Advertisement
KulturaMuzyka

Jeden triumf po drugim. Fontaines D.C. – „Dopamine Chamber” [RECENZJA PRZEDPREMIEROWA]

Daniel Łojko
Fontaines D.C. Dopamine Chamber
Okładka płyty Fontaines D.C. – „Dopamine Chamber”

Dwa lata temu, recenzując Romance, łatwo było wycwanić się cytowaniem utworu Big. Dziś nazwa „Fontaines D.C.” powoli zajmuje centralne miejsce na wszelkich festiwalowych afiszach, zespół sukcesywnie wyprzedaje hale, powoli atakując też stadiony. Są więksi niż kiedykolwiek. Za tym naturalnym wzrostem idzie także ewolucja – zarówno soniczna, jak i skalowa. Dopamine Chamber celuje w koncept „utworów hymnowych”, zachowując jednocześnie nastrojowy, intymno-introwertyczny charakter. 

Przedpremierowe zapowiedzi głosiły radykalną zmianę kierunku twórczości Fontaines D.C.. Gitary miały ustąpić miejsca syntezatorowym płaszczyznom, samplom czy smyczkom rodem z italopopu lat 60. Podobny kierunek poniekąd wyznaczył już poprzedni krążek Irlandczyków, a jeśli ktoś bliżej śledził ich poczynania, z pewnością trafił na Before You I Just Forget promujące wersję deluxe Romance. Kropkę nad „i” postawiły zanurzony w pozbawionym gitar darkwave’ie cover Can You Feel My Heart? z repertuaru Bring Me The Horizon oraz muzyka do filmowego Peaky Blinders, nad którą pracowała część zespołu. Ba, cała oprawa graficzna jest rozwinięciem tego, co ukazało się w 2024 roku. Na potwierdzenie tych słów dostaliśmy singiel Marianne czy grane na koncertach depeche’owe Six Shot Morning – ten kawałek otwiera Dopamine Chamber, a pierwsze wrażenie płynące z plastycznego bitu i rozproszonego syntezatora faktycznie może być małym szokiem dla fanów tak bardzo gitarowych krążków Dogrel oraz A Hero’s Death. Nic bardziej mylnego, bo MVP zespołu – Tom Coll – wjeżdża wkrótce z energicznym bębnem, a całość wpada w stylistykę płyty Get Ready z repertuaru New Order. Możemy przybić sobie piątkę z bohaterkami dramatu Juliusza Słowackiego, bo właśnie spotkaliśmy się w malinach. Fontaines D.C. po prostu nas oszukali.

Fontaines D.C. Dopamine Chamber Fot. Elizaveta Porodina
Fot. Elizaveta Porodina

Nie było to bynajmniej oszustwo na skalę Amber Gold, a raczej satysfakcjonujący trik sławnego magika. Kłamstwo, które przyjmujesz z zadowoleniem, bo wiesz, że czeka cię po nim coś zaskakującego. Marianne i joydivisionowo-neworderowe Mimesis to w zasadzie jedyne, tak ejtisowo-popowo zorientowane kawałki na Dopamine Chamber. Cały krążek mocno wyrasta z brytyjskiej nowej fali – być może dlatego jest o wiele bardziej spójny w swoim brzmieniu od poprzedniego wydawnictwa. Płytę wyraźnie da się też podzielić na dwie połowy. Pierwsza z nich jest dynamiczniejsza, a za jej highlight osobiście uznałbym Demolition, który duchowo nawiązuje do płyty Skinty Fia. Lekko „gallagherowy” wokal Griana i masywne grunge’owo-shogaze’owe refreny są w nim fajnie uzupełniane przez wejścia ostrego, kłującego syntezatora, ale wciąż na pierwszym miejscu pozostają żywe instrumenty. Druga połowa Dopamine Chamber jest o wiele bardziej melancholijna, ale wciąż rytmiczna. Kładzie większy nacisk na klimatyczne smyczki i częstsze wykorzystanie gitary akustycznej. To właśnie tutaj, pod numerem 8 na trackliście, znajdziemy pierwszy gościnny występ w dyskografii Fontaines D.C. W quasi spaghetti-westernowym (chociaż niektórym może też skojarzyć się z Bondem) Where Is Gone? zaśpiewała ROSALÍA. Nie wiem, czy wynika to ze specyfiki samego kawałka – który według członków zespołu artystka sama wybrała – lecz oczekiwania można było mieć zdecydowanie większe.

