“Biedne Istoty” – Cukier, przemoc i dorastanie [RECENZJA]
Zza mgły wyłania się most. Stoi na nim tajemnicza, piękna kobieta w jeszcze piękniejszej sukni. Przez moment wszystko z wyjątkiem chmur pędzących po niebie jest statyczne. Bezruch ten przerywa skok: kobieta spada prosto ku swojej śmierci. Wraz z nią umierają i wszelkie zasady prawdziwego świata – wciągnięci zostajemy do dziwacznego, czarno-białego uniwersum; specyficznej mieszanki gotyku i steampunku gęsto doprawianych akcentami zaczerpniętymi z niemieckiego ekspresjonizmu, gdzie bogiem jest człowiek, a podlega mu wszelkie inne życie.
Uwaga: w recenzji znajdują się dwa spoilery, obydwa dotyczą wczesnych części filmu. Będą one wyraźnie zaznaczone, a całość da się przeczytać z ich pominięciem.
Po głośnym zwycięstwie w Wenecji, Biedne istoty nareszcie pojawiły się na dużych ekranach. Oparte na książce o tym samym tytule z końca XX wieku, śledzą losy Belli Baxter, nowoczesnego potwora Frankensteina, spoiler istoty stworzonej po przeszczepieniu mózgu dziecka do głowy jego martwej matki koniec spoilera – oraz jej drogi do samowyzwolenia od obyczajowych konwenansów, seksualnego przebudzenia i odkrycia własnego człowieczeństwa, którego limity wcale nie muszą wyznaczane być przez jej stwórcę. Całość prezentuje się jako niepokorny, anty-mieszczański bildungsroman przebrany za powiastkę filozoficzną. Ostrze satyry – oprócz w wydumaną burżuazję – wymierzone jest tutaj w obyczajowy purytanizm, który uparcie nie chce umrzeć w coraz to bardziej nowoczesnym świecie. Bóg umarł, a świat wciąż ma się dobrze
Lanthimosa najłatwiej kojarzyć z filmami, które włażą pod skórę i powodują dyskomfort. Jego światy zamieszkane są przez specyficznych, deadpanowych bohaterów, ledwie ludzkich w swojej emocjonalności. Tym razem jednak reżyser idzie o krok dalej – zamiast skupiać się na dziwnych ludziach, tworzy dziwaczny, wykręcony świat. Odwraca hierarchię – teraz to otoczenie nagina bohaterów do swoich zasad, czyni z nich wydmuszki i dziwadła.

Cała filmowa przygoda rozpoczyna się od wybryku przeciw naturze; od wielkiego stworzenia Godwina (Willem Dafoe). Nic więc dziwnego, że Biedne istoty mimesis odkładają do lamusa. Prawda jest nie tylko umowna, ale i nudna, zwyczajnie nie warto się nad nią pochylać. Nie jest to jedyna zasada łamana przez greckiego reżysera, który lubuje się w dekonstrukcji zaczerpniętych z antycznego kanonu zasad snucia historii. Cudownie sztuczny i wymuskany świat stoi w konflikcie z dogłębnie ludzką naturą lanthimosowskich filmów – bo gdzieś między tym chaosem, ekscesami i zaskakującą ilością płynów ustrojowych kryje się bardzo ludzka opowieść o drodze do bycia sobą czy równie ludzkie filozoficzne rozważania o granicach naszej sprawczości i autonomii.
Rzeczywistość Belli kształtowana jest na dwóch płaszczyznach, poprzez miejsca i związki. Pierwsze interakcje bohaterkisą niemal wyłącznie z mężczyznami – stwórcą i nadopiekuńczym ojcem Godwinem, jego asystentem Maxem czy prawnikiem Duncanem (w tej roli Mark Ruffalo, za radosną i świetnie zagraną bufonerią ukrywający paskudne oblicze swojej postaci). Wszystkie te relacje naznaczone są piętnem pożądania; pragnienia w różnych formach. Każdy z mężczyzn uważa, że ma do Belli prawo – albo seksualnie, albo romantycznie, albo zwyczajnie „po ojcowsku”. Jedyną kobietą w otoczeniu bohaterki jest służąca, która również jest przedłużeniem tej patriarchalnej struktury – jedyną jej rolą jest wykonywanie rozkazów, prace domowe i stanie na straży „dobrych obyczajów”. W ucieczce spod szklanego klosza, panna Baxter przenosi się z miejsca w miejsce – Londyn, Lizbona, Luksusowy rejs, Aleksandria, Paryż – przestrzenie te istnieją czysto pretekstowo, jako nośnik jakiejś lekcji. Każda następna lokacja to zwyczajnie większy klosz, z którego trzeba wydostać się bogatszym o nowe doświadczenia i rozumienie świata. Istoty prezentują się jako film feministyczny, gdzie jednym z doświadczeń kobiecości jest funkcjonowanie w nieprzychylnym świecie; gdzie zawsze znajdzie się kolejny szklany sufit do rozbicia; gdzie dużo łatwiej funkcjonować jako przedmiot cudzego pożądania, a wszelkie próby wyzwolenia się z niego są piętnowane i utrudnianie – w końcu kobieta, która otrzymała pełną wolność (albo przynajmniej taką równą mężczyźnie) to największe zagrożenie dla patriarchatu.
