KulturaMuzykaZestawienia

Puls Filmawki 03/2021 – rekomendacje muzyczne

Kuba Małaszuk
Kolaż z materiałów prasowych

Muzycznie, marzec rozpoczął się w zasadzie całkiem spokojnie. Przynajmniej dla mnie, nastąpił wtedy chwilowy okres odpoczynku od premierowej nawałnicy, ale w drugiej połowie miesiąca znowu zaczęło się dziać. Zwłaszcza ostatnio zawrzało, wiecie – album Pro8l3mu, singiel Maty… My jednak, standardowo polecamy Wam wydawnictwa co najmniej udane i warte sprawdzenia, także o tych panach koniec. Czas na porządne rapowe (i nie tylko) premiery, z których plejlistową kompilację możecie znaleźć tutaj.

Zacznę może od albumu, który miło mnie zaskoczył. Nie zrozumcie mnie źle, nie zakładałem, że Armand Hammer, w dodatku wespół z Alchemistem, mogliby wydać zły album. Po prostu ostatnimi czasy byłem nieco zmęczony abstract hip-hopem, ale Haram weszło mi jak śledzik do goudy. Alchemist potwierdził, że jest znakomitym producentem, dostarczając Elucidowi i Billy’emu Woodsowi dokładnie to, czego potrzebują, żeby wybrzmieć najlepiej – dymnych, mrocznych, często wykręconych podkładów, dzięki którym ponura tematyka trafia do słuchacza jeszcze precyzyjniej, a takie linijki jak: Kill your landlord, no doubt / Asymmetric unconventional extremists Make meaning, wybrzmiewają z ogromną siłą.

Jeśli idzie o kolaboracyjne albumy rapowe o świetnej chemii, to nie można nie wspomnieć o The Plugs I Met 2, czyli efekcie współpracy Benny’ego the Butchera Harry’ego Frauda. Ulicznego, surowego krążka, na który Fraud przyniósł takie bity, że głowa mała, zwłaszcza, że Butcher rewelacyjnie się na nich odnajduje (Ayo, Harry, you crazy for this shit). Mamy tu: bujanie głową na trapowo, na oldschoolowo, ale też ciarki na ramionach i gulę w gardle, bo takie Survivor’s Remorse, to jeden z bardziej wzruszających kawałków, jakie słyszałem w tym roku (Uh, this supposed to be success / Then why the fuck I feel stressed out and guilty? / Damn, ’cause I’m paid / And all my ni**as in the Feds or the grave, that shit kill me). No a Benny, jak to Benny – profesorska dowózka.

Okładka płyty “The Plugs I Met 2” Benny the Butcher & Harry Fraud

Tego rapu trochę powychodziło, także resztę pozwolę sobie wymienić w jednym akapicie, bo płyt z marca wybrałem sporo, a ja nie jestem tu sam. Zostając przy doświadczonych zawodnikach – myślę, że na pewno warto przesłuchać płytę Mielzky’ego i ReturnersówDo wesela się zagoi trochę w moim odczuciu nie dorównało poziomem do singli, ale to wciąż udana płytka, która fanom polskiego rapu siedzi wspaniale i przy tym pozostanę – po co mam narzekać? Nie narzekam także na Scary Hours 2 – krótką EPkę Drake’a, gdzie Aubrey Graham pokazał pazur i zaprezentował się w naprawdę imponującej formie. Przechodząc do graczy młodszych – 22Gz rzucił tejpem The Blixky Tape 2, o którym nie muszę pisać dużo. Dostaniecie tu standardowy, agresywny, brooklyński drill pełen ślizgających się basów, skocznych cykaczy i klimatu, którego nie podrobi żaden Polak (Miszel – wiem, że tego nie czytasz, ale proszę przestań próbować). Z Nowego Jorku przenieśmy się na chwilę do Atlanty, ponieważ ATL Smook wydał ostatnio Astronaut Lingo, które nieco zaskoczyło mnie odejściem od pluggu, na rzecz mainstreamowego trapu pokroju Travisa Scotta, Gunny, czy Lil Uzi Verta. Eksperyment udany, płyta lata pięknie, także nic tylko słuchać i wspierać młodego kota. Fanom trapu w wydaniu brytyjskim polecam First Degree od Lancey’a Foux, bo to 25 minut bengerów przypominających momentami dokonania Carti’ego, a amatorom polskiej ulicy sugerowałbym Albert Trapstein Frostiego. Nie jest to najlepsze wydawnictwo w jego dyskografii, ale trzyma naprawdę wysoki poziom i wspaniale miesza melodyjność, z charakterystycznym, chamskim steelo Frostiego.