Podział ten wyraźnie odzwierciedla sam tytuł, zapisany dodatkowo różnymi fontami nawiązującymi do poprzednich wydawnictw FDC – „dopamine” do Dogrel i A Hero’s Death, „chamber” do Skinty Fia i Romance. Duch dotychczasowej twórczości Irlandczyków unosi się naturalnie w warstwie muzycznej. W You Miss Me nie da się nie usłyszeć pochodnych ze Starburstera: pocięte smyczki z syntezatora i wyraźna, hip-hopowa perkusja przypominają rapowany hit, natomiast w refrenach ciężko uwierzyć, że wciąż słuchamy tego samego utworu. Japan klimatycznie wpada gdzieś między A Hero’s Death a solową twórczość Griana Chattena, zaś zamykające płytę Intimate bardziej odpowiada przedpremierowym przewidywaniom o tym, jak będzie brzmieć Dopamine Chamber. To taki daleki kuzyn Bloomsday: masywny kawałek z – jak zresztą na całym albumie – świetnym, energetycznym, nieco chaotycznym bębnieniem Toma Colla, majaczącą gdzieś w tle szklaną ścianą elektroniki i niskim wokalem Chattena. Dopaminowa komora Irlandczyków pozwala na zatopienie się oraz przyjęcie płynącej z niej kojącej, mrocznej atmosfery. Jest przy tym tak wielowarstwowa, jak nigdy dotąd wcześniej w twórczości Fontaines D.C. Obejmując myślami ten soniczny konstrukt można dojść do wniosku, iż brakuje mu jakiegoś mocniejszego lirycznie punktu pokroju Starburstera, Bug, I Love You czy A Hero’s Death. Czuję, że tym razem zarówno wokal, jak i teksty Chattena są precyzyjniejsze, płynniejsze, z większym polotem w kwestii wrażeń słuchowych, ale ciężko znaleźć na Dopamine Chamber zapadające w pamięć linijki. Wydaje mi się także, iż jest tu sporo osobistych przeżyć. W wielu utworach Grian podnosi temat tęsknoty oraz odpuszczania w międzyludzkich relacjach. Znalazło się też miejsce dla eskapizmu i pewnego ironicznego spojrzenia na rytm współczesnego myślenia programowanego przez algorytmy mediów społecznościowych. Mam wrażenie, iż teksty z poprzednich płyt były jednak bardziej charakterystyczne oraz przyswajalne.

Przeczytaj również:  „Digger” – Trigger warning [RECENZJA]

Piąty album Fontaines D.C. jest również nieco mniej doszlifowany i sterylny w porównaniu do Romance. Płynie z tego jakaś romantyczna nuta hołdowania oraz nawiązywania do nowej fali, ejtisowego post-punku i wszelkich pochodnych podgatunków, których nazw nie pomnę, a ich liczby nie określę. Nie jest to DIY-płyta indie rockowego zespołu, ale taki skręt przy kolejnej współpracy z nieocenionym Jamesem Fordem, wynikający z nagrywania wokali w prowizorycznych, wyjazdowych budkach, jeszcze bardziej zakorzenia zespół w pożądanej stylistyce. Ja to kupuję – podobnie, jak wyglądające nieco grafomańsko przedpremierowe zapowiedzi oraz opisy. Po raz kolejny warto zaufać Fontaines D.C. i wstąpić do ich Dopamine Chamber, aby oddać się tym niepokojąco wciągającym, czasem poruszającym, czasem bujającym melodiom. Panowie na łatwiznę nie idą, stale próbując poczęstować nas czymś nowym. Widać tu pomysł i przede wszystkim potrzebę wspólnotowego, artystycznego odcięcia od frustracji współczesnego świata. Świadczy o tym już sam fakt napisania blisko 40 utworów na ten album, które z pewnością chcielibyśmy – a przynajmniej ja – usłyszeć, bo mam miejsce na deser. Albo dokładkę.

korekta: Michalina Nowak

+ pozostałe teksty

Dziennikarz, maruda, fan „Gwiezdnych wojen”, „Władcy Pierścieni” filmów superbohaterskich oraz muzyki wszelakiej. Chociaż jego gust ukształtowało „GTA: San Andreas”, to nie znajdziecie większego fanatyka utworu „Na jednej z dzikich plaż” grupy Rotary.

Ocena

8 / 10

Nasza strona korzysta z ciasteczek, aby świadczyć usługi na najwyższym poziomie. Dalsze korzystanie ze strony oznacza, że zgadzasz się na ich użycie.