„Zama” – Bzik tropikalny – Recenzja

„Zamę” Lucrecii Martel otwiera scena, w której tytułowy bohater wpatruje się w oleiste, leniwie rozbijające się o żółty, piaszczysty brzeg, wody Parany. Niewprawne czy nieuważne oko mogłoby pomylić wybrzeże wielkiej rzeki z oceanicznym; bezmiar spokojnej wody kontrastuje z zadumaną kruchą ludzką postacią, sugerując zwyczajowe klucze interpretacyjne: wielka woda jako symbol możliwości, obietnica przygody, zapowiedź nowego początku. Nie dajmy się jednak zwieść. Martel inicjuje swoją opowieść szyderstwem, by konsekwentnie pozostać przy tym tonie aż do (piołunowo) gorzkiego, by użyć anglosaskiej idiomatyki, końca. Oglądamy więźnia, zwierzę zakleszczone w pułapce, której mechanizm przekracza swoim skomplikowaniem skromne możliwości intelektualne schwytanego. Światło otwartego horyzontu to kraty, bariera odgradzająca Zamę od wyczekiwanego okrętu, który wiezie upragnione przez Zamę wieści.

Zama
fot. materiały prasowe
Zobacz również: „Siedzący słoń” – Recenzja

Na swój wpisujący się w nurt demaskujący mit założycielski Iberoameryki film, Martel wybiera nie żądnego krwi i złota konkwistadora, ale przedstawiciela trzeciego czy czwartego pokolenia intruzów (ten współczesny filtr nakłada reżyserka na portret zbiorowy mikro-komuny hiszpańskiej na terytorium dzisiejszego Paragwaju), urzędnika Imperium na podrzędnej placówce, zapomniany, rdzewiejący trybik w monstrualnej, źle oliwionej topniejącym importem dóbr kolonialnych machinie. Przy okazji, wbrew obowiązującemu credo nienastępowania na achillesową piętę społeczno-politycznej wrażliwości, Martel denuncjuje niekompatybilność pewnego typu formacji psychofizycznej z wyzwaniami jakie stawia(ł) Nowy Świat: przedstawiciela małomiasteczkowej klasy średniej, któremu horyzont wyobraźni wytyczają skromna, acz ciepła posadka i bezrefleksyjna wierność Królowi.

Nie mamy cienia wątpliwości: zdaniem Martel to nie Zamie podobni bezbarwni konformiści są odpowiedzialni za dzisiejszy obraz tego heterogenicznego tworu jakim jest Ameryka Łacińska. Ich przemnożona przez dekady, powtarzająca się, ale nieodciskająca piętna na kontynencie obecność, skondensowana zostaje w postaci ex-corregidora Don Diego de Zamy, równie łatwo zapomnianego przez Amerykę jak rzesza bezimiennych dziś corregidorów.

W żyłach Zamy nie płynie nawet kropla krwi poszukiwacza przygód. Jego nabzdyczone, znużone, wadliwie procesujące zastaną rzeczywistość jestestwo określa przemożne pragnienie opuszczenia placówki, wyrażane w niezliczonych listach do żony którą, zresztą, jak przystało na urzędnika at large, zdradza z jedną z kobiet z plemienia Guaraní (praktyka o żywocie znacznie dłuższym niż Imperium Hiszpańskie, wciąż będąca najsmakowitszą z plotek dusznych środowisk ekspackich w większości krajów leżących poniżej równika). Stan ciągłej gotowości do opuszczenia znienawidzonego miejsca świetnie obrazuje druga sekwencja filmu: Don Diego, na przekór aurze niesprzyjającej wielowarstwowemu obleczeniu oraz postępującemu we wspólnocie rozprzężeniu sztywnego dress code’u, w pełnym europejskim rynsztunku człowieka cywilizowanego, surducie, pończochach, niepierwszej świeżości peruce, krąży nerwowo po wydmach, wypatrując posłańca. Grupa hiszpańskich żon, pospołu z metyskimi i autochtonicznymi pomocami domowymi, urządza sobie błotne SPA.

Zobacz również: „Le livre d’image” – Recenzja

Zama podgląda z fascynacją a zarazem odrazą; ten stopień asymilacji jest mu kompletnie obcy. Zauważony przez wesołą kompanię i zachęcany do przyłączenia się, reaguje skrajną agresją, policzkując siarczyście jedną z kobiet. Zama i jemu podobni, przekonani o własnej wyższości i tylko pozornie silni stojącą za nimi powagą Korony, odwracają się plecami do kultur nowego kontynentu, a przedstawiciele tychże, po licznych upokorzeniach, oddają kolonizatorowi w trójnasób w monecie obojętnej wrogości w chwili gdy jest on najwrażliwszy: gdy wyjęty zostanie poza nawias swojej sztucznie stworzonej wspólnoty. Izolowanie innych kultur może prowadzić do przykrego osobistego doświadczenia wyobcowania, oto jak film stara się wpisywać w dyskurs o problemach współczesności.