Przeczytaj również:  "Mrok w różu", czyli morskie zbliżenia [RECENZJA]

Jeśli jednak wolelibyście sprawdzić coś nieco bardziej delikatnego, z pomocą przybywa np. Ben Howard – ziomek, który (po generycznym debiucie z 2011) od lat konsekwentnie pracuje nad rozwijaniem swojego stylu. Collections From The Whiteout to ciepły, sprytnie przekminiony, trochę jazzujący indie pop, otulony przez niesamowicie kojący, miękki głos Howarda. Zostańmy jeszcze chwilę przy popowych indykach. Chłopaki z poznańskiego składu pies wydali debiut (Na więcej nie mam sił) i jest to debiut absolutnie satysfakcjonujący, niezwykle przyjemny w odsłuchu, ze znacznym repeat value. Gitarowe granie okresu post-demarcowego z korzeniami zapuszczonymi w dokonaniach polskiego indie. Osobiste teksty, śliczne melodie, dopracowane brzmienie – nic tylko słuchać. Trochę gorszy od debiutu psa okazał się debiut kanadyjskiego Dad Sports, a zestawiam je razem (bo tak mi wygodnie), bo to muzyka dla wielbicieli podobnych brzmień – z tymże u Dad Sportsjest nieco mniej skilla. Piosenki na I AM JUST A BOY LEAVE ME ALONE!!! są mniej ciekawe, ale nadrabiają słodko-gorzką atmosferą, przypominającą nieco emo pop, a że jest ich tylko sześć, to nawet tak się nie nudzą.

Okładka płyty “Na więcej nie mam sił” Pies

Więcej ciekawostek jest na pewno na Voyage Out od Floatie – zespołu z Chicago, który niby gra math rock, ale jak to ujął jeden z użytkowników Bandcampa, ten ich math rock jest very cool and not weird. Jeśli męczą was przesadne eksperymenty, ale lubicie połamane riffy i macie ochotę na coś spokojniejszego, debiut Floatie jest dobrym wyborem. Kopalnią ciekawostek jest zaś Clamorczyli wspólny album dwój katalońskich postaci – wokalistki Marii Arnal i producenta Marcela Bagésa. Dzieje się tu wiele: mamy glitchujący pop w stylu Sufjana Stevensa z okresu Age of Adz, mamy elementy folkowe, mamy kompozycję smyczkową jakby wyrwaną z Pendereckiego, wybuchową elektronikę, ale też cudowne, senne momenty. Przede wszystkim dużo, bardzo dużo magii.

W podobnie czarujące tony uderzyli brytyjski producent Floating Points i legenda jazzowego saksofonu – Pharoah Sanders, którzy wraz Londyńską Orkiestrą Symfoniczną nagrali płytę wyciszoną, delikatną, wzruszającą, skomponowaną tak, że rozwija się na podobieństwo kwiatu. Miałem łzy w oczach podczas pierwszego odsłuchu Promises i myślę, że to powinno wystarczyć za rekomendację. Gdybyście może jednak potrzebujecie muzyki na jeszcze głębsze uspokojenie, to z pomocą przychodzą dwa inne okołojazzowe wydawnictwa: Road to the Sun od Pata Metheny’ego oraz Graz Nilsa Frahma. Pat, zespołowo, ostatnimi laty już nieco przynudzał, ale solowo wciąż potrafi zaimponować. Tym razem skomponował dwie śliczne suity na gitarę klasyczną i przekazał jedną pałeczkę wykonawczą Jasonowi Vieaux, a drugą Los Angeles Guitar Quartet. Efekt jest więcej niż zadowalający. W przypadku Frahma także nie można narzekać. Graz to w zasadzie nagranie archiwalne – album zarejestrowany na początku kariery tego niemieckiego pianisty, wypuszczony jako niespodzianka na Światowy Dzień Fortepianu. Dzięki temu cofamy się przed erę ambientu i minimalizmu, którymi Frahm teraz się zajmuje, otrzymując 9 impresjonistycznych utworów na fortepian. Jest ładnie!

