„Zakonnica” – Recenzja

Spin-off, sequel spin-offu, sequel i kolejny spin-off-prequel – tak, wiemy już, że Obecność jest materiałem na całą sagę rodzinną, która fabularnie może ciągnąć się przez kolejną dekadę. „Kiedy to się skończy?” to w istocie pytanie „kiedy to się znudzi?”. Kiedy robienie tego samego filmu z identycznymi formalizmami straszenia, podmienionymi postaciami i zapraszaniem logiki do domu publicznego po prostu przestanie mieć sens? Niedługo zobaczymy boxoffice’owy wynik Zakonnicy, ale wszystko wskazuje, że The Nun 2 jest już w preprodukcji.

Kadr z filmu „Zakonnica”.

Cofamy się zatem do 1952 roku do opactwa na rumuńskiej prowincji,gdzie wprowadzała nas już scena po napisach w Annabelle: Narodziny zła (lecz nie jest to bynajmniej zachęta do obejrzenia tego filmu). Ksiądz egzorcysta i zakonna nowicjuszka zostają tu wysłani, by zbadać sprawę makabrycznego samobójstwa młodej zakonnicy. Tam odkrywają, że miejsce to nie jest już święte, lecz opętane przez złe siły najczystszego zła. Wiecie, o co chodzi. Poznajemy origin story Valaka, który jest tu jedynym znaczącym spoiwem z historią Warrenów.

Zobacz również: Wywiad z reżyserem „Be My Cat: A Film for Anne”, filmu found footage o fanatyku Anne Hathaway

Symptomatyczne dla całej produkcji jest samo zawiązanie fabuły. Po prologu ukazującym konfrontację zakonnicy z demonem oraz feralne samobójstwo, twórcy serwują nam 3-minutową ekspozycję (którą przytoczę tutaj na potrzeby czytelników): ksiądz Burke (Demián Bichir) dostaje polecenie od watykańskich nuncjuszy, by przeprowadził dochodzenie ws. tajemniczej śmierci. Cięcie. Na chwilkę zaglądamy do przemiłej nowicjuszki (Taissa Farmiga, młodsza siostra Very), „przypadkowo” wybranej do pomocy księdzu. Cięcie. Teraz jesteśmy już w Rumunii, gdzie miejscowy kobieciarz Francuzik prowadzi katolicki tandem przez ciemny, nawiedzony las do klasztoru.

Bolączki Zakonnicy wychodzą na jaw od razu po tych króciutkich, pierwszych scenach: gnana dyletanctwem scenarzysty narracja, arytmiczny i niesmaczny montaż oraz postacie tak wątłe i niewyraźne, że wolałem kibicować Valakowi. Trzeba jednak przyznać, że klaustrofobiczne kadry, po których kolejne zjawy i cienie manewrowały w najbardziej niewytłumaczalnych rotacjach, były dosyć satysfakcjonujące. Niestety to bardziej ciekawostka dla obserwatora niż faktyczny wyróżnik filmu. Zwyczajnie szukam pozytywów.

Kadr z filmu „Zakonnica”.
Zobacz również: Ars Independent jako… idealne dzieło sztuki totalnej?

W gruncie rzeczy to kolejna już produkcja, w której uprawia się to haniebne „straszenie na wstecznym”. Wyeksploatowane przez Jamesa Wana techniki, które i tak nie były jakkolwiek oryginalne, są do porzygu bezsensownie powielane. Malezyjczykowi, solennie angażującemu się w serię jako producent, jak widać to nie przeszkadza. Jest tu wszystko z obszernego uniwersału okultyzmów: od demonów przeszłości po nieudanym egzorcyzmie u księdza, przez specjalny dar widzenia nowicjuszki, do nużącego deus ex machiny. Cienie makabrycznych zjaw pojawiają się za bohaterem, żeby zaraz po odwróceniu się zniknąć i ukazać z drugiej strony. Po dłuższej ciszy następuje soundscare a ekran zagarnia fikuśnie ucharakteryzowana straszna morda. Jak na mój gust, taka sztampa jest strasznie ciężkostrawna. No i na koniec, jak to w Obecności bywa, okazuje się, że demon nie powiedział jeszcze ostatniego słowa… Ale to oczywiście materiał na następną część.

Groteskowo śmiertelną powagę Corin Hardy (reżyser) próbuje tuszować comic reliefem (Francuz), ale i tak trudno określić czy oni tak na serio, czy tylko się wygłupiają z tymi bohaterskimi święceniami zakonnymi tuż przed ostatnim aktem. Zresztą, sala stosunkowo często parskała śmiechem, w szczególności na scenach „strasznych”. Może to świadomość wymierających konwenansów kina grozy w komercyjnym stylu i bazowaniu na wtórnych, monotonnych historiach. A może to tylko odmóżdżający film, który każdego utwierdza w pośledniości gatunku, jakim jest horror? Jeśli to drugie, to znajdujemy się w naprawdę tragicznej sytuacji, bo filmy takie jak ten ściągają przed ekrany rzesze widzów, więcej niż chociażby Hereditary, i wyrabiają taką a nie inną opinię na temat kina grozy.

Zobacz również: „Ciche miejsce” – Wiele hałasu o nic – Recenzja

Powinienem też pewnie wspomnieć o muzyce Abla Korzeniowskiego. To w końcu polski akcent.

Kadr z filmu „Zakonnica”.

Zakonnica jest więc wszystkim, czego się spodziewaliście, o ile czegokolwiek się spodziewaliście. Na kanwach gatunkowych klisz egzystuje tu standardowa historia z nudnymi postaciami, jakich w świecie horrorów setki. Niespecjalnie czuć tu zabawę, klimat więdnie pod ciężarem nijakich straszaków, a sam Valak, który może przerażał trochę aparycją w Obecności 2, jest zaledwie cieniem własnego siebie. Podobnie jak w Annabelle, prospektywnie dobry pomysł na osobną historię został brutalnie sponiewierany przez odtwórcze realia. Rest in peace, ale raczej nikt płakał nie będzie.

Wywrotowiec, dysydent, bukmacher serc, stary człowiek w internecie. Po wypalonej karierze osiadł na prowincji i pisze o filmach. Widywany raz na rok przez listonosza oraz jego psa.