Advertisement
FilmyKinoRecenzje

„Digger” – Trigger warning [RECENZJA]

Krzysztof Kurdziej
fot. „Digger” / materiały prasowe Warner Bros. Ent.
fot. „Digger” / materiały prasowe Warner Bros. Ent.

Ostatnie lata w wykonaniu Toma Cruise’a obfitowały w nieustanne podnoszenie kaskaderskiej poprzeczki – z kokpitu myśliwca w wyjątkowo ciepło przyjętym Top Gun: Maverick przeskakiwał do spektakularnych akrobacji w (chyba) zakończonej już serii Mission: Impossible. Może też dlatego wieść o połączeniu sił z Alejandro Gonzálezem Iñárritu, którego Birdman i Zjawa rok w rok owocowały Oscarami za reżyserię i pomogły Leonardo DiCaprio zdobyć pierwszą w karierze statuetkę, dawała nadzieję na coś zupełnie spoza jego kaskaderskiego emploi. Digger miał przypomnieć szerszej widowni o umiejętnościach aktorskich Cruise’a, jednak okazał się być łopatą wbitą w mrowisko. 

Już sama promocja Diggera w dużej mierze opierała się na pompowaniu balonika, wręcz świętym przekonaniu, że Cruise zmierza po upragnionego Oscara. I choć sytuacja Chalameta przy okazji Wielkego Marty’ego dobitnie pokazała, jak to z tymi pewniakami jest, figura meksykańskiego reżysera znacznie ułatwiła Warnerowi kreowanie tej perspektywy. Wiele mówiło się o imponującej „przemianie” Cruise’a i nietypowej dla niego roli, a jednocześnie ukrywano jego wizerunek na publikowanych kadrach i plakatach. Dopiero etap pierwszych zwiastunów zaczął ostrożnie odkrywać kolejne karty.

fot. „Digger” / materiały prasowe Warner Bros. Ent.
fot. „Digger” / materiały prasowe Warner Bros. Ent.

Tytułowy Digger Rockwell to potentat naftowy i, ze względu na władzę oraz wpływy, najpotężniejszy człowiek na świecie. Zawieszona nad kominkiem łopata jego dziadka nieustannie przypomina mu, że trzeba kopać nawet wtedy, gdy dookoła zapaliły się już wszystkie możliwe czerwone lampki. Ponieważ nadmierne eksploatowanie naszej planety w końcu doprowadza do katastrofy ekologicznej, Digger zostaje przyparty do muru przez prezydenta Stanów Zjednoczonych i wraz z grupą ekspertów oraz najważniejszych przywódców musi stawić czoła konsekwencjom swoich działań. A jak to bywa w tych wyższych sferach, każdy zgrywa znawcę tematu i jednocześnie niczego nie robi. Rozpoczyna się satyryczny wyścig na przekór współczesnej wizji końca świata, gdzie banda starszych panów prędzej rozsadzi planetę od środka, niż pozwoli na utratę choćby jednego źródła dochodów.

Jednak gdzie łopata, tam i pies pogrzebany. Digger to z pozoru prosta groteskowa satyra na ludzi u władzy, galopujący na złamanie karku kapitalizm i niekompetencję właścicieli walizek z czerwonymi przyciskami, która w pewnym momencie zmienia punkt zaczepienia i polaryzuje widownię jak nigdy dotąd. Dzieje się to za sprawą pułapki, którą Iñárritu zastawił na widza, w momencie, gdy ten zdążył się już wygodnie rozsiąść na fotelu i pogrążyć w przekonaniu, że – tak jak bohaterowie – jest już znawcą tematu. Reżyser tak brawurowo igra z oczekiwaniami i cierpliwością odbiorcy, że wymierzony znienacka cios jest nieunikniony. Nie ukrywam, ja sam chyba jeszcze nigdy nie poczułem się tak rozczarowany i zdenerwowany kierunkiem, w którym nagle zaczęła podążać historia na ekranie. Doskonale więc zrozumiem każdego, kto w punkcie krytycznym odbije się od fabuły na dobre i negatywnie odbierze całość, przez resztę seansu siedząc niczym obrażony Pingu z mema, myśląc „teraz to ja już chcę tego ekscentrycznego Diggera z początku”.

Przeczytaj również:  Marta Giec: „Wioski płonęły, szłam w ogień” | WYWIAD | 51. Festiwal Polskich Filmów Fabularnych w Gdyni
fot. „Digger” / materiały prasowe Warner Bros. Ent.
fot. „Digger” / materiały prasowe Warner Bros. Ent.

