekawostki: do inspiracji nią przyznał się sam Sufjan Stevens, którego obaj bardzo lubimy. Mica tworząc muzykę do Under the Skin przyjęła minimalistyczny modus działania, ale owoce okazały się wielkie. Nagrała pełną grozy, nieziemsko brzmiącą ścieżkę i – w przeciwieństwie do wspomnianych wcześniej kompozytorów horrorowych – postawiła na przestrzeń zamiast hałasu, co w połączeniu z wykręcającym z niepokoju motywem przewodnim przyniosło w istocie piorunujący efekt. Under the Skin zaprawdę nie byłoby tym samym bez Levi.

To ostatnie zdanie tak naprawdę dobrze podsumowuje każdy z omawianych przez nas tytułów. Muzyka w filmach ze stajni A24 bardzo często jest po prostu wyjątkowa i mam nadzieję, że ten trend się utrzyma, że będzie powstawać coraz więcej takich awangardowych ścieżek dźwiękowych.

Wiktor: W stu procentach się z tobą zgadzam. Offtopic na koniec – którego z polskich twórców chciałbyś usłyszeć na soundtracku w filmie A24? Ja stawiam na Pejzaż i jakiś refleksyjny dramat o dorastaniu polskich imigrantów w Chicago lat 90., albo na Janusza Jurgę w horrorze o nawiedzonym zespole pieśni i tańca ludowego.

Kuba: Ja aż takich planów na tematykę nie posiadam, ale myślę, że w takiej roli nieźle sprawdziłby się Kuba Lemiszewski, może Julek Płoski. Obaj mają talent do elektroniki. Na pewno też dobrze poradziłby sobie Wacław Zimpel, a tym pomysłem na horror o nawiedzonym zespole pieśni i tańca ludowego przypomniałeś mi o Ugorach albo o Kubie Ziołku – oni mogliby świetnie urozmaicić ścieżkę do takiego filmu.

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.