Zama
fot. materiały prasowe
Zobacz również: „Climax”, czyli najbardziej przerażająca impreza w dziejach – Recenzja

Poza nieznośnym usposobieniem, postać Zamy skupia jak w soczewce szereg trudno zjednujących mu sympatię współczesnego widza cech charakterystycznych dla podręcznikowej figury kolonialisty: ksenofobię, rasizm, męski szowinizm, pogardę klasową, wygodnictwo, brak kręgosłupa moralnego, tchórzliwość. Don Diego obok damskiego boksu lubi sprowadzić „liściem” do porządku podwładnego-abolicjonistę. Trudno jednak nie identyfikować się z duszącym poczuciem narastającej beznadziei, ogarniającym Zamę w obliczu obojętnej, wręcz po kafkowsku wrogiej, machiny urzędniczej (Lucrecia Martel, jako Argentynka, z pewnością niejednokrotnie dzieliła ze swoim bohaterem te jakże płynnie komunikowane emocje, a Damián Szifron zdążył juz coś na ten temat opowiedzieć).

Martel, zarówno absurdy administracyjne jak i późniejszy dramat w tropikach opowiada rezygnując z ostentacji krwi, potu i ekskrementów. Świat wnętrz mieszkańców kolonii jest sportretowany z elegancją i dystansem znanymi z płócien Quentina de la Tour i Vermeera. Muzyka, którą grosso modo można skojarzyć z „hawajską”, wpisuje się we wszechobecny ironiczny ton opowieści.

Nawet gdy Don Diego w końcu decyduje się stanąć na czele ekspedycji w poszukiwaniu Vicuñii Porto, miejscowego bogeymana, baśniowego złoczyńczy – Martel odmalowuje barwnie dynamikę obrastającej tłuszczem plotki, żerującej na nudzie i ignorancji graniczącej z zabobonem – robi to niczym wyłącznie kierując się własnymi potencjalnymi korzyściami (co skrzętnie wykorzystują jego zwierzchnicy, chcący załatwić przy tej okazji swoje interesy). Szybko jednak, niczym dukajowski Hieronim Berbelek na ostatniej wyprawie w głąb krainy złośliwego i wszechmocnego kratistosa, Don Diego de Zama zderza się z rzeczywistością przekraczającą granice jego staroświatowej, urzędniczej percepcji. Raj jako awers piekła, surrealistycznie piękny krajobraz pampy kryjący śmiertelne pułapki został najdobitniej zobrazowany w scenie ataku Indian na Zamę i jego towarzyszy.

Zobacz również: „Człowiek, który zabił Don Kichota” – Zbłąkany reżyser i obłąkany aktor – Recenzja

Ta zdumiewająca sekwencja rządzi się logiką snu w samym środku upalnego popołudnia: ubarwione ochrą ciała Indian, migające w wysokiej trawie z prędkością dźwięku Indianie versus kompletnie zaskoczeni i bezbronni, poruszający się jak w trakcie zapasów w kisielu towarzysze Zamy. Operacja tak szybka i bezbolesna, że prawie nie zakłóca harmonii cudownego tableau. Przepiękna pampa z pewnością nie zachowa śladu po tym incydencie, tak jak ekspedycja Pana Berbelka zdezintegrowana siłą morfującego się krajobrazu.

Zama
fot. materiały prasowe

„Zama” to również historia obcości językowej. W doświadczeniu Don Diega wyobcowanie komunikacyjne odbywa się stopniowo i zachodzi w czterech stadiach. Pierwszym jest niezrozumienie idiomu urzędniczo-środowiskowego. Zama jest niezdolny do satysfakcjonującej komunikacji ze swoim otoczeniem, nie rozumie żartów ani aluzji (surrealistyczna rozmowa z doñą Lucrecią, podczas której don Diego błędnie interpretuje większość zasłyszanych informacji i takoż na nie reaguje), widzi swoje stopniowe wykluczanie z gry towarzyskiej, nie potrafi uzyskać odpowiedzi na nurtujące go pytania.

Drugim stopniem językowej konfuzji jest spotkanie z człowiekiem, który być może jest Vicuñią Porto, i którego hiszpańszczyzna silnie zmakaronizowana jest portugalskim akcentem. Następnie stopniowe odchodzenie od hiszpańskiego w stronę portugalskiego (rozmowy pomiędzy domniemanym Vicuñią a jego portugalskimi kompanami), które w rozgorączkowanym umyśle podstarzałego, odwodnionego Don Diega potęgują wrażenie wyobcowania kulturowego, na pograniczu znanego i obcego (pokrewieństwo języków hiszpańskiego i portugalskiego kontrybuuje w stworzeniu takiego wrażenia). Podróż Zamy przez pampę jest również w tym lingwistycznym aspekcie zbieżna z ostatnią wyprawą Hieronima Berbelka: granica ich języka wytycza granicę ich świata. Ostatnim stadium wymorfowywania się Don Diega z jego hiszpańskiej, metropolitalnej tożsamości jest moment znalezienia się w rękach (metafora rąk jest tu kluczowa) Indian. Więzień pozostanie incomunicado.


4.5/5

Stowarzyszenie Nowe Horyzonty wprowadzi film do kin już 31. sierpnia, tymczasem zapraszamy do obejrzenia jego zwiastunu:


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.