Już od pierwszego ujęcia Biedne istoty po prostu „wyglądają”. Nie zawsze pięknie, czasami wręcz paskudnie i pokracznie, co paradoksalnie przydaje zdjęciom Robbiego Ryana uroku. Tutaj oko kamery, zupełnie jak bohaterka, którą śledzi, dopiero uczy się świata i próbuje niezdarnie pojąć jego rozmiar na wszystkie możliwe sposoby. Szerokokątne ujęcia, rybie oko, wymuszona perspektywa i zmanierowane zoomy splatają się w zaskakująco spójną całość, tworząc franken-obraz. Ta sama kamera będzie wraz z Bellą dorastać; z czasem porzuci czerń i biel na cześć soczystych kolorów, przejścia między obiektywami staną się bardziej uporządkowane i systematyczne, a każdy etap życia protagonistki wykształci swój własny, unikalny wizualny język. Przy tak rozbuchanej formie, rzadko zdarza się, żeby treść jej dorównywała. Na szczęście tutaj pozostają w idealnej równowadze – jedna gra z drugą tworząc mistrzowską całość.

Kontrolowany, niesamowicie piękny chaos – tak najłatwiej opisać narracyjną i wizualną warstwę filmu. Niestety, mimo swojego mistrzostwa w panowaniu nad bezładem, Lanthimos nie potrafi okiełznać zamieszania wynikającego z jego własnych reżyserskich decyzji. Na całokształt cień rzuca poważny rozdźwięk, między tym czym Biedne istoty chcą być, a czym tak naprawdę są. Na początku muszę podkreślić jedną rzecz: nie mam żadnego problemu z kontrowersjami; filmami nie do końca „poprawnymi politycznie” czy ciężkimi tematami. Wręcz przeciwnie, uwielbiam, kiedy film mnie trochę sponiewiera. Ale oczekuję również od filmowców odpowiedzialności względem narracji, które budują. Chociaż Grek chce udowodnić nam że wspiera kobiety, miejscami potyka się, I tworzy obraz w kontekście teorii feministycznej bardzo wtórny. Spoiler: warto skupić się chociaż na momencie seksualnej inicjacji Belli – notabene kilkulatki w ciele dorosłej kobiety – coś, co powinno być traumatyczne, bo ostatecznie jest aktem pedofilli, przedstawiane jest jako cudowne, radosne doświadczenie. Sentyment ten nie jest w żaden sposób w trakcie filmu analizowany czy nawet poddawany głębszym przemyśleniom – zarówno z perspektywy wewnątrz fabularnej jak i tej zewnętrznej, pozostaje jedynie jednym z licznych radosnych seksualnych przeżyć potrzebnych na drodze do samowyzwolenia i wolności osiągniętej przez własną seksualność. Ostatecznie zostajemy z refleksją niczym z wszelakich „lolicich” fantazji, gdzie seks z dzieckiem jest w porządku tak długo jak wyraża ono zgodę (i ma piękne ciało Emmy Stone). Nie jest to też przypadek odizolowany. Podobny klimat towarzyszy większości innych zbliżeń, które bohaterka odbywa wciąż w swoim „dziecięcym” stanie.
Rytm całości zresztą buzuje wręcz od seksu – co samo w sobie nie jest niczym złym. Biedne istoty to jeden z bardziej sekspozytywnych filmów ostatnich lat, który ma szansę przebić się do mainstreamu, co jest świetną wiadomością. Niestety jednak pełen jest male gaze’u, co jest co najmniej dziwną decyzją reżyserską, w kontekście feministycznej opowieści awanturniczej rzekomo opowiadanej z kobiecej perspektywy. I chociaż można wysunąć argument, że bliżej końca filmu, kiedy Bella zaczyna czerpać perwersyjną wręcz przyjemność ze stosunku z mężczyznami różnych proweniencji, mówić można o transgresywnym odwróceniu relacji wykorzystywanej i wykorzystywanego, to wciąż definiowanie swojej bohaterki przez pryzmat głównie jej seksualności może nie być wyborem najbardziej spójnym z resztą filmu.
Lanthimosa kocham, właśnie za to uczucie dyskomfortu, które zawsze towarzyszy mi po napisach końcowych. To dostałem i tutaj – od dawna nie byłem aż tak zmieszany względem filmu. Niestety, nie było to emocjonalne rozdarcie, jakiego oczekiwałem, a zamiast tego konflikt bardziej osobisty – bo jak myśleć o filmie, który wizualnie i narracyjnie pochłonął mnie kompletnie, a jednocześnie wywołał tyle gniewu i zawodu swoim pozerstwem. Czułem się trochę jakbym trzymał w ręku przepiękną, ornamentalną pisankę, która od środka już lekko nadgniła i zaczęła nieprzyjemnie pachnieć. I nie jest to rozkład kontrolowany – raczej znak, że ktoś zapomniał o tym, co w środku. Ale równie dobrze mogę być zwyczajnie przewrażliwiony.
Korekta: Daniel Łojko
Wierzy, że filmy muszą być albo długie i nudne albo absolutnie szalone i grożące przestymulowaniem. Nic pomiędzy. Pozafilmowo - absolutny świr lingwistyczny i prowokator głupich dyskusji.