Niezależnie od obranego kursu, Iñárritu z ekipą nakładają na swoją opowieść kolejne metawarstwy, by w pewnym momencie przeholować z zamierzonym efektem. Albo właśnie i nie? Ciężko stwierdzić, co poeta miał na myśli. W drugim akcie wkrada się już chaos, przesadnie rzucany pretensjonalizm i szeroko pojęty hałas, potrafiący wymęczyć nawet najbardziej wytrwałych widzów. Bohaterowie stają się coraz bardziej karykaturalni, a fabularnie pojawia się więcej pytań niż odpowiedzi. Trzeba wiele znieść, by na nowo wkręcić się w historię i zrozumieć, dlaczego reżyser traktuje nas tak, jakby pierwszy akt niewystarczająco tłumaczył, z jakiego rodzaju produkcją ma się do czynienia. W świetle tych zabiegów blednie pierwotna historia, która nieprzerwanie odgrywa ważną rolę w fabule, spinając się w finale wielką klamrą ze wszystkimi wariacjami na swój temat.

Nie pamiętam już, kiedy Cruise tak bardzo się starał coś zagrać, a nie tylko ładnie skoczyć. Digger Rockwell w jego wykonaniu to uwodzicielski psychopata i hipokryta, przekonany o swojej racji nawet w momencie, gdy obrywa rykoszetem swoich własnych, nierozważnych decyzji. Jest jednym z tych bohaterów, którzy zawsze robią dobrą minę do złej gry i nie przejmują palącym się gruntem pod nogami. I choć nie ma tutaj miejsca na popisy kaskaderskie, nie przeszkadza to Cruise’owi chojraczyć na ekranie. Gdy akurat nie rozpływa się czule nad swoją kotką Maggie, niczym Feyd-Rautha Harkonnen z drugiej części Diuny wkracza na „arenę” pełną wściekłych parlamentarzystów. Momentami wigor ten gryzł mi się z charakteryzacją, która, by postarzyć sześćdziesięciolatka wyglądającego jak czterdziestolatek, postarzyła go na osiemdziesięciolatka. Ostatecznie jednak wychodzi z tego obronną ręką. Czy jest to rola godna statuetki? Raczej nie i według mnie na ewentualnej nominacji się skończy. Zwłaszcza, że aktorsko Tom błyszczy głównie wtedy, gdy nikt mu w tym nie przeszkadza. A przeszkadzajek jest pełno – od przerysowanego do granic możliwości prezydenta w wykonaniu Johna Goodmana, przez tykającego gdzieś w tle Riza Ahmeda, po Sandrę Hüller, w której przypadku wystarczyła mi już pierwsza scena, by na moment zapomnieć o całym świecie. Na niekorzyść Cruise’a działa też specyficzna struktura filmu, w której ciężko postrzegać w nim pełnoprawnego bohatera pierwszego planu.

Czy w świetle tych zarzutów warto wybrać się do kina na Diggera? Zdecydowanie tak. Są elementy, które przypasują każdemu – za bogate zdjęcia wnętrz ponownie odpowiada Emmanuel Lubezki, a scenografowie bawią się jak mogą, stylistycznie czerpiąc między innymi z Biednych Istot Lánthimosa. Nawet jeśli macie się od niego odbić fabularnie, odbijcie się i wyciągnijcie własne wnioski. I gdybym miał coś doradzić: nie czytajcie zbyt wielu opinii i recenzji na temat tego filmu. Nie tylko ze względu na zwroty akcji, których istnienie celowo pominięto w zwiastunach i które mogą się komuś wymsknąć na papierze, ale też dlatego, że Digger to film, który w trakcie trwania seansu recenzuje się sam. Być może czeka na Was przygoda życia, być może będzie to droga przez mękę, a być może zostanie z wami sama końcówka, która na moim seansie wzbudziła w widzach na sali autentyczny niepokój i strach przed wyjściem z kina. Sami musicie dokopać się do prawdy.

Przeczytaj również:  „Lalka” – Trzy pokolenia i widmowy fantazmat [RECENZJA]

korekta: Anna Czerwińska

+ pozostałe teksty

Absolwent dziennikarstwa i PSM II stopnia. Uwielbia dyskutować o kinie i słuchać po godzinach soundtracków Williamsa czy Hurwitza. Stał się fanem Madsa Mikkelsena już wiele lat temu, a w świecie „Better Call Saul” odnalazł spokój.

Ocena

6 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.