“Belzebub” – Wielki Piątek dla ateistów – Recenzja

Normalnie bym pomyślał, że to rutyna – ot, jaki horror o motywach satanistycznych jest każdy widzi. Różnica li tylko taka, że przed premierą ani widu, ani słychu, jakby kmiot makiem zasiał a reklamę diabli wzięli. By zasięgnąć języka udałem się zatem na stronę Rotten Tomatoes – tam wizja optymistyczna, bo film “świeży”, lubiany, meksykańscy krytycy zachwyceni. Oglądam w końcu rzeczonego Belzebuba, z tyłu głowy dalej skowronki, ma przecież być fajnie. Seans już skończyłem, a tym anegdotycznym wstępem pragnę przekazać szczytną myśl: niech wam żadne krytyczne skowronki nie przesłonią widoku, że ktoś może sobie z was robić jaja. A przy tak… ambiwalentnym dziele jak tytułowe dałem się chyba na to złapać.

Policyjny detektyw zmagający się z traumatycznymi wydarzeniami sprzed lat zostaje wyznaczony do zbadania tajemniczych tragedii, w których masowo giną dzieci. Pomaga mu grupa gringos ze sprzętem do badań zjawisk paranormalnych, a przeszkadza sekta okolicznego księdza, wygnanego ongiś z bram Watykanu. I gdyby historia dalej rozwijała się jak w pierwszej godzinie filmu, byłbym za, rękami i nogami. Sprawy niestety się komplikują i to głęboko na niekorzyść oglądających.

Ale zgodnie z hierarchią przyzwoitości, oddam najpierw panu reżyserowi Emilio Portesowi należną mu porcję pochwał. Wydaje się, że za wszystkim stoi nietuzinkowy pomysł, który twórcy próbują ezoterycznie uspójnić. Niby całość trzyma się motywów z pogranicza satanistyki i heretycko pojmowanego chrześcijaństwa, niby pieczę nad fabułą sprawuje diabeł czy inny belzebub, a zjawiska paranormalne zbijają sztamę z głęboką traumą nękającą protagonistę. Tyle że gdzieś po drodze historia traci impet, komplikuje się, o scenariuszu już zapominamy, bo kto nie nadąża, trafia za burtę. Ja nie umiem obsługiwać lutownicy, więc się tym nie zajmuje. Niektórzy przy tym filmie też nie ogarnęli łączenia tak nieoczywistych elementów jak fabuła, montaż i rozwój postaci.

Zobacz również: Czy warto obejrzeć serial “Gentleman Jack”

Co jednak cieszy, przy dosyć długim jak na ambicje gatunkowe metrażu (1h 50min.!) Belzebub zdaje się dostatecznie długo utrzymywać nas przy życiu. W ogóle skomasowana jest tutaj imponująca liczba akcyjnych michałków, morderczych masakr, od których włos staje dęba. Sprawia to, że zwykła meksykańska mieścina pod granicą z USA staje się areną plag egispkich, zresztą równie biblijnych, literalnych odniesień jest tutaj dosyć dużo. Superlatywy wieńczy anturaż znanych-nieznanych czwartoligowców aktorskich: Joaquín Cosio (ostatnio widziany w Narcos: Mexico), Tate Ellington (Sinister 2 czy Straight Outta Compton) czy… Tobin Bell (n-ta reinkarnacja Jigsawa).

Chcąc zrozumieć fenomen tego filmu, jak mawiał klasyk, musielibyśmy cofnąć się do religijnej historii Meksyku. Ani ja, ani wy niekoniecznie chcielibyśmy to jednak robić. Myślę, że rodzima siła horroru tkwi w jego autochtoniczności per se i naturalnie podejmuje on problemy, które dla takiego metojka jak ja mogą być zbyt hermetyczne. Główny bohater, Emmanuel, na pytanie amerykańskiego księdza, czy wierzy, odpowiada, że tutaj (w Meksyku) nawet ateiści są wierzący. I jasne, że poza głęboką prawdą na ekranie, która zmieni oblicze świata, w rzeczywistości jest w tym sporo prawdy, to reżyser czy scenarzyści raczej nie skłonili mnie, by szukać w tym obrazie czegoś więcej, by uwierzyć w wyjątkową metatekstualność religijnych referencji i uwierzyć, że to, co oglądam jakkolwiek trzyma się kupy. Pod tym względem można to zestawić z koreańskim Lamentem sprzed paru lat, gdzie te kulturalne napięcia naprawdę odegrały znakomitą rolę i ukonstytuowały film Na Hong-jina jako dzieło ważne i oryginalne. W przypadku meksykańskiej kalki, natrafiamy na słaby rozwój samego diabła (stricte jako Belzebub objawia się pod sam koniec filmu i też nie do końca wiadomo dlaczego), wyciągniętą znikąd historię zbawienia, na egzorcyzmach przeprowadzanych w przeklętych miejscach się nie znam, więc będę musiał jeszcze znajomych księży podpytać. Najlepszą peryfrazą tych quasi-teologicznych dywagacji jest kwestia ojca Canettiego (Tobin Bell): “Będziecie musieli użyć ekstremalnych metod. Mrocznych rytuałów z użyciem krwi i soli, którą mogą wydawać się bluźniercze…”. Biorąc pod uwagę te rażąco tanie i nierealistyczne efekty specjalne, ciężko mi się z nim nie zgodzić.

Trzeba jednak przyznać, że film ten jest nieoczywistym manewrem ze strony dystrybutora. W Polsce premierował w Wielki Piątek i uwierzcie, że nie było w tym przypadku. Spirytualne odwołania do krzyża i rzeźb z wizerunkiem Jezusa mogą szokować bądź zachwycać. Mi bliższe jest to drugie uczucie, ale nie ma w tym powagi czy wielkanocnej zadumy. Wbrew pozorom Belzebub jest straszny i wcale nie używa do tego jumpscare’ów. Straszy klimatem, jak to się mówi. Nie jest dobry ani nie jest zły. Czymś się wyróżnił i jakoś przez niego przebrnąłem, ale czuć tu bardziej guilty pleasure niż jakiegoś doniosłego pretendenta. Ciężko mi to polecać, ale głupio też odradzać.

2/5


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.