„Absolute Wonder Woman”, tom 1 – Diana z piekła [RECENZJA]
Sukces Absolute Batman okazał się tak ogromny, że na całą resztę Uniwersum Absolute padł cień nietoperza. Jak pozostałe postacie miałyby dorównać tej spektakularnej przemianie, a jednocześnie uniknąć losu istniejących tylko ku krótkiej uciesze fanów alternatywnych wersji samych siebie? Trudne zdanie, ale w CV Kelly Thompson były już interesujące nowe wcielenia znanych bohaterek, chociażby Kate Bishop czy Scarlett z G.I. Joe, nic więc dziwnego, że to jej powierzono stworzenie „absolutnej” Wonder Woman.
Sukces udało się osiągnąć na tyle, na ile było to możliwe. Odebranie Bruce’owi Wayne’owi statusu milionera i przemienienie go w „jednego z nas”, nawet jeżeli fizyczną siłą oraz intelektem niemającego sobie wielu równych, kompletnie wywróciło sposób postrzegania tego herosa. Przestał być bogatym wybawcą biednego ludu, stał się jego reprezentantem z krwi i kości. A księżniczka Amazonek? Nie mogła przecież zostać zamaskowaną mścicielką w nocy i kasjerką za dnia. Thompson postawiła w związku z tym na wzmocnienie tej drugiej odnogi historii Diany – blisko związanej z greckimi mitami.
Nie jest to perspektywa dotąd nieznana. Chociażby w fenomenalnie narysowanym Wonder Woman. Historia: Amazonki albo zeszytach George’a Péreza z lat 80. (po Kryzysie na Nieskończonych Ziemiach) wiele było nawiązań do olimpijskich bogów i ich burzliwych relacji z Amazonkami. Różnica jest natomiast taka, że nastrojowi Absolute Wonder Woman bliżej do mrocznego fantasy spod znaku chociażby gry wideo God of War. Diana nie mieszka tutaj na pięknej Themyscirze, tylko w piekielnych czeluściach, gdzie matkuje jej Kirke – zwyczajowo jej najpotężniejsza przeciwniczka.

To wolta skrajna, ale ze względu na charakter tego uniwersum spodziewana. Trudno wyzbyć się przy tym wrażenia, że doszło do niej właśnie po to, by po prostu szokowała. Zwłaszcza dlatego, że sytuacje w jakich scenarzystka stawia swoją bohaterkę nie są nawet w połowie tak ekscytujące, jak korekty wprowadzone do jej biografii.
Pierwsza historia (Ostatnia Amazonka) to superbohaterski klasyk. Kaiju atakuje wielkie miasto, a czytelnicy mają zawiesić niewiarę i uznać zwycięstwa gargantuicznego stwora za prawdopodobne. Diana na widok przypominającego Mothrę monstrum zarzeka się wprawdzie, że to już koniec i całe Gateway City, z nią włącznie, jest zgubione, ale powaga sytuacji w żaden sposób nie znajduje odzwierciedlenia w dramaturgii wydarzeń. Zostaje tylko popatrzeć, jak w ruch idą lassa, miecz przypominający Bastard Sword z Final Fantasy VII i jeszcze kilka innych niespodzianek z magicznego ekwipunku.
Druga historia (Dama albo tygrys) jest o tyle ciekawsza, że właśnie głęboko zakorzeniona w mitach. Ukazuje niejako strzępy ich możliwych kontynuacji, w których na przykład charyzma księżniczki Amazonek przekonuje orła, by zrezygnował z wyjadania wątroby Prometeusza. Także tutaj brak naprawdę dużego wątku, który kazałby ze zniecierpliwieniem wyczekiwać kolejnego tomu, a w dodatku skakanie po różnych starogreckich opowieściach i miejscach nie przysługuje się spójnemu przedstawieniu świata (lepszym rozwiązaniem mogłoby się okazać ograniczenie miejsca akcji na przykład do Hadesu i eksplorowanie jego brutalnej codzienności), niemniej raz jeszcze okazuje się, że ten liczący ponad trzy tysiące lat materiał źródłowy podsuwa współczesnym twórcom najlepsze pomysły.

Najmocniejszym atutem, jakim dysponuje Kelly Thompson jest jednak wątek samotnej matki wychowującej adoptowane dziecko. Włożyła w niego tak dużo serca, że i to czytelnika powinno szybciej zabić w trakcie lektury. Zwłaszcza po zajrzeniu do głowy Kirke, dzielącej się takimi refleksjami: „Miłość do dziecka rodzi się, gdy je wychowujesz, lecz wymaga tego, byś wypuściła je z objęć” (można to uznać za parafrazę znanego japońskiego powiedzenia: „Dziecko jest gościem w twoim domu: nakarm je, wychowaj i puść wolno”). To ta sama Kirke, która w przeszłości próbowała zmienić Dianę z powrotem w kawałek gliny, ale tutaj jest tak cudowną kompanką, że nawet pobyt w piekle nie wydaje się wcale taki straszny. Narracja jest przy tym achronologiczna, więc wątki obyczajowe nieustannie przeplatają się z akcją. W rezultacie, chociaż nam trudno drżeć o los Wonder Woman, obserwowanie lęku jej przybranej matki skutecznie zwiększa ładunek emocjonalny.
Na plus jest także odświeżony projekt postaci głównej bohaterki. Hayden Sherman zrezygnował z wyglądu supermodelki i pod wieloma względami postawił na większy realizm. Czy to dając Dianie grecki nos i podkreślając jej pochodzenie, czy dodając jej nieco muskulatury. Jego kreska pełna jest ostrych cięć, a do linii rzadko kiedy dałoby się przyłożyć linijkę. W połączeniu z ogromnym nagromadzeniem nietypowych pomysłów na kształty kadrów, wywołuje to wrażenie obcowania z komiksem zinowym, a nie mainstreamowym, co działa wyłącznie na korzyść i zachęca do zagłębienia się w ten świat. Jak dobrze taki styl rysunków pasuje do Absolute Wonder Woman, można się przekonać lustrując drugą historię. Hiperrealistyczne, cyfrowe rysunki Mattii De Iulisa są piękne, ale nieco zbyt sterylne i odczłowieczone.
W pierwszym tomie Wonder Woman z Uniwersum Absolute dopiero nabiera rozpędu. Jest w tym znacznie wolniejsza niż czuwający nad Gotham kolega po fachu, ale chociaż nie stoi przed nią jeszcze żadne naprawdę niebezpieczne wyzwanie, dała się już poznać jako bohaterka z jednej strony empatyczna i opiekuńcza, a z drugiej bezwzględna i brutalna. Wykreowanie postaci, za którą chce się podążać to już niemały sukces, teraz scenarzystka musi jeszcze zbudować na tym fundamencie historię, do której będzie chciało się wracać.
korekta: Michalina Nowak
Redaktor naczelny portalu Soundrive, kurator festiwalu Jazz Jantar, a także współpracownik Mint Magazine, Dwutygodnika, Pełnej Sali, radia Jazzkultura i portalu PopMatters. W przeszłości związany z podcastem Nightslime, magazynami Kawaii i Noise, portalami Film.org.pl, Fathers, Uwolnij Muzykę i z Radiem Kapitał.