Okładka płyty “Promises” Floating Points, Pharoah Sanders, & The London Symphony Orchestra

Okej, kończę już, ale zanim przekażę scenę Wiktorowi, podrzucę dwie płytki fanom metalu. Pierwsza to split zespołów Gulch Sunami, który niestety został strasznie idiotycznie wydany, bo każdy z nich dodał dwa tracki osobno, ale poza tym, jest to cholernie satysfakcjonujący, brutalny i ekstraktywny metalcore. Druga to Solar Paroxysmczyli kolejna odsłona solowego projektu Jacoba Buczarskiego – Mare Cognitum. Fantastyczny, przestrzenny black metal, ze świetnymi partiami instrumentalnymi i rewelacyjnymi tekstami. Buczarski śpiewa o katastrofie klimatycznej w sposób przerażający i przejmujący. So great is the debt we have incurred / So too will we wilt and fade into dust / We’ll pay with the ashes of our humanity / And cease to walk upon this earth / And the earth will forget our name. Tyle ode mnie. –Kuba Małaszuk

Przeczytaj również:  „Niefortunny numerek...” lub neomontaż atrakcji

Oczywiście podpisuję się pod większością rekomendacji Kuby, a zwłaszcza pięknego Promises, czy debiutanckiej płyty Psa, które gościły na moich słuchawkach i głośnikach przez cały marzec. Płytą, która jednak najbardziej mnie zaczarowała i obecnie jest silnym kandydatem do walki o tytuł mojego albumu roku jest Smiling with No Teeth Genesis Owusu. Debiut Australijczyka kompletnie mnie zaskoczył już przy pierwszym odsłuchu – gdy zakończyłem tę podróż zacząłem wysyłać link do krążka wszystkim moim muzycznym ziomkom. To jeden z najśmielszych debiutów ostatnich lat – prawie każdy kawałek reprezentuje inny gatunek, raz atakując nas hałaśliwym rapem o rasizmie, później energicznym, stadionowym post-breakupowym rockiem, czy też – uwaga – klasyczną gitarową balladą o… wędkowaniu. Koleś jest naprawdę niesamowicie wszechstronny, pisze piekielnie chwytliwe refreny i wróżę mu gigantyczną karierę. Jeśli miałbym polecić jedną płytę z marca, to byłoby to zdecydowanie Smiling with No Teeth.

Kolejnym świetnym marcowym debiutem było soulowe Overgrown. Album Joyce Wrice spodoba się wszystkim kręcącym nosem na trapowe podboje Ariany Grande. Joyce obdarzona jest przepięknym wokalem i doskonale odnajduje się zarówno na pościelówach, jak i featach z rapowymi tuzami. To ze wszelkich miar przyjemna płyta, która na pewno podbije serca wielbicieli bardziej klasycznego żeńskiego rnb i współczesnego, popowego soulu – jesli lubisz Mariah Carey to masz tu album right up your alley.

Okładka płyty “Overgrown” Joyce Wrice

Muszę też wspomnieć o rapowym wydarzeniu roku – i nie chodzi tu o Patoreakcję, tylko o ukazanie się kompilacji Made In Hewra (2016 vol. 1). Fanom polskiego rapu nie trzeba przedstawiać tej ekipy, ale z dziennikarskiego obowiązku wspomnę, że Hewra to warszawski kolektyw złożony m.in. z byłych członków JWP i księstw przyległych, związany mocno ze sceną grafficiarską, który od kilku lat tworzy najlepszy w tym kraju cloud rap. Made In Hewra to całkiem niezłe intro do twórczości tej ekipy, ale to jedynie wierzchołek góry lodowej – brakuje wielu spośród najbardziej ikonicznych, czy najbardziej eksperymentalnych tracków tego kolektywu. Jednak za możliwość odsłuchu takich arcydzieł, jak Caua na biauoBiauy Teeshercieek, czy Lava na Spotify – dziękuję stokrotnie.

Kilka słów o niektórych spośród wyselekcjonowanych przeze mnie singli. Aksamitne Leave The Door Open nowej supergrupy Silk Sonic na pewno już znacie – więc nie muszę dodawać nic poza tym, że jeśli jakimś cudem pierwszy raz słyszycie o nowym przeboju Bruno Marsa i Andersona .Paaka – to nadrabiajcie zaległości w te pędy! Podoba mi się również nowy singiel alyona alyona, która dymem pokazuje jak się robi rap – przydałyby nam się w Polandii takie raperki, nie będę kłamał. Przynajmniej jeśli chodzi o kobiecy pop, to jest trochę u nas lepiej, bo wychodzą takie nutki jak Niedoskonałygdzie znana z XXANAXX Klaudia Szafrańska z gigantycznym luzem adoptuje na nasze poletko amerykańskie chwyty i wraz z Chloe Martini tworzy hit, którego nie powstydziłaby się sama Dua Lipa. Dzięki za uwagę, do usłyszenia za miesiąc! –Wiktor Małolepszy

